http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Karnawał smutku

Joanna Tokarska-Bakir*
2010-04-26, ostatnia aktualizacja 2010-04-23 17:00

Rozpacz odbiera ludziom rozum. Ważne, by nie odbierała im życia. Nie przesada martwi mnie w tej żałobie


Fot. Wojciech Olkuśnik / AG
ZOBACZ TAKŻE
Są takie chwile w życiu grupy - pisze antropolog Victor Turner, gdy usiłuje ona zobaczyć własną rzeczywistość na nowo, "wytworzyć język, werbalny lub niewerbalny, pozwalający jej wypowiedzieć się na temat tego, co mówi zazwyczaj". W Polsce naturalny język dramatu społecznego stanowi żałoba. Z dystansu tygodnia, jaki minął od katastrofy pod Smoleńskiem, chciałabym się przyjrzeć sposobowi, w jaki Polacy ją przeżywali. Victor Turner uważa, że dramaty społeczne - a miniona żałoba z całą pewnością była takim dramatem - ujawniają te aspekty życia społecznego, które zazwyczaj pozostają niewidoczne.

Pierwszym, który się ujawnił, jest właśnie naturalność polskiej żałoby.

W tym, co się działo w tamtym tygodniu, było wiele z obrzędów przejścia. Nawet najbardziej zeświecczone życie mieszkańców wielkich miast nigdy się od nich w pełni nie uwolniło. W tradycyjnych społecznościach obrzędy te towarzyszą katastrofom i kryzysom grupowym, a także zmianom statusu lub pozycji społecznej jednostek, narodzinom, małżeństwu, żałobie. Zorganizowane są w charakterystyczną sekwencję trzech faz: wyłączenia, liminalności (od limes, próg) i włączenia.

W fazie wyłączenia jednostka lub grupa pozbywa się oznak poprzedniego statusu.

W fazie liminalnej odarta z oznak przynależności wraca do "dzieciństwa", z jego atrybutami niedojrzałości, niewinności, niewiedzy, do przedkulturowego łona, gdzie społeczne hierarchie i tabu zostają zawieszone.

W fazie włączenia jednostka lub grupa uzyskuje znamiona nowego statusu i powraca do zwykłego świata.

Lud świadomy siły

W tygodniu żałoby to społeczeństwo podlegało inicjacji. Wyłączenie nastąpiło bardzo gwałtownie. Opisywano je, odpowiadając na pytanie, "w jakich okolicznościach dowiedziałem się o katastrofie". Każdy podkreślał nagłość zdarzenia. "Byłam w ogródku", "poszedłem do sklepiku po gazetę", "sąsiad zapukał, że rodzina nie może się dodzwonić". Potem należało jeszcze uwierzyć, że wszystko dzieje się naprawdę. Że to nie film, political fiction, sceny z "Ekipy" Agnieszki Holland.

Potem przyszła faza liminalna, oswajanie się z sytuacją. Wątpię, byśmy chcieli się przyznać, co przychodziło nam wtedy do głowy. Nagle nie było już prezydenta i dziewięćdziesięciu pięciu innych osób, spośród których jedne darzyliśmy sympatią, inne zaś niechęcią, co nam wcale sprawy nie ułatwiało. Co można w takiej sytuacji powiedzieć? "Tak to jest"? Więc ludzie w większości milczeli.

Milczenie, zawieszenie ocen, niepewność to zwykłe atrybuty liminalności. Badacze dodają tu jeszcze jednolitość i jednorodność grupy przeżywającej żałobę. Są one rezultatem inicjacyjnego odarcia z różnic i skutkują intensywnym poczuciem koleżeństwa i egalitaryzmu.

Symptomem wejścia w tę fazę obrzędu jest wytworzenie się niezhierarchizowanej wspólnoty przez antropologów zwanej communitas. To właśnie ją od pierwszego wieczora można było zobaczyć w tłumie stojącym przed Pałacem na Krakowskim Przedmieściu. Inaczej niż na co dzień nie trzeba było mieć wielkiego powodu, aby tam przyjść. Można było nawet nie mieć zupełnie żadnego powodu, ludzie przychodzili tam, dopiero tego powodu szukając. Jak klasy szkolne, które odświętnie ubrane odwiedzały Ministerstwo Kultury i wpisywały się do księgi kondolencyjnej. Jak strażacy czy kolejarze, delegacje z biur i urzędów, ze związku niepełnosprawnych i z towarzystw śpiewaczych.

Lud na Krakowskim Przedmieściu nagle znalazł się w centrum uwagi, zupełnie dosłownie wkroczył na salony. Do Sali Kolumnowej wpuszczano go trójkami, nikogo przy tym nie poganiając. Ten jeden raz zwykłych ludzi potraktowano w Pałacu jak ambasadorów składających listy uwierzytelniające.

W fazie liminalnej obrzędu przejścia strukturalna niższość ma siłę religijną. Nazywa się ją czasem siłą słabych. Ten tłum był jej świadomy. Reagował gniewnie na próby uporządkowania. Raz wyrwał mu się okrzyk "Gestapo" pod adresem żołnierzy. Także harcerzom się nieraz oberwało. Poza tym jednak był spokojny.

Wspólnota communitas z trudem akceptuje siły porządkowe, raczej stara się wyemanować je sama z siebie. Ludzie zbyt jawnie związani ze strukturami władzy kłócą się z duchem communitas. Zaangażowanie polityczne kojarzy mu się z triumfem siły, z niepokojem, strachem, agresją, dlatego też liminalny tłum konsekwentnie odpychał polityków. Mimo ponawianych prób zawłaszczania żałobna communitas nie dała sobie niczego narzucić. Ludzie gwałtownie reagowali na przypisywanie im politycznych artykulacji. Tak pod Pałacem zareagowano na młodzieńca z megafonem plotącego o spisku Obamy. Tak na Rynku krakowskim odrzucono sformatowanie żałoby serwowane przez TVN. Żądano czystego obrazu.

Potęga ludowego odpustu

Obraz oczywiście nie był czysty. Ten na Rynku krakowskim pokazywał wnętrze kościoła Mariackiego. Ten pod Pałacem w Warszawie był zdominowany przez symbolikę religijną. Nie chodzi tylko o to, że rytuał katolicki jest w Polsce jedynym prawomocnie wyrażającym żałobę. Chodzi o charakterystyczną atmosferę ludowego odpustu, we wszystkich znaczeniach słowa, jaka zawładnęła żałobnym zgromadzeniem.

Drzwi kiosku Ruchu przy Trębackiej, na których ktoś nakleił zdjęcie pary prezydenckiej, wnet zamieniły się w kapliczkę. Pani, która handlowała zniczami na Karowej, w poniedziałek śmiało wysunęła się już na Krakowskie. Sprzedawano pańską skórkę, szyszki z krówek, obwarzanki na sznurku, serki z grilla z żurawiną, "naturalny kwas chlebowy polski 100%". Wypróbowywano różne gesty. Jedni klękali, inni majestatycznie się przechadzali. Jedni byli odświętnie ubrani, inni przychodzili w kapciach. Stawiano znicze, ale nie układano krzyża z kwiatów. Nie pasowałby do sytuacji. Ludzie wybrali kwietny szpaler, coś jak w Palmirach albo na Monte Cassino (tam "rząd białych krzyży").

Odpust zupełny trwał też poza Krakowskim Przedmieściem. Hiphopowcy układali pieśni (Doniu, "Czarna sobota"), Sara May wykonywała wokalizy, coś śpiewali Doda i Michał Wiśniewski. Nawet anarchiści płakali ("strasznie jest żyć, kiedy nie ma kto nami rządzić", billboard na Tamce). W TOK FM ironiści zbierali gromy i zapominali języka w gębie. W radiu płynęła spowiedź powszechna. Spowiedź raczej mechaniczna, bo nikt jej nie wysłuchiwał, wszyscy bez przerwy mówili.

W poetykę tej fazy wpisał się rzecz jasna gwałtowny przybór mitologii. Nie mówię o zalewie scenariuszy spiskowych, te przyszły dopiero później. Mówię o zalewie frazeologii ofiarniczej. Ton nadali Włosi. "Niczym w magicznym paradygmacie wiecznego powrotu w tej samej rosyjskiej prowincji, w której dokonano zagłady pierwszej elity, zginęła druga" - napisała niedzielna "La Stampa". "Kolejna klątwa, jakiej ten prastary i szlachetny naród słowiański doznawał od 1772, roku pierwszego rozbioru". "Coś naprawdę ponadnaturalnego zdaje się wyznaczać przeznaczenie narodu polskiego" - to "La Reppublica".

Groza rozpaczy

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    20 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':