http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Sprawa Przemyka. Zbrodnia bez kary

Bogdan Wróblewski
2010-08-09, ostatnia aktualizacja 2010-08-06 19:04

W końcu lipca Sąd Najwyższy zamknął sprawę pobicia na śmierć Grzegorza Przemyka w 1983 r. Zbrodnia w komisariacie milicji się przedawniła. Pozostanie bez kary. Ale winni zostali wskazani. To zostanie w ich sumieniach, w pamięci pokoleń


Fot. Maciej Zienkiewicz / AG
Jeszcze w uszach brzmią słowa sędzi Sądu Najwyższego Małgorzaty Gierszon: "Autorytet wymiaru sprawiedliwości, autorytet prawa buduje się na jego uczciwym respektowaniu i stosowaniu".

Tak argumentowała, dlaczego sąd musi oddalić kasację ministra sprawiedliwości Krzysztofa Kwiatkowskiego. Inne rozstrzygnięcie niż umorzenie z powodu przedawnienia w 2010 r. nie było możliwe.

Kwiatkowski "w poczuciu prawnego i moralnego obowiązku" walczył. "Nie ulega bowiem żadnej wątpliwości, że Przemyk w maju 1983 r. został bestialsko pobity przez funkcjonariuszy ZOMO i milicji, w wyniku czego zmarł" - mówił, składając skargę kasacyjną.

Słowa sędzi Gierszon o autorytecie prawa, a zwłaszcza o autorytecie wymiaru sprawiedliwości - po 27 latach, dwóch miesiącach i dwóch tygodniach od 12 maja 1983 r., gdy patrol ZOMO zgarnął maturzystę z pl. Zamkowego - zabrzmiały gorzko.

Chce się zapytać, co to za prawo, które chroni sprawców, a nie ofiary? Co to za sprawiedliwość, której latami nie można się dobić? Co powiedzieć o państwie, które zbudowało taki aparat wymiaru sprawiedliwości, że przez blisko trzy dekady nie poradził sobie z oceną prostej karnej sprawy - ciosów wymierzonych pałkami i łokciami?

Słuchając sędzi Gierszon z pamięcią obserwatora czterech procesów po 1989 r., zastanawiałem się, czy ich historię można tylko tak odczytywać. I oczywiście - dlaczego taki jest finał tej sprawy?

***

Taki werdykt sądu - umorzenie z powodu przedawnienia - w każdej sprawie karnej jest najgorszym z możliwych. Bo nie przywraca stanu sprawiedliwości rozumianego jako odpłata dla ofiar za winy sprawców.

Ale spójrzmy na zamkniętą już sprawę sine ira et studio. Co zdarzyło się w komisariacie przy ul. Jezuickiej 12 maja 1983 r.? Dzień po pisemnych maturach w mieszkaniu Grzegorz, jego koledzy - Igor i Jakub - oraz przyjaciel rodziny (o cztery lata starszy) Cezary F. wypili dwie butelki wina i pojechali na Starówkę. Gdy dochodzili do pl. Zamkowego, Grzegorz zawisł na plecach Cezarego. Cezary potknął się. Upadli. Podjechała milicyjna nysa. 3 maja Starówka była miejscem patriotycznej demonstracji i starć z ZOMO.

Chłopcy zostali wylegitymowani. Grzegorz nie miał dowodu. Dowódca patrolu ZOMO polecił, by wsiadł do suki. Cezary nie chciał zostawić przyjaciela, też wsiadł. Zawieziono ich do komisariatu.

Przemyk siedział przy stoliku w korytarzu, jeden z funkcjonariuszy na drugim krześle, Cezary stał obok. Podszedł któryś z mundurowych. Zapytał - pewnie ostro - dlaczego Grzegorz mimo stanu wojennego nie nosi dokumentów. Grzegorz odparł, że stan wojenny jest zawieszony. Usłyszał: "To my cię nauczymy tutaj". Milicjant uderzył go w twarz. A ten, który coś pisał przy stoliku, dodał: "Trzeba nauczyć gówniarza!". Z dyżurki wyszło dwóch mundurowych, w tym jeden z zomowców, który wiózł Grzegorza i Cezarego z placu. Wyjął pałkę. Grzegorz chwycił za nią. Szamotanina. Inny milicjant zaczął go bić po plecach. Dyżurny Arkadiusz D. krzyknął: "Bijcie tak, żeby nie było śladów". Wtedy jeden z milicjantów przytrzymał Grzegorza, a inny łokciami szybko zadawał ciosy w brzuch. Cezary nie widział, który bił jego przyjaciela.

Krzyk bólu Grzegorza słyszał Jakub, który stał pod komisariatem. Po ciosach Grzegorz zwinął się na podłodze. Dowódca komisariatu wezwał pogotowie ("do narkomana"). Grzegorza zabrali sanitariusze. Dwa dni później, opowiedziawszy rodzinie i przyjaciołom, co się stało, Przemyk zmarł w szpitalu z powodu wewnętrznych krwawych wylewów, w konsekwencji zapalenia otrzewnej.

Jego pogrzeb był wielką manifestacją tysięcy ludzi przeciw brutalności milicji, przeciw władzy.

Choć z odtajnionych po latach akt MSW wiadomo, że Przemyk i jego matka, poetka Barbara Sadowska, działaczka Prymasowskiego Komitetu Pomocy Pozbawionym Wolności, byli inwigilowani przez SB, to nie ma żadnego dowodu, że zomowcy wiedzieli, kogo zatrzymali. Że pobicie Przemyka było czymś więcej niż pokazem tępej, brutalnej siły jego rówieśników z ZOMO. Prostych chłopaków gdzieś z Biłgoraja, skąd pochodził Ireneusz K.

"Gdybyśmy się chcieli rozprawić z Przemykiem, wzięlibyśmy fachowców" - komentował cynicznie, ale niestety, pewnie prawdziwie ówczesny szef MSW gen. Czesław Kiszczak.

***

- Cokolwiek się zdarzy, Grzegorz Przemyk pozostanie symbolem - mówiła wiele lat później mec. Ewa Milewska-Celińska, pełnomocniczka ojca Grzegorza, Leopolda, w procesach po 1989 r.

To zasługa ówczesnej władzy z gen. Kiszczakiem na czele. Bo władza śmierci Grzegorza się przestraszyła. Postanowiła ją zakłamać, zafałszować. I wykorzystała do tego cały aparat państwa - od bezpieki po propagandystów z radia, prasy i telewizji. "Ma być tylko jedna wersja - sanitariusze" - pisał w wytycznych dla śledczych Kiszczak. Chciał chronić MO. To było jedyne zadanie specjalnej grupy dochodzeniowo-śledczej w MSW. W Biurze Politycznym KC PZPR czuwał nad tym zespół kierowany przez gen. Mirosława Milewskiego.

W maju 1984 r., po sterowanym przez władze procesie sąd wojewódzki uniewinnił milicjantów Ireneusza K. i dyżurnego z Jezuickiej Arkadiusza D. Skazał zaś - "za nieudzielenie pomocy" - dwóch sanitariuszy z karetki.

"Triumf kłamstwa" - pisałem, gdy w kolejnych procesach, w wolnej już Polsce, na jaw wychodziły dokumenty resortu MSW, jak rozkaz nagrodowy Kiszczaka dla funkcjonariuszy MO i SB "za rehabilitację aparatu" czy zdjęcia z wizji lokalnej w komisariacie, podczas której powiedziano funkcjonariuszom, co mają zeznawać.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':