http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Bogaci mają panią Ludę, biedni nie mają przedszkola

Adam Leszczyński, Gazeta Wyborcza
2010-03-08, ostatnia aktualizacja 2010-03-09 14:12

Zatrudniasz Ukrainkę do sprzątania albo opieki nad babcią? Nawet małe prywatne decyzje zmieniają świat. Warto wiedzieć jak

Adam Leszczyński
fot. Piotr Bernaś/AG
Adam Leszczyński
ZOBACZ TAKŻE
Miałem dziesięć lat, kiedy moja mama - zwolniona z pracy w trakcie "weryfikacji", czyli czystki, którą władze zrobiły wśród dziennikarzy po wprowadzeniu stanu wojennego - dostała wizę do Norwegii. W biednym i brudnym PRL-u połowy lat 80. była to przepustka do lepszego świata.

Mama zarabiała korony (wymieniane później bez problemów w banku, co nie przestawało nas dziwić, na dolary), sprzątając duże norweskie domy. Mieszkaliśmy wtedy we dwoje w kawalerce w bloku z czasów późnego Gomułki i dwustumetrowy dom z ogrodem wydawał nam się czymś równie abstrakcyjnym jak pałac Carringtonów z "Dynastii". Po pracy mama rozmawiała z chlebodawczyniami - po francusku - o literaturze i polityce. Znały sytuację w Polsce i współczuły: "Jak musi być u was źle, skoro kobieta z uniwersyteckim dyplomem zajmuje się sprzątaniem za grosze!".

Dla nas to była fortuna. Za przywiezione z Norwegii pieniądze przeżyliśmy w Polsce dwa lata. Mama kupiła mi też pierwszy komputer.

Te wspomnienia wróciły, kiedy czytałem opublikowaną właśnie przez Instytut Spraw Publicznych analizę socjolożki dr Teresy Święćkowskiej o pracy kobiet ze Wschodu - głównie z Ukrainy - w Polsce (pod niezbyt zachęcającym do lektury tytułem "Migracja i gender z perspektywy pracy domowej i opiekuńczej", ale ten żargon trzeba socjologom wybaczyć). Tekst można znaleźć na stronie ISP.

Dziś do Polski przyjeżdżają ze Wschodu kobiety do sprzątania domów i opieki nad ludźmi starymi i chorymi. Nikt nie wie, ile ich jest. Oficjalnie w pierwszej połowie 2009 r. pracodawcy złożyli 120 tys. oświadczeń o zatrudnieniu Ukraińców, ale na pewno więcej pracuje na czarno - bo tak jest taniej (legalność kosztuje). Według badań innej socjolożki dr Anny Kordasiewicz z Uniwersytetu Warszawskiego większość nielegalnych pracowników ze Wschodu to kobiety (a nie np. budowlańcy - wbrew stereotypowi). Pracują średnio od 8 do 10 godzin dziennie (40-60 godzin w tygodniu), zarabiają od 10 do 35 zł za godzinę (ale oczywiście częściej bliżej tej dolnej stawki). Podobnie jak moja mama w Norwegii Ukrainki w Polsce pracują zwykle dużo poniżej swoich kwalifikacji.

Ta migracja - twierdzi Święćkowska - ma wpływ nie tylko na życie imigrantek, ale także na społeczeństwo, do którego przyjeżdżają. Jaki?

Humanitaryzm klasy średniej

Dla liberała sprawa jest prosta. Jest popyt na pracę w Polsce i jest podaż na Ukrainie. Ukrainki przyjeżdżają do Polski nie dlatego, że nas lubią. Decydują się na rozłąkę z rodziną i znajomymi oraz niebezpieczeństwa nielegalnej pracy w obcym kraju - czyli wyzysk, złe traktowanie, kłopoty z dostępem do opieki medycznej (na to wszystko skarżą się pracujące w Polsce Ukrainki socjolożkom) - dlatego, że w Polsce mogą zarobić tyle, ile nigdy nie zarobiłyby na Ukrainie. Niekiedy utrzymanie całej rodziny na Ukrainie zależy od zarobków jednej kobiety pracującej w Polsce.

W wielu biednych krajach zarobki imigrantów wysyłane do domów stanowią dużą część PKB. Według danych think-tanku Stratfor z Berlina w 2008 r. na Ukrainie było to 8,4 mld dol., czyli 8 proc. PKB (dla porównania - całe polskie rolnictwo to 4 proc. naszego PKB). Dając pani z Żytomierza czy z Łucka pracę, polski przedstawiciel klasy średniej postępuje więc humanitarnie. Najpewniej zresztą nawet nie wie, że nie brakuje ekonomistów, którzy twierdzą, że pieniądze przysyłane emigrantów bardziej pomagają biednym krajom niż wysyłanie tam oficjalnej pomocy rozwojowej - bo trafiają od razu do rąk biednych, a nie do kieszeni biurokratów. Po trzęsieniu ziemi w Haiti jedną z rozważanych propozycji pomocy było otwarcie rynku pracy w USA dla Haitańczyków.

Po stronie popytu również sprawa dla liberała jest prosta. Opieka nad dzieckiem albo starszą osobą jest uciążliwa i pracochłonna, a więc droga. W Polsce instytucje, które się nimi zajmują, często są albo trudno dostępne (jak publiczne przedszkola), albo niedobre (o czym świadczą regularne skandale z maltretowaniem pensjonariuszy domów starców). Czasami łączą te wszystkie wady, czyli są trudno dostępne, złej jakości i drogie. Dobrze zarabiający polski biznesmen, prawnik czy dziennikarz myśli więc: "Po co narażać babcię na męczarnie w domu spokojnej starości? Znajdziemy miłą i robotną panią z Ukrainy. W domu wygospodaruje się jakiś pokoik". Albo kalkuluje: "Nie mam czasu na sprzątanie, a poza tym godzina mojej pracy jest warta tyle, co pięć godzin pracy sprzątaczki, która i tak posprząta lepiej ode mnie, bo się w tym specjalizuje. Nie ma sensu, żebym sam odkurzał - to czysta strata pieniędzy". Zatrudnienie Ukrainki pozwala więc łączyć dobroczynność (co poprawia samopoczucie: przecież dajemy biednym zarobić!) z gospodarnością.

Liberał nie kwestionuje, że niektóre z tych kobiet padają ofiarą wyzysku. W jego interpretacji nie wynika to jednak z natury pracy, którą wykonują, tylko z tego, że w większości pracują nielegalnie. Lekarstwem na wyzysk byłaby legalizacja. Trzeba obniżyć koszty pracy Ukraińców w Polsce i zmniejszyć biurokrację związaną z ich zatrudnianiem. Kiedy więcej Ukrainek będzie pracowało legalnie, będą mogły konkurować z Polkami wykonującymi te same zawody. Nie będą musiały się godzić na gorsze warunki. Będą miały prawną ochronę, która choć częściowo wyeliminuje nadużycia.

Liberał wierzy, że podział rynku pracy na dwie strefy - jedną dla "insiderów" (czyli legalnie pracujących Polaków), a drugą dla "outsiderów" (czyli nielegalnie pracujących imigrantów, którzy muszą konkurować dużo niższymi kosztami pracy i znosić rozmaite niedogodności) - jest generalnie szkodliwy, bo obniża efektywność rynkowego mechanizmu. Nie można krępować niewidzialnej ręki rynku - myśli liberał - bo wtedy wszyscy tracą, a najwięcej tracą najbardziej bezbronni, czyli w tym wypadku imigranci ze Wschodu.

Globalny łańcuch opieki

Perspektywa Święćkowskiej jest zupełnie inna. Po pierwsze - pisze - tanio dostępna praca domowa utrwala tradycyjne role płciowe. Polki coraz więcej pracują zawodowo, ale "deficyt pracy domowej" rozwiązują, wynajmując pomoc domową (a nie np. negocjując bardziej partnerskie układy w rodzinie). Imigrantki wpasowują się w tradycyjne role - kobieta zajmuje się domem, a mężczyzna zarabianiem pieniędzy. To paradoks: chociaż zagraniczne "pomoce domowe" u siebie w kraju nie funkcjonują w patriarchalnym modelu rodziny - bo stają się jej głównymi żywicielkami - podtrzymują go w krajach, do których przyjeżdżają.

Import pomocy domowej szkodzi też najbiedniejszym - zarówno w krajach, skąd pochodzą, jak i w tych, do których przyjeżdżają do pracy. Dzieje się to w sposób pośredni i nieoczywisty. Święćkowska opisuje - cytując sławną amerykańską socjolożkę Arlie Hochschild - funkcjonowanie "globalnego łańcucha opieki". "Głębokie nierówności ekonomiczne umożliwiają wielostopniowe przesunięcia w opiece - pisze. - Kobiety emigrujące do bogatszych krajów wynajmują miejscowe pomoce domowe i opiekunki, które same nie mają dość zasobów finansowych i kapitału społecznego, aby wyjechać do lepiej płatnej pracy za granicę. Tak starsza córka ubogiej kobiety z Filipin opiekuje się swoim młodszym rodzeństwem, podczas gdy jej matka jest zatrudniona jako niania przez kobietę, która opiekuje się dziećmi innej kobiety w Europie lub w USA".

Powtórzmy: istnieje globalny rynek i globalny deficyt pracy domowej - uciążliwych i źle płatnych zajęć, które kiedyś w rodzinach wykonywały nieodpłatnie kobiety. Bogaci radzą sobie z nim, wynajmując pomoc - i często jest to pomoc imigrantek. Powstaje wielostopniowy, przekraczający granice "łańcuch opieki". Polska nie zajmuje w nim najwyższej pozycji - Polki nadal wyjeżdżają jako au pair czy opiekunki do osób starszych do Wielkiej Brytanii czy do Stanów; do Polski przyjeżdżają Ukrainki. Przez to jednak światowy "deficyt opieki" nie znika, tylko się przesuwa: to najbiedniejsi i najsłabsi zostają bez opieki - u siebie. Ten dramat rozgrywa się w biednych krajach, więc poza wzrokiem (i sumieniem) bogatych. Polacy dostrzegają tylko polskie, a nie ukraińskie, "eurosieroty" - czyli dzieci zostawione bez opieki, bo ich rodzice wyjechali na Zachód do pracy.

W wydanej w 2003 r. książce „Komercjalizacja życia intymnego” Hochschild pisała: „Od pewnego czasu obiecujący i wysoko wykwalifikowani profesjonaliści (i profesjonalistki) przenoszą się ze źle wyposażonych szpitali, nędznych szkół, przestarzałych banków i innych podupadających miejsc pracy w Trzecim Świecie w stronę lepszych możliwości i lepszej płacy w Pierwszym Świecie. W miarę jak bogate państwa stają się bogatsze, a biedne - biedniejsze, ten jednostronny przepływ talentu i wykształcenia stale poszerza przepaść pomiędzy pierwszymi i drugimi. Ale w dodatku do tego »drenażu mózgów « istnieje równoległy, ale bardziej ukryty i poruszający trend: kobiety, które normalnie opiekują się młodymi, starymi i chorymi w swoich biednych krajach, migrują, żeby zajmować się młodymi, starymi i chorymi w bogatych krajach, czy jako pokojówki i niańki, czy jako pielęgniarki w domach opieki. To drenaż opieki”.

"Drenaż opieki" ma jeszcze jeden skutek uboczny - pogarsza sytuację biednych w zamożnych krajach, do których imigrantki przyjeżdżają. Ten mechanizm najłatwiej pokazać na przykładzie. Wyobraźmy sobie mecenasa Iksińskiego, dobrze zarabiającego prawnika z podwarszawskiej miejscowości. Jeśli Iksiński wynajmuje opiekunkę do dziecka, a potem wysyła je do prywatnego przedszkola, nie jest zainteresowany jakością publicznych instytucji, które się dziećmi zajmują - publicznego żłobka i przedszkola. Nie tylko go one nie obchodzą, ale z jego punktu widzenia nie jest racjonalne, żeby gmina wydawała na nie zbyt dużą część jego podatków - woli, aby zostały przeznaczone np. na drogi. Gdyby mecenas Iksiński nie mógł względnie tanio wynająć pani do dziecka, byłby bardziej zainteresowany tym, aby publiczny żłobek był godny zaufania i dobrze prowadzony - i być może naciskałby w tej sprawie lokalnych polityków. Skoro tego nie robi, publiczne żłobki i przedszkola stają się coraz bardziej instytucjami dla biednych - a, jak lubi przypominać sławny ekonomista Paul Krugman, "instytucje dla biednych to biedne instytucje": wydaje się na nie pieniądze z odruchu współczucia, a nie dlatego, że stoją za tym zorganizowane społeczne interesy.

Traktować jak człowieka

Co ma zatem zrobić mecenas Iksiński, który jest zarobiony po uszy i potrzebuje pomocy domowej oraz pomocy do dziecka? Iksiński nie jest nieczułym potworem i obchodzi go (oczywiście w rozsądnych granicach) los innych ludzi. Co roku wpłaca na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy i oddaje stare ubrania biednym sąsiadom. Może wysłał nawet trochę pieniędzy ofiarom trzęsienia ziemi w Haiti. Z pewnością zaś nie uważa się za osobę aspołeczną.

Nie ma tu prostej odpowiedzi. W lepiej zorganizowanych i bogatszych od naszego społeczeństwach - takich jak skandynawskie - instytucje zajmujące się młodymi, starymi i chorymi działają sprawnie i są godne zaufania. Konia z rzędem temu politykowi, który wie, jak takie w Polsce zbudować.

A jeśli już Iksiński musi wynająć panią z Ukrainy - wie, że to nie jest czysty wybór, ale sądzi, że nie ma wyjścia - to może przynajmniej nie nadużywać swojej władzy wobec bezbronnej imigrantki, płacić jej godnie i traktować jak człowieka.

Ale to chyba oczywiste, prawda?

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 28 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    69 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':