Czekamy na Wasze listy. Napisz: listydogazety@gazeta.pl
>
Przerwa, rozmawiam w klasie z uczennicami. Trochę o ich sprawach, trochę o moich. Miło, luz.
Puka woźna. "Proszę do pana dyrektora!" .
Na korytarzu mijam nauczyciela. "Cześć" - silę się na uśmiech. Nie odpowiada. Udaje, że mnie nie widzi.
"Chyba się minęliśmy" - rzucam. Mam tego dość. Milczenia, którym kwitowałam "to wszystko".
Przed wejściem do gabinetu biorę wdech. Zwolni mnie? A może obarczy "samodzielną" decyzją?
Trochę mnie mdli. Wiem, że znów usłyszę: "czy pani wie, jaką krzywdę wyrządziła szkole?", "Czy zdaje sobie pani sprawę, kim jest? A przecież panią zatrudniamy".
Dyrektor przy biurku, ręce w kieszeniach, jedną wyjmuje, ale tylko po to, by podnieść szklankę herbaty.
Na początek banalne zarzuty: spóźniłam się trzy minuty na dyżur, nie śledzę tablicy ogłoszeń.
"Panie Dyrektorze - próbuję po ludzku - atmosfera jest taka, że omijam pokój nauczycielski, bo nikt się do mnie nie odzywa".
Natychmiast: "Jeśli pani nie odpowiada, to proszę złożyć wymówienie. Do końca maja".
Nie chcę składać wymówienia.
"Dlaczego mnie pan nie zwolni"? - pytam.
"A dlaczego pani myśli, że jestem przeciwko pani?"
Tak myślę. Dlaczego?
**** "To wszystko" nie miało jakiegoś wyraźnego początku. Owszem, wezbrało na sile 31 marca, gdy stanęłam po stronie dwóch uczennic, które poczuły się ofiarami nietolerancji. Opublikowały na prywatnym blogu zdjęcia, na których się niby erotycznie obejmują. Taka kreacja, zabawa artystyczna - pełno tego w internecie.
Pani wychowawczyni, pedagog i wicedyrektor stwierdziły, że to "niegodne reprezentowanie szkoły". Postawiły ultimatum: albo usuwają zdjęcia albo szukają innej szkoły.
Dziewczyny znalazły trzecie wyjście. Zawiadomiły prasę. Sprawa zrobiła się głośna i zakończyła pomyślnie - ultimatum wycofano.
Mnie poprosiły o wsparcie. Powiedziałam głośno, co myślę o cenzurze i dyskryminacji.