http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Solidarność szuka szefa

Rafał Kalukin
2010-05-17, ostatnia aktualizacja 2010-05-14 20:51

Właściwe pytanie brzmiało: poprzeć Jarosława Kaczyńskiego czy nikogo?

ZOBACZ TAKŻE
Nawet nie trzeba było fatygować ludzi. Listy poparcia leżały w pokojach związkowych. W kopalniach, hutach, wielkich fabrykach. Kto chciał, to zachodził i składał podpis za kandydaturą Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich.

Sztab PiS dostarczył do PKW aż 1,7 miliona podpisów. Absolutny rekord, milion więcej niż Platforma. Jaki jest wkład "Solidarności"? Trudno oszacować, z pewnością jednak niemały. Nawet szef "S" Janusz Śniadek zbierał podpisy wśród rodziny i znajomych. Przyniósł 30.

Mogłoby się wydawać, że oto nadszedł czas 55-letniego inżyniera z Gdyni. Wzruszającym przemówieniem nad trumnami pary prezydenckiej w Krakowie zdobył serca żałobników. Publicysta Rafał Ziemkiewicz rzucił nawet hasło: "Śniadek na prezydenta". Argumentował, że szef "S" ma większe szanse niż Jarosław Kaczyński, aby skupić wokół siebie niemal całą prawicę i zapędzić Platformę do liberalnego narożnika. Choć propozycji Ziemkiewicza nikt na serio nie podchwycił, w Śniadku zaczęto dostrzegać samodzielnego polityka z perspektywami na przyszłość.

Ale jest i druga strona medalu. Janusza Śniadka wkrótce czeka ciężkie starcie o utrzymanie władzy nad związkiem. Wynik jest sprawą otwartą.

Od Lecha

Gdy przed ośmioma laty obejmował przywództwo w "S", trudno było nie czuć sympatii do tego pogodnego, zawsze uprzejmego związkowca. Po nadambitnym, egocentrycznym Marianie Krzaklewskim wydawał się idealnym następcą. To miała być nowa jakość. Przywództwo kolektywne, szanujące interesy wszystkich środowisk, wsłuchane w głos zwykłych ludzi.

Być może w innych warunkach byłby to niezły sposób na kierowanie dużą organizacją, ale w czasach postępującej marginalizacji związków zawodowych nie sprawdzał się najlepiej. Gdy zaangażowanie w AWS zakończyło się klapą, związkowcy z ulgą odeszli z bieżącej polityki. Nadzieje pokładali w ustawowo wzmocnionej Komisji Trójstronnej. Szybko jednak okazało się, że mimo prawnych gwarancji dialogu społecznego praktyka ustrojowa III RP nie obsadza związków zawodowych (ani pracodawców) w rolach pierwszoplanowych. Komisja Trójstronna pogrążyła się w rutynowym dialogu, z którego płynęły co prawda doraźne korzyści, ale o realnym wpływie na państwo związkowcy musieli zapomnieć.

Być może charyzmatyczny związkowy lider potrafiłby przerwać marazm. Jednak Śniadek z charyzmą nie miał jednak nic wspólnego. Jego model kolektywnego przywództwa sankcjonował niepisaną zasadę: "Ile siły związku, tyle jego wpływu na państwo". A liczebność wielkich central, choć od dekady utrzymuje się na stałym poziomie 500-700 tys. członków, już dawno nie oszałamia. Co więcej, nadal są one okopane w tradycyjnych sektorach, zaś próby przenikania do nowoczesnych gałęzi podejmowane są w niewielkiej skali.

Czy można więc się dziwić, że gdy w 2005 r. Lech Kaczyński z projektem "Polski Solidarnej" stanął do walki o prezydenturę, "S" bez wahania go poparła? Był wymarzonym kandydatem, zresztą dawnym związkowcem, w latach przełomu 1989-90 w imieniu Wałęsy kierował przecież "S". Jak już pokonał Donalda Tuska i został prezydentem, zaprosił Komisję Krajową "S" do Pałacu, aby obiecać jej wielki pakt społeczny.

do Jarosława

Rzeczywistość IV RP negatywnie zweryfikowała obietnice. Prezydent nie miał odpowiednich instrumentów, a jego brat premier w imię politycznych kalkulacji wolał poświęcić dialog społeczny, oddając Ministerstwo Pracy i Komisję Trójstronną koalicjantowi z Samoobrony. Politykę gospodarczą rządu PiS realizowała zaś liberalna Zyta Gilowska.

Mimo wszystko "S" wspierała ten układ. Tak nakazywała antykomunistyczna tożsamość związku. Alternatywą dla PiS była kojarzona z krwiożerczym liberalizmem Platforma, więc tym bardziej innej drogi nie było. Liderzy "S" racjonalizowali napięcia poprzez tworzenie rozróżnień "dobry Lech - zły Jarosław". A właściwie nie tyle zły, ile nieco mniej wrażliwy. Gdy władzę przejęli "liberałowie" od Tuska, a następnie pod Smoleńskiem rozbił się prezydencki samolot, różnica między Lechem a Jarosławem straciła jakiekolwiek znaczenie.

„Szanując indywidualne decyzje członków NSZZ »Solidarność «, Komisja Krajowa stwierdza że wybór Pana Jarosława Kaczyńskiego na Prezydenta RP daje największą gwarancję kontynuacji programu Solidarnej Polski realizowanego przez śp. Lecha Kaczyńskiego" - takie stanowisko przyjęto w Gdańsku pod koniec kwietnia. Krajówka się spolaryzowała - połowa członków była za poparciem dla kandydata PiS, reszta nie zagłosowała.

Spór nie toczył się jednak o to, kogo poprzeć. Kaczyński był jedynym akceptowalnym kandydatem. Aż 65 proc. członków "S", jak wynika z sondażu, to wyborcy PiS. Na tle pozostałych central "S" jest związkiem bardziej robotniczym. Dominują w niej wykwalifikowani robotnicy po zawodówkach. Osób z wyższym wykształceniem jest tu dwa razy mniej niż w OPZZ i Forum Związków Zawodowych.

Tylko w związkowym establishmencie postawy są bardziej zróżnicowane. Związany z PO, choć nadal członek "S" Jerzy Borowczak zebrał nawet w siedzibie Komisji Krajowej i zarządu Regionu Gdańskiego sto podpisów na liście poparcia Komorowskiego. Jednak baza "S" jest zdecydowanie pisowska i Krajówka nie mogła tego zignorować.

Właściwe pytanie zatem brzmiało: poprzeć Kaczyńskiego czy nikogo?

- "S" zawsze kogoś popierała w wyborach prezydenckich. Najpierw Wałęsę, potem Krzaklewskiego i Lecha Kaczyńskiego - tłumaczy sekretarz Komisji Krajowej Jacek Rybicki. - Bo skoro żąda się od nas skuteczności na szczeblu krajowym, musimy wspierać siły polityczne, które mają program propracowniczy. Lech Kaczyński go miał. Wetował szkodliwą reformę zdrowia rządu PO oraz emerytury pomostowe. A ilu liberalnych ustaw rząd w ogóle nie zgłaszał, bo wiedział, że będzie weto?

A Janusz Śniadek dopowiada: - Gdyby prezydent Jarosław Kaczyński realizował program gospodarczy PiS, dla nas byłby to problem. Ale on przecież podjął się dzieła kontynuowania polityki Lecha.

Od Śniadka

Ciężko się ze Śniadkiem rozmawia. Śladu dawnej pogody ducha, zachmurzony i zacięty. Często wpada w irytację, strofuje, przypisuje mi poglądy, których nie wyraziłem. Przez chwilę zastanawiam się, czy nie zakończyć tej rozmowy. Ale dochodzę do wniosku, że warto poznać przyczyny nietypowego zachowania przewodniczącego.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 5 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':