Miłada Jędrysik: Ogląda pani serial "39 i pół"? Prof. Barbara Fatyga: Jeśli mam okazję, to tak.
Główny bohater, dobijający do czterdziestki, zachowuje się i wygląda tak samo jak jego nastoletni syn. Pojawiły się ostatnio w mediach wypowiedzi socjologów, że konflikt pokoleń właściwie zanika, że młodzież się konserwatyzuje. Czy z pani badań też to wynika? - Ciągle myślimy o młodzieży jako o jednolitej, homogenicznej grupie. Tymczasem relacje między dziećmi rodziców z wyższym wykształceniem a ich otoczeniem społecznym są zupełnie inne, niż gdy tata ma wykształcenie zawodowe, a mama maturę i pracuje jako drobna urzędniczka. Musimy zacząć patrzeć przez pryzmat takich pojęć, jak: kapitał kulturowy rodzin, zróżnicowane biografie pokoleniowe rodziców i dzieci, zmiany środowiska kulturowego, w którym wszyscy dojrzewaliśmy lub dojrzewamy. Ponadto przynależność do określonej warstwy społecznej i poziom zamożności zwykle przesądzają, jaką ścieżką pójdzie młody człowiek.
Warto zwrócić uwagę, iż różnice międzygeneracyjne objawiają się dziś często na polach, na których wcześniej nie istniały. Pozornie na starym polu panuje święty spokój - może się wydawać, że konfliktu między starymi a młodymi nie ma. Tak jest w Polsce, gdy bada się wartości i gdy okazuje się, że w zadziwiający sposób - bardzo na rękę konserwatywnym opcjom politycznym - udało nam się ocalić przed "zalewem zepsucia płynącym wiadomo skąd", ponieważ system wartości dorosłych i młodzieży jest bardzo podobny. Ale wyciąganie z tego wniosku, że mamy konserwatywną młodzież, to błąd. Choćby dlatego, że jeśli zadajemy pytanie o rodzinę, to respondentowi może chodzić o rodzinę lesbijską albo żyjącą w związku niesakramentalnym. Diabeł tkwi w szczegółach. Na ogół na pierwszych pozycjach sugerowanych przez badaczy odpowiedzi są takie wartości, jak: rodzina, praca, zamożność i zdrowie, które dla większości w naszym kręgu kulturowym są ważne. Dalej - kiedy już człowiek pozakreśla trzy do pięciu kratek od góry - pojawiają się inne wartości, np. kariera, samotne życie itd. Nie są już one wybierane, bo badacz pozwolił wybrać tylko trzy albo pięć odpowiedzi. Bardziej wiarygodne są badania, w których nie daje się spisu, tylko prosi ludzi, by sami podali ważne dla nich wartości. A jeszcze lepsze takie, w których prosimy, by sami opisali, jak je rozumieją.
Styl ubierania się nie jest już chyba powodem do kłótni. - A właśnie, że jest. Mnie to też zaskoczyło. Zrobiłam badanie na ubiegłorocznym Woodstocku i ze zdumieniem stwierdziłam, że wraca problem wyglądu i ubioru, a nawet długich włosów. Na wyższych uczelniach (sic!) wywierana jest presja na studentów, by obcinali włosy, zwłaszcza dredy. Są też szkoły średnie, w których jest to problem. Jednego z chłopców, który zrobił sobie fryzurę nieakceptowaną przez rodziców, "ojciec wziął - wedle jego słów - głodem". Nie dostał obiadu, póki się nie ostrzygł. Poczułam się z powrotem jak w czasach młodości, kiedy w szkole dyrektor linijką wymierzał akceptowaną długość fryzury.
Niektóre konflikty na starych polach relacji międzygeneracyjnych wynikają z wieku. Pojawiają się i znikają, gdy młodzi ludzie stają się pełnoletni - jak wojna o godzinę powrotu do domu i o wakacje. Podoba mi się też, co napisał Don Tapscott w książce "Cyfrowa dorosłość. Jak pokolenie sieci zmienia nasz świat": kiedy był młody,
Ameryka była bezpieczna, dzieci wychodziły bawić się na ulice, znikały na całe dnie, wracały wieczorem, najwyżej dostawały od matki za podarte spodnie. My też wychodziliśmy na podwórko, rodzice nie drżeli, że coś się stanie. Teraz dziecko ma być zawożone do szkoły, jego wolny czas jest pod kontrolą dorosłych ze względów bezpieczeństwa. Boimy się wszystkiego, od zboczeńców seksualnych poczynając, na porwaniach kończąc. Dlatego współczesne dzieci inaczej przeżywają dzieciństwo i młodość.
Przez tę wzmożoną kontrolę wojny o późniejsze powroty do domu i o wyjazdy wakacyjne nabierają pewnej intensywności, ale zwykle są przez rodziców przegrywane. Młodzi ludzie i tak robią, co chcą. Choćby dlatego, że zmieniła się struktura czasu, który w rodzinie może być poświęcany dzieciom. Siedzenie z matką przy stole i gawędzenie o niczym jest wypierane przez czas poświęcony na dowożenie dziecka w różne miejsca.
Rzeczywiście, młodzież musi mieć wrażenie, że jest za bardzo kontrolowana. - Ale skoro ta przestrzeń niekontrolowanego czasu została zamknięta, to "wypurchla" się gdzie indziej. Na przykład w internecie. Wieczorami starzy siedzą i oglądają telewizję, a dziecko w swoim pokoju zanurza się w sieć.
Słyszałam ostatnio opowieść o nastolatce, która przeprowadziła się z rodzicami za miasto. Rodzice dziwią się, że odcięta od koleżanek nie rozpacza, tylko zaraz po przywiezieniu do domu znika w swoim pokoju... W przypadku internetu możemy chyba mówić o przepaści pokoleniowej. - Niedawno pan taksówkarz opowiedział mi taką historię: kupiłem sobie komputer, podłączyłem do internetu, przyszedł wnuk, powiedział: zobacz, dziadku, tak to się robi, i zrobił jakieś szach-mach. Nic nie zrozumiałem. W starszych ludziach jest lęk, że ten sprzęt zepsują. Nie wiedzą, że trzeba by się na niego siekierą zamierzyć, a nie nacisnąć niewłaściwy klawisz.
Ale jeśli wnuk znajdzie dobry sposób, by nauczyć dziadka, to jest tu pole do porozumienia. - Tylko że musiałby znaleźć w sobie cechy, które nie są cechami młodości: cierpliwość, wyrozumiałość.
Świat wywrócił się do góry nogami. Kiedyś wiedza była domeną starszego wieku. - Czapki z głów przed Margaret Mead, która w latach 70., pisząc "Kulturę i tożsamość. Studium dystansu międzypokoleniowego", wszystko to przewidziała. Każde zdanie jest tam aktualne.
A jak dorośli dają sobie radę z tym, że już nie są autorytetami w kwestii wiedzy? - Prawie wszyscy, a na pewno nauczyciele i wychowawcy, uzurpują sobie to, co Bourdieu nazwał "autorytetem pedagogicznym", który u nas ma się należeć "z wieku i z urzędu". Nie ma to wiele wspólnego z definicją socjologiczną autorytetu, np. Weberowską, która zakłada dobrowolne uznanie czyjejś lepszości pod jakimś względem. Uważa się, że bez autorytetu nie można wychowywać. W praktyce tak rozumianego autorytetu już dawno nie ma.
To zjawisko nie dotyczy tylko technologii, ale także np. konsumpcji. Niedawno na konferencji zapytano mnie, jak wychowanie może się odbywać bez autorytetu. Panią, która upierała się, że bez autorytetu wychowywać nie można, spytałam, kto decyduje o tym, jaką ona bluzkę sobie kupi? Ona czy córka? Wtedy jej córka, która siedziała na sali, zaczęła się śmiać i powiedziała: oczywiście ja.