Jaką mamy politykę? Słabą - słyszę zewsząd - rząd nic nie robi, odwleka problemy, udaje, że trzyma rękę na pulsie, woli trwać, niż naprawdę rządzić. Tak mówią często nawet sympatycy Platformy, a dochodzą do tego majaczenia jej zagorzałych krytyków, choćby te, że idzie nowy totalitaryzm, bo władza chce zniszczyć wszelaką opozycję.
Oba te nurty krytyki, choć nieprzystawalne, mają coś wspólnego.
Komentatorzy bardziej merytoryczni chcą, by rząd zaczął wreszcie sprawować przywództwo i przedstawił spójne cele polityczne. Krytycy bardziej zbzikowani tak tego przywództwa się obawiają, że są gotowi schodzić do podziemia. Jedni i drudzy odwołują się do tego, co uważają za naturalną siłę sprawczą polityki: zdolność do wyznaczania celów zbiorowości i realizowania ich. I wspólnie bardzo się mylą. Dziś politycy w całej Europie, nie tylko w Polsce, tracą zdolności przywódcze. A właściwie traci je demokratyczna polityka.
Wszystko za sprawą radykalnej przemiany samej demokracji, owocującej kryzysem tradycyjnego przywództwa i dotychczasowej zbiorowości oraz kresem takiej przejrzystości społecznej, która pozwalała na całościowy ogląd społeczeństwa.
Tę zmianę od dobrych trzech dekad opisuje się na Zachodzie, od paru lat można ją dostrzec w Polsce, tyle że tu jest szybsza oraz bardziej intensywna. Nic dziwnego, ledwie jako tako ustabilizowaliśmy tę demokrację, do której nawykliśmy, a już wkraczamy w jej nową, jeszcze niestabilną formę. Ta nowa postać demokracji to, najprościej mówiąc, przesunięcie władzy od większości do jednostek i mniejszości.
Tradycyjną demokrację już znamy: państwo przewodzi społeczeństwu, gwarantuje mu bezpieczeństwo i trwanie, rządzi większość, starając się, rzecz jasna, uwzględniać interesy mniejszości. Ale głównym przedmiotem polityki państwa, także opozycji, jest całe społeczeństwo. Rządzi polityka, przechodząc z rąk do rąk.
To się skończyło.
Wskutek niesłychanych zmian, można je nazwać rewolucją jednostek i mniejszości, państwo, zamiast panować, staje się instrumentem społeczeństwa i gwarantem praw jednostki. Samo społeczeństwo zaś przekształca się w nieuporządkowaną, zmienną sieć mniejszościowych grup i organizujących się w przeróżnych sprawach jednostek.
Właśnie to stale formujące się i przekształcające, migotliwe społeczeństwo bierze władzę od państwa, radykalnie przekształcając i je, i politykę. W tym sensie społeczeństwo coraz bardziej się upolitycznia, a państwo i polityka "odpolityczniają się", czerpiąc sens istnienia z ochrony jednostek. Kiedyś demokraci mawiali: republika, która nie stoi na straży prawa i sprawiedliwości, nie ma po co istnieć. Dziś w społeczeństwach coraz intensywniej dochodzi do głosu pewnik, że państwo, które lekceważy słabszych, nie ma prawa rządzić.
Jasne, na Zachodzie ta rewolucja zrobiła pół kroku, w Polsce zapewne ćwierć, ale wszyscy, tu i tam, jesteśmy w hybrydycznej przejściowej demokracji. Oznaki widać wyraźnie.
Dopiero co rząd ogłosił, że nie będzie się odwoływał od orzeczenia Trybunału w Strasburgu w sprawie lekcji etyki. Trybunał zdecydował na podstawie skargi dwojga polskich obywateli, że brak zajęć z etyki w szkołach oznacza dyskryminację tych, którzy chcieliby na nie chodzić zamiast na lekcje religii. Czyli państwo, które przez lata lekcje etyki lekceważyło, oddało rozstrzygnięcie tego problemu w ręce jednego małżeństwa i pozapolitycznego sądu. I tej władzy okazanej przez obywatelską mniejszość teraz się podporządkuje.
Jednak bez złudzeń. To nie znaczy, że wkrótce lekcje etyki będą we wszystkich szkołach. To znaczy tylko, że rząd ochronę praw mniejszości w tej kwestii uznał za swą wartość. Ta bierność rządu i siła obywateli charakteryzują nową sytuację. Na razie w Polsce widzimy głównie bierność. Choć III RP ma piękną tradycję gwarantowania praw mniejszości narodowych i etnicznych, to "nowe" mniejszości, jak geje i "nowi" słabsi, jak kobiety, wciąż muszą dobijać się o uznanie polityków. Większość rządzących i opozycji uważa te roszczenia za brewerie, ale i tak dziś mało kto ośmiela się wprost powiedzieć: nie. Mówią trochę tak, coś niejasno deklarują, jak prezydent w sprawie parytetu, i czekają, aż społeczeństwo zmusi ich do decyzji. A że zmusi, nie mają złudzeń.
Zresztą, Polska kipi od inicjatyw, ludzie - zwłaszcza za pośrednictwem internetu - stowarzyszają się w konkretnych sprawach albo gromadzą wirtualnie wokół jakiegoś wydarzenia. Manifestują nie tylko wolność, lecz także tożsamości oraz oczekiwania. I z tego, jak ich indywidualnie stanowione wartości odzwierciedlają się w polityce, będą rozliczać rządzących.
To, że rząd PO tyle uwagi poświęca polityce społecznej nastawionej na wyrównywanie szans słabszych, wprzęga się w tę europejską przemianę. Bo we wszystkich krajach stosunek władzy do słabszych obywateli staje się probierzem jej wiarygodności. Toteż ci komentatorzy, którzy krytykują Platformę za to, że w centrum uwagi postawiła "orliki", żłobki, przedszkola, reformę edukacji, chłoszczą proces społeczny, a nie konkretną ekipę. Rządów, jakie dawniej bywały, już nie będzie.
A jak fatalnie kończą się próby odzyskania przywództwa poza nowymi regułami, widać choćby na przykładzie akcji francuskiego prezydenta Sarkozy'ego przeciw Romom. Zresztą, pamiętamy, jak premier Tusk kilka lat temu obiecywał kastrację pedofilów. W tym też kryła się próba przewodzenia społeczeństwu, zakrzyknięcia: chodźcie za mną. Poszedł mało kto, premier musiał wycofywać się ze swoich słów i skończyło się, jak musiało - zamiast przewodzić i narzucać, rząd raczej idzie w ślad za oczekiwaniami ludzi. I nie trzeba chyba przypominać, jak chcieli, gdy rządzili, uzyskać przywództwo bracia Kaczyńscy: premier w Polsce, prezydent - w Europie. Rezultat to ogólny chaos, paraliż władzy i śmieszność. Bo próby odzyskiwania przywództwa przez współczesnych polityków mogą być doraźnie uciążliwe albo groźne, lecz na dłuższą metę zawsze są niepoważne.
Ta nowa polityka ma też ciemne strony. Wraz z kresem tradycyjnej polityki następuje zmierzch przymusu rezultatów - przekonuje francuski filozof Marcel Gauchet. Niegdyś decyzje zapadały nawet z pominięciem interesów różnych stron, teraz aktywnych stron jest coraz więcej, a każda - w imię praw mniejszości - domaga się, by jej interesy uwzględniono w całości. Dochodzenie do decyzji bywa tak skomplikowane, że często wszyscy tracą nad tym kontrolę. Toteż ostateczne decyzje są albo skutkiem bezpośrednich presji, albo zapadają w politycznych kulisach, opracowywane przez technokratów. Są więc znowu kontestowane. W obecnej demokracji - pisze Gauchet - ważniejsze bywa to, że problem jest przedstawiany i uznany przez władzę, niż to, że jest rozwiązany. Nierzadko okazywanie troski przez rządzących staje się ważniejsze niż ich realne działania.
Znamy to, lista problemów, jakie rząd obiecał rozwiązać, i roszczeń, jakie obiecał zaspokoić, mogłaby wypełnić pokaźną księgę. Zamiast obietnic, z których polityk jest rozliczany, królują propozycje, czyli tematy do nieustających negocjacji - zauważa inny francuski filozof Pierre Manent.
To, że polityka składa się z rozwiązywania cząstkowych problemów i roszczeń, sprawia, że nie niesie już wizji całości. Toteż i społeczeństwo, rozproszone na mniejszości i jednostki, przestaje być czytelne dla polityków, komentatorów i badaczy. Więcej, choć władza jak nigdy dotąd przejmuje się dziś opiniami obywateli - wywodzi Gauchet - obywatele i tak mają wrażenie, że władza ich nie słucha. Że oddala się od społeczeństwa. Bo uwadze ludzi wymyka się sedno władzy - podejmowanie decyzji. Ale władza wymyka się też rządzącym, bo o decyzje coraz trudniej. Obie strony, władza i społeczeństwo, są dla siebie nawzajem nieczytelne - konkluduje Gauchet. Dodam, że dziś o tym migotliwym społeczeństwie dowiadujemy się najwięcej dzięki kulturze; rozmaici twórcy trafnie wyłapują i przedstawiają te przemiany. Politycy w Polsce wciąż tego nie pojmują.
W tej nieprzejrzystej sytuacji ludzie chcą wiedzieć, kto naprawdę rządzi. Demokracja zawsze była podatna na takie fantazmaty, stąd rozkwit antysemityzmu w demokratyzujących się społeczeństwach europejskich. Dziś antysemityzm przygasł, lecz fantazmaty trwają: rządzą więc bankierzy, ubecy, Moskwa, Berlin, układy, salony. Ludziom trudno uwierzyć, że realna władza rodzi się spontanicznie w społeczeństwie, wskutek nieprzewidywalnych, przygodnych zdarzeń. Że w dodatku władza ta nieustannie się przemieszcza tam, gdzie jakaś grupa zorganizowała skuteczną presję lokalną bądź ogólnokrajową.
Ofiarami iluzji poszukiwania władzy tam, gdzie jej nie ma, padają głównie konserwatyści. Ale ten obronny odruch ogarnia wszelakie środowiska, także młodą uniwersytecką lewicę, która wciąż przekonuje o hegemonii neoliberalizmu. Oni też nie pojmują, że w tym wolnym, zmiennym społeczeństwie jednostek i w państwie, które stara się za tym społeczeństwem nadążyć albo ciut je choć na chwilę przyhamować i obejść, jest więc głównie defensywne - nie rządzi nikt ani nic. Żadna centralna ideologia.
Owszem, w pewnym sensie suwerenem staje się równość stowarzyszona z przykazem ochrony tożsamości i aspiracji każdego człowieka. Wyrasta z tego także specyficzny rodzaj polityki. Jak pokazuje amerykańsko-izraelska socjolożka Eva Illouz, w nowej kulturze praw jednostki język intymnych przeżyć, zwłaszcza język cierpień, wdarł się do sfery publicznej. Dziś jednostki i grupy domagają się uznania, czyli tego, by ich cierpienia zostały zauważone i usunięte przez instytucje. Ba, cierpienie stało się przypadłością demokratyczną, stanęło w centrum uwagi. Nadaje publiczną wiarygodność jednostce. Kiedyś taką funkcję pełnił sukces - pisze Illouz - wiele autobiografii przedstawiało drogę od nędzy do bogactwa i zaszczytów. Dziś nawet sławni i bogaci opowiadają w autobiografiach o swych psychicznych mękach.
To zjawisko widać też w Polsce.
Jarosław Kaczyński zbudował na swoim intymnym cierpieniu politykę całej partii. Można powiedzieć: czyniąc tak, opuścił politykę. Zgoda, ale nie dlatego, że oparł ją na własnych uczuciach, tylko z tego powodu, że przekształcił cierpienie w żądzę odwetu na przeciwnikach. Z podobnych przyczyn i wygrał, i przegrał wybory kilka lat temu. Wygrał, bo pochylił się nad cierpieniem słabszych w społeczeństwie, przegrał dwa lata później, gdyż zamiast troski i współczucia, co zjednywało mu sympatię wielu, zaoferował społeczeństwu walkę ze wszystkimi środowiskami, które nie poddawały się jego władzy.
Bo współczucie dla pokrzywdzonych albo tych, którzy za pokrzywdzonych się uważają, jest dziś jedną z sił sprawczych w społeczeństwie. Ale - i to nie jest dobra wiadomość - bywa, że zastępuje politykę. Widzimy to przy sprawie Romów i Francji. Moralne oburzenie Europy nie idzie w parze z pomysłem politycznym, jak problem imigrantów rozwiązać w skali kontynentu. Owo oburzenie to tylko ucieczka od polityki i od problemu, zadowalająca potrzebę współczucia własnego i europejskich społeczeństw. Perwersyjny efekt nowego społeczeństwa równych.
Ale ważniejsza od ciemnych stron jest ta niesamowita wyprawa społeczeństwa w stronę wolności i równości. Demokracja wciąż jest w drodze, ale by iść, potrzebuje nowej polityki.
Korzystałem z książek: Marcel Gauchet, "La religion democratique" (Religia demokratyczna), Gallimard 2002
Eva Illouz, "Uczucia w dobie kapitalizmu", przeł. Zygmunt Simbierowicz, Oficyna Naukowa 2010
Pierre Manent, "Cours familier de philosophie politique", (Potoczne wykłady z filozofii polityki), Gallimard 2004