Łuczewski: Moralna rewolucja Michał Łuczewski (ur. 1979) - adiunkt w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Należy do zespołu „Magazynu Apokaliptycznego Czterdzieści i Cztery” (www.44.org.pl) oraz „Teologii Politycznej” (www.teologiapolityczna.pl)
W dziedzictwie "Solidarności" najważniejsza jest dla mnie idea moralnej rewolucji, w historii Polski regularnie odkrywana i zapominana. W "S" być może chodziło nawet o coś więcej niż moralna rewolucja - o rewolucję ducha. Dla mnie to zwieńczenie polskości i przejaw obecnego w Polakach prądu religijnego.
Moralne rewolucje są potrzebne, bo wtedy ludzie czują, że żyją. To dla nich najpełniejszy moment w życiu. Moralna rewolucja polega na tym, że stajemy się lepsi. Można o tym mówić - za ks. Tischnerem - jak o "przebudzeniu sumień". Albo - za Janem Pawłem II - o "bierzmowaniu dziejów".
W moralnej rewolucji nie chodzi tylko o to, że człowiek zaczyna myśleć o swoim własnym życiu przede wszystkim w takich kategoriach jak "dobro i zło" czy "godność". To przemiana nie tylko indywidualna, ale społeczna. Moralna rewolucja nie ogranicza się do jednostki czy małej grupy. W czasach "S" ogarnęła największą chyba liczbę ludzi w historii Polski - chociaż oczywiście nie wszystkich. Stała się istotą społeczeństwa.
Rewolucja moralna trwa oczywiście tylko chwilę. Dziś trudno nam zrozumieć "S" właśnie dlatego - jesteśmy na innym etapie historii. "S" była wszechogarniającym ruchem społecznym, a my dziś funkcjonujemy w logice instytucji. Każdy buduje własne życie na własny rachunek. Budujemy instytucje, w których pracujemy. Nie potrzebujemy już do tego jakiegoś wzmożenia ducha. Tamte czasy są zupełnie inne niż to, co nas dziś otacza.
Czasami potrzebny jest powrót do czasów moralnej rewolucji, żeby zobaczyć, że można o życiu myśleć w inny sposób - inaczej niż według logiki prywatnego interesu. Że można spojrzeć na własne życie z absolutnego punktu widzenia. W czasach „S” moralność była tym, co pozwalało zrozumieć rzeczywistość. Dziś ten schemat nie jest nam potrzebny. Coraz większe obszary życia wymykają się moralnej ocenie. W czasach „S” ekonomia była rozumiana jak w papieskiej encyklice „Laborem exercens” albo w myśli Tischnera - czyli przede wszystkim jako przestrzeń, w której człowiek może realizować swoją własną godność i w której może sprawiać, że życie innych też będzie się stawało lepsze. Dziś ekonomia stała się obszarem neutralnym moralnie, poza logiką dobra i zła. Podobnie stało się z polityką. Te dziedziny życia stają się zamkniętymi, oderwanymi systemami, z których ludzie nie potrafią się wyrwać i na które nie potrafią spojrzeć z zewnętrznej perspektywy.
Sama "S" to powtórzenie polskiego historycznego doświadczenia na zwielokrotnioną skalę. To dziedzictwo jest cały czas odkrywane na nowo. Moralna rewolucja pojawia się u romantyków, u których widać pęd do umoralnienia całej rzeczywistości. Podobnie było z polskimi socjalistami z przełomu XIX i XX w.: to zresztą Edward Abramowski wymyślił hasło moralnej rewolucji. Podobna idea pojawiła się w czasach sanacji, która też miała być ruchem moralnej odnowy. Dlatego "S" była odkryciem w większej skali tego, co Polacy odkrywali cały czas: rzeczywistości społecznej jako sfery moralnej. To wraca regularnie w polskiej historii. Idea "S" będzie wracała, bo jest właściwa Polakom i polskości.
Szczęśniak: Polskie żądanie utopii *Agata Szczęśniak (ur. 1980) - socjolożka, zastępca redaktora naczelnego
"Krytyki Politycznej" Dla mnie w "S" ważny był pierwiastek utopii: przekonanie, że możliwa jest radykalna, nagła zmiana społeczna. Działanie rozpoczyna mała grupa najbardziej świadomych i najbardziej zdeterminowanych (opozycja demokratyczna lat 70.), ale iskra sprzeciwu przeskakuje w pewnym momencie na miliony ludzi, którzy zmieniają Polskę. Podziały społeczne - być może główna przyczyna wszystkich porażek Polaków w historii - zostają nagle i wreszcie przekroczone. Polakom zaczyna się udawać.
Mam natomiast problem z tym, co stało się później - nie tylko z samą "S", ale z pamięcią o niej. Nie odnajduję się w żadnej z dwóch najpopularniejszych opowieści o "Solidarności". Pierwsza jest konserwatywno-narodowa: "S" jest w niej ruchem przede wszystkim religijnym i kolejnym nieudanym powstaniem, któremu patronował papież - twórca polskiej niepodległości. Zniekształceniem wydaje mi się także druga opowieść - w stylu polskiego niby-liberalizmu: Polacy z różnych środowisk zebrali się razem i rozpoczęli dialog, w którym umieli się pokojowo dogadać, za co w nagrodę dostali kapitalizm - raj na ziemi.
Brakuje mi innej opowieści. Wybitny socjolog Jan Strzelecki podkreślał, że "S" to był pierwszy w PRL ruch, w którym można było wyrazić konfliktowość polskiego społeczeństwa. PRL starał się zamazywać i ukrywać konflikty, tworzył iluzję solidarności społecznej. W czasach "S" można było po raz pierwszy powiedzieć: jest strajk, buntują się masy robotnicze.
Prawie nikt nie mówi też o „Solidarności" jako o ruchu pracowniczym. Jakby nie chodziło wtedy o godność pracowników! Wciąż prawie nieobecne w dzisiejszej pamięci o „S" są kobiety. O ich znaczeniu politycznym, o tym, że to one doprowadziły do tego, że strajk w Stoczni Gdańskiej przestał mieć wymiar lokalny, niewiele się przez ostatnie dwie dekady mówiło. Dopiero od niedawna to się zmienia. Symboliczną postacią jest dla mnie Henryka Krzywonos, której biografię „Krytyka Polityczna" właśnie wydała. Mam nadzieję, że powstanie też biografia Aliny Pienkowskiej, Heleny Łuczywo i innych bohaterek „Solidarności".
Dziś "S" w powszechnym odbiorze jest eksponatem muzealnym - albo może nawet złotą trumną: pustym symbolem, który nam się niespecjalnie z czymś kojarzy, poza tym, że byliśmy razem i o coś słusznego walczyliśmy. Nie bardzo wiadomo, kto i z kim, i o co walczył. Chyba nie mamy nawet specjalnie ochoty zastanawiać się nad tym, o co wtedy walczono.
Urodziłam się w roku "S". Dla mnie to bardzo ważne, że w historii Polski zdarzyło się coś tak nagłego i przełomowego: to było polskie "żądanie niemożliwego". W moim domu mówiło się dużo o "S". Na pewno był to jeden z ważnych powodów politycznego zaangażowania mojego, a także moich kolegów i koleżanek z "Krytyki".
Czy podobne "żądanie niemożliwego" jest w Polsce do powtórzenia? "S" zdarzyła się nagle, powstała, mimo że nikt tego nie przygotował i nie przewidział. A więc to możliwe.
Wigura: Sen o pluralizmie Karolina Wigura (ur. 1980) - socjolożka, pracuje w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, należy do redakcji czasopisma "Kultura Liberalna"
www.kulturaliberalna.pl „S” dla starszych pokoleń jest wiecznym rozczarowaniem, dla młodszych - wzruszeniem ramion. Nie mamy sposobu na przełamanie patosu rocznicowego. Z podniosłości uczyniliśmy tylko towar, nie tylko eksportowy, ale i pomiędzy pokoleniami. Efekt? Pod słowami Jerzego Surdykowskiego o tym, że „zmarnowaliśmy politycznie - a może bardziej moralnie - owoce zwycięstwa » Solidarności «. Zostaliśmy sami z własnym wstydem i złością”, solidarnie podpisaliby się wszyscy. Niestety.