Widać, że PiS-owi udało się sparaliżować Trybunał. Marginalizacja Trybunału była jednym z jego celów w ramach walki z "impossibilizmem prawniczym". To hasło oznaczało, że prawo - i stosujący je prawnicy - nie może przeszkadzać PiS-owi w rządzeniu. A Trybunał - według PiS - to nominowani przez lewicę i Unię Wolności liberałowie, którzy ograniczają swobodę rządzących. W miarę jak kończyły się kadencje sędziów, PiS wymienił ponad jedną trzecią składu Trybunału - sześciu na 15 sędziów. Wybierał takich, którzy podzielali jego przekonania.
Nic złego w tym, że wybiera się kandydatów według kryterium przekonań, bo w Trybunale poglądy powinny się ścierać, by w wyroku osiągnąć mądry kompromis. Niestety, nie zawsze były to osoby o wystarczających kwalifikacjach - zarówno charakterologicznych (choćby umiejętność współpracy), jak merytorycznych. To spowodowało w Trybunale nie tylko ostre podziały towarzyskie, ale - co gorsza - upadek ducha współpracy, odpowiedzialności za dobro wspólne, obniżenie poziomu orzecznictwa, a nawet utratę zdolności do rozstrzygania spraw.
Ideologia nad prawem W ciągu ostatnich dwóch miesięcy mieliśmy - niespotykaną w 25-letniej historii Trybunału - sytuację: Trybunał mimo zamknięcia rozprawy nie był w stanie wydać wyroku, bo głosy rozłożyły się po równo. Tak było w sprawie tzw. esbeckich emerytur, a tuż przed wakacjami - w sprawie pociągania do odpowiedzialności sędziów i prokuratorów, który stosowali wstecznie dekret o stanie wojennym. Obie sprawy dotyczą rozliczeń z przeszłością. Wyrok w sprawie emerytur pokazuje, jak światopogląd czy afiliacja ideowo-towarzyska mogą przesłonić sędziom prawo. Część z nich nie tyle osądziła sprawę, co zademonstrowała moralne potępienie dla PRL- i jego służb - uzasadnienie wyroku odwołujące się w dużej części do uchwał parlamentu potępiających komunizm. Tylko że sędzia powinien sądzić w oparciu o prawo, a te uchwały prawem nie są.
To niejedyne przypadki "dawania świadectwa" zamiast sądzenia. Podobnie oceniam wyrok w sprawie braku lekcji etyki w szkole, przez co niewierzący i innowiercy mają kreskę na świadectwie i od razu wiadomo, że nie są wyznania rzymskokatolickiego. Trybunał uznał, że wystarczy, że lekcje etyki przewiduje prawo. To, czy faktycznie są, to nie sprawa Trybunału. I że trzeba przyjąć do akceptującej wiadomości fakt, że
Kościół katolicki jest uprzywilejowany liczbą wiernych i konkordatem, który gwarantuje mu konstytucja. W podobnym duchu Trybunał orzekł w sprawie zgodności z konstytucją tego, że publiczne pieniądze idą także na katolickie uczelnie niewymienione w konkordacie.
Jeśli sędziowie sądu konstytucyjnego, zamiast sądzić, zaczynają "dawać świadectwo", opowiadać się za lub przeciwko, jeśli debatując nad wyrokiem, przepychają się, zamiast szukać kompromisu, jeśli stosują myślenie: kto nie z nami, ten przeciw nam, to takie sądzenie przestaje mieć sens.
Trybunał popada w sprzeczności Naciągając argumenty prawne, by uzasadnić ideologiczną decyzję, Trybunał popada w sprzeczności. Np. w wyroku dotyczącym lekcji etyki argumentował, że jest sądem prawa, a nie praktyki, więc jeśli dyskryminacja jest w praktyce, a nie w przepisie, to się nią zajmować nie będzie. A miesiąc później - w wyroku na temat "esbeckich emerytur" - odwrotnie: powołał się właśnie na praktykę (nadal wyższe średnie emerytury b. funkcjonariuszy mimo zastosowanego wobec nich dyskryminacyjnego przelicznika), by udowodnić, że nie ma dyskryminacji.
W tym samym wyroku praktycznie zanegował zasadę poszanowania praw nabytych. Stwierdził, że choć pozytywnie zweryfikowanym w 1990 r. funkcjonariuszom PRL-owskiego MSW gwarantowano poszanowanie już nabytych praw emerytalnych, to nic to nie znaczy, bo państwo zawsze może odebrać to, co obiecało. Ciekawa jestem, jak orzekłby teraz Trybunał, gdyby rząd Tuska, ośmielony taką argumentacją, przeprowadził reformę emerytur mundurowych ze skutkiem natychmiastowym: traciliby ją nie tylko - jak się planuje - nowo zatrudnieni, ale też ci, którzy przepracowali wiele lat, łącznie z emerytami?
Brak ducha współpracy, skłócenie, ideologizacja, a także brak sędziowskich kompetencji u niektórych członków Trybunału owocują też zgniłymi kompromisami. Takim był np. wyrok w sprawie przestępstwa "pomawiania Narodu Polskiego" o zbrodnie nazistowskie i komunistyczne czy w sprawie ograniczenia swobody sędziowskiej w sprawach o zabójstwo z broni palnej (sędzia może tu wydać wyłącznie wyrok 25 lat więzienia lub dożywocia). Sędziowie TK nie byli się w stanie porozumieć i zamiast rozstrzygnąć sprawę co do meritum (czy nie narusza to - w pierwszej - wolności słowa i badań naukowych, w drugiej - zasady, że o karze decyduje sąd), orzekli niekonstytucyjność z powodu naruszenia procedury uchwalania w parlamencie. Skutek - pomysł kary oznaczonej (25 lat lub dożwocia) wrócił, został wprowadzony za zabójstwo funkcjonariusza publicznego.
Kolejny efekt skłócenia i parcia do konkretnego rozstrzygnięcia bez troski o prawo to wyroki niejasne, uzasadnione tak, że nie wiadomo, jak potem je stosować.
Trybunał samoograniczony Wreszcie efekt, o który z pewnością chodziło PiS-owi - minimalizm w orzekaniu. Przedtem wyroki Trybunału miały oddech, ustanawiały standardy, wypełniały treścią lakoniczne sformułowania konstytucji. Teraz orzeczenia są od "kreski do kreski". Nawet jeśli sędziowie widzą sprzeczność prawa z konstytucją, to jeśli nie jest ona dokładnie tam, gdzie wskazano w zaskarżeniu, niekonstytucyjności nie orzekną. I z rzadka już dają wykładnię konstytucji, czyli mówią, jak należy rozumieć konkretne sformułowania konstytucji. No, chyba że zbierze się skład sędziów podobnie myślących lub otwartych na argumenty i porozumienie.
Politycy PiS-u, w tym prezydent Lech Kaczyński, ale też poprzedni RPO Janusz Kochanowski, byli zwolennikami poglądu, że sąd konstytucyjny, skoro nie ma demokratycznej legitymacji, bo nie pochodzi z wyborów powszechnych, powinien maksymalnie samoograniczać się w orzecznictwie. A przede wszystkim nie sugerować, jakie rozwiązanie byłoby zgodne z konstytucją, bo w ten sposób wkracza w kompetencje rządu i parlamentu. Powinien więc nie interpretować konstytucji, tylko orzekać ściśle według jej litery (trudno zrozumieć, co miałby ten postulat oznaczać, bo sądy konstytucyjne są właśnie po to, by tę literę objaśniać).
Szczęściem Trybunał, orzekający do 1997 r. na PRL-owskiej konstytucji, nie nakładał sobie takich ograniczeń i interpretował, ile wlezie. Dzięki temu wywiódł wszelkie prawa i wolności obywatelskie, których brakło w konstytucji z PRL-u, z jednego tylko przepisu - że Polska jest demokratycznym państwem prawa. I do czasu uchwalenia nowej konstytucji mogliśmy się cieszyć wolnością słowa, zgromadzeń czy prawem do niezawisłego sądu.
Mieliśmy Trybunał, który stworzył brakującą w pierwszej ustawie lustracyjnej definicję współpracy: że musiała być tajna, świadoma i realnie podjęta. Gdyby orzekł - jak chce PiS - nie interpretując konstytucji, to musiałby uznać, że ustawa bez definicji współpracy jest sprzeczna z konstytucją. Dodając definicję - uratował ustawę.
Mieliśmy Trybunał, który zinterpretował, co to znaczy sędziowska niezawisłość - że nie chodzi tylko o ochronę przed zewnętrznymi naciskami, ale i o niezawisłość wewnętrzną sędziego - by jego emocje czy poglądy nie brały góry nad prawem.
Mieliśmy Trybunał, który postawił władzy twarde warunki ograniczania wolności zgromadzeń. A także wprowadzania odpłatności za studia w publicznych uczelniach (tylko do wysokości rzeczywistych kosztów, publiczna uczelnia nie może na studentach zarabiać).
A dziś, gdy przyszło do orzekania w sprawie różnego wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn, to nie w wyroku, ale w zdaniach odrębnych do niego musimy szukać wskazówek, jak reformować system, by znaleźć mądry kompromis między „zachowaniem tradycyjnej roli kobiety” a poszanowaniem zasady równości. To samo dotyczy kwestii podsłuchów i innych czynności operacyjnych.
W 2005 roku, kiedy Trybunał orzekał o operacyjnych uprawnieniach policji, w uzasadnieniu dał wykład, jak powinno być uregulowane prawo podsłuchowe, żeby z jednej strony nie utrudniać ścigania przestępstw, ale z drugiej - nie naruszać ponad konieczność naszego prawa do prywatności. Orzekając w 2009 r. w sprawie ustawy o CBA, w ustnym wyroku Trybunał uznał, że powinna być niezależna kontrola nad materiałami z podsłuchów, ale nie powiedział jaka. W uzasadnieniu pisemnym kontrola niezależna zmieniła się w "efektywną". No i mamy wykonanie wyroku - "efektywną" kontrolę nad przetrzymywaniem materiałów przez CBA ma sprawować... oficer CBA wyznaczony przez szefa CBA. Trybunał zapowiedział co prawda tzw. sygnalizację (czyli wskazanie nie w formie obowiązującego władzę wyroku, ale zasygnalizowania problemu) w sprawie konieczności kompleksowego uregulowania materii podsłuchów, ale na zapowiedzi się skończyło.