W ostatnich latach nasze uczucia wobec Żydów stopniowo się ocieplają. Sympatia do nich zaczyna przeważać nad niechęcią - twierdzi prof. Antoni Sułek w wykładzie „Zwykli Polacy patrzą na Żydów” (jego skrót „Gazeta Świąteczna” opublikowała 16 stycznia**), podsumowując dwudziestoletnie badania sondażowe postaw Polaków wobec Żydów, badania zainicjowane przez Jerzego Szackiego, a kontynuowane przez zespół Ireneusza Krzemińskiego. Chciałabym skomentować wykład prof. Sułka z punktu widzenia etnografki od lat ponad dwudziestu prowadzącej wywiady na polskiej prowincji. Jeden z najbardziej cenionych polskich socjologów w zwięzłej formie zaprezentował to, co w postawach Polaków wobec Żydów się zmienia, i to, co pozostaje w nich trwałego. Dla przypomnienia - Sułek stwierdza: • W ostatnich latach uczucia wobec Żydów znów się ocieplają i w 2008 r. sympatia do nich lekko przeważyła nad niechęcią - po raz pierwszy od czasu, gdy podjęto w Polsce badania nad stosunkiem do nich. • Zmiany w uczuciach sympatii i niechęci przekładają się na zmiany w dystansie odczuwanym wobec Żydów. Jest on wciąż duży, ale powoli się zmniejsza. • Rośnie akceptacja dla małżeństw mieszanych z Żydami, także hipotetycznych. W badaniach Ewy Nowickiej z lat 1988-98 odsetek Polaków, którzy odradzaliby przyjaciołom małżeństwo z Żydem, spadł z 40 do 33 proc. • W Polsce wiara w światowe wpływy Żydów jest „wysokoprocentową” odmianą całkiem powszechnego mitu antysemickiego. Jednak wiara ta nie jest u nas kwestią na tyle wyrazistą, by przywoływano ją automatycznie, ilekroć ludzie myślą o sprawach kraju. Ale ludzie, którym tylko wyjątkowo przychodzi do głowy taka myśl, dość łatwo zgadzają się z nią, gdy już się z nią zetkną.
Rzeczą, która rzuca się w oczy w wykładzie Sułka, jest konsekwentnie krzepiąca narracja. Autor przywołuje badania wielonarodowe, co - jak twierdzi - jest istotne "z uwagi na tezę o raczej negatywnej wyjątkowości naszego kraju w dziedzinie, o której tu mowa". Ten punkt wywodu jest poniekąd bardziej interesujący niż dane, które przytacza.
W komentarzach Ireneusza Krzemińskiego, pioniera studiów nad tematem, został on sformułowany już w roku 1993 ("Antisemitism in Today's Poland"). Także finał książki pod jego redakcją, "Czy Polacy są antysemitami" (1996), nie pozostawia wątpliwości: "Niniejsza książka z całą pewnością potwierdza występowanie antysemityzmu w Polsce. W przeciwieństwie do tego we Francji czy w Niemczech antysemityzm ów przejawia się raczej w postawach niż w otwartym zachowaniu. Jednakże z drugiej strony stereotyp Polaka-antysemity stanowi niesprawiedliwe uproszczenie. Pojawienie się tego nowego stereotypu utrudnia Polakom wyznanie swoich win względem Żydów i osiągnięcie wzajemnego zrozumienia".
Gdy porównuję te trzy teksty: artykuł Krzemińskiego sprzed lat 20, jego książkę sprzed lat 15 i wykład Antoniego Sułka z 15 grudnia, zdumiewa mnie zaskakująca w dyskursie naukowym teza o "niesprawiedliwości", jaka spotyka Polaków, którym zarzuca się antysemityzm. W etnografii nie znamy pojęcia "sprawiedliwego stereotypu", dlatego też ze stereotypami nie dyskutujemy. Czy w socjologii jest inaczej? Skoro stereotyp informuje głównie o jego nosicielu, dlaczego w badaniach dotyczących Polaków w ogóle mówimy o tym, jak ocenia się ich z zewnątrz? Dlatego, że tak sobie życzą informatorzy? Czy socjologów nie niepokoi "my", jakie w rezultacie powstaje? Proszę wybaczyć, ale wygląda to tak, jakbyśmy mimo usilnych prób mówienia o Polakach wciąż mogli mówić wyłącznie o "Żydach".
Krajoznawstwo i antypolonizm
Uzupełniając badania nad polskim antysemityzmem o perspektywę porównawczą, Antoni Sułek przytacza powiedzenie S. Lipseta: "Ci, co znają jeden kraj, nie znają żadnego kraju". Odpowiadam cytatem z Bolesława Micińskiego: krajoznawstwo może mieć rozmaite cele, "może być poszukiwaniem samego siebie, może być ucieczką przed sobą, może mieć charakter pokuty czy kary". Czym jest ono w tym przypadku?
Profesor Sułek pisze: „uczymy się nawet uczuć”. Owszem - ale uczymy się także ich wygaszania. Weźmy niepokój, który w niejednym zrodzi się na wieść, że jedna trzecia społeczeństwa polskiego wciąż nie chciałaby mieć Żyda w rodzinie. Czy to uczucie niepokoju wzrośnie, czy osłabnie, gdy usłyszy on od socjologa: „przyzwolenie dla związków małżeńskich z osobami innymi etnicznie, nie tylko Żydami, jest w Polsce bardzo niskie” albo „około jednej trzeciej »na pewno « nie głosowałoby na prezydenta pochodzenia żydowskiego, ale także na niemieckiego, rosyjskiego i ukraińskiego”?
Konstrukcja "tak, ale", na której opiera się wywód Antoniego Sułka o malejącym polskim antysemityzmie, ma wartość nie tylko sprawozdawczą, ale też perswazyjną. Byłaby ona niezrozumiała, gdybyśmy nie znali ukrytej przesłanki, na której perswazję tę oparto. Została ona wyrażona w cytowanej wyżej wypowiedzi Krzemińskiego o tym, co hamuje przemianę stosunku Polaków do Żydów i ich "wzajemne zrozumienie". Otóż za ów niezadowalający stan rzeczy winić należy "stereotyp Polaka-antysemity" i jego nosicieli! Nie antysemitów, cynicznie zarządzających etnicznością, nie polityków czy księży w rodzaju ks. Chrostowskiego i bp. Stefanka, ale poniekąd przeciwnie - "dziennikarzy" i "działaczy organizacji żydowskich", czyli szerzycieli owego brzydkiego stereotypu, którzy bijąc na alarm, twierdzą, że "problem antysemityzmu istnieje i jest poważny".
Warto w tym momencie przypomnieć, że teza, iż to właśnie walka z antysemityzmem konserwuje, a nawet produkuje antysemityzm, jest chwytem retorycznym tak starym jak stosunki chrześcijańsko-żydowskie. W przedmowie do swojej książki "Diabeł i Żydzi" (1943 r.) wspomina o nim Joszua Trachtenberg: "Pewien bardzo szanowany duchowny niechcący zachęcił mnie do kontynuacji mych badań, argumentując, że to nieodpowiedni czas na przywoływanie do życia niemiłych wspomnień, jakie budzi mój temat. Po co rozgrzebywać te brudy w momencie takiego nasilenia antysemityzmu? A właśnie! Czy może być lepszy moment?".
Po publikacji "Sąsiadów" Jana Grossa podobne pytanie skierował do autora Ryszard Bugaj, polityk Unii Pracy, dziś doradca prezydenta Lecha Kaczyńskiego ("Gazeta" z 6-7 stycznia 2001 r.). Choć podobnie jak przed laty dwudziestu wciąż trudno o kogoś, kto powiedziałby choć jedno słowo w obronie stereotypów, po doświadczeniach przeszłości, szczególnie zaś w obliczu trwałości antysemityzmu inteligenckiego, trzeba na powrót przyjrzeć się sformułowaniu Ireneusza Krzemińskiego. Czy wśród tych, którzy się na nie powoływali, godna pochwały czujność wobec stereotypów ("antypolonizm"!) nie wyrażała się przypadkiem w uciszaniu "aktywistów" bez potrzeby bijących na alarm? Czy tak swoiście pojmowane dobro publiczne - przemilczanie antysemityzmu w nadziei na jego samoistne wygaśnięcie - nie nakłada się dziś na skutki komunistycznego zakazu mówienia o wyjątkowości zagłady Żydów, w rezultacie czego inne polskie zmowy milczenia (o szmalcownictwie, o przypadkach mordowania Żydów przez różne formacje podziemne w czasie wojny, o postawie Kościoła wobec Żydów) na dobre przekształciły się w "szkielety w szafie"? Jaką rolę w tym złożonym procesie odgrywało napiętnowanie pojęcia "aktywisty", a także podejrzana dychotomia "filosemityzm/antysemityzm"?
Nie trzeba wielkiej przenikliwości, by dopatrzyć się w niej narzędzia kontroli społecznej. Świetnym przykładem jej rozszyfrowania jest wypowiedź Rafała Betlejewskiego, autora akcji społecznej "Tęsknię za tobą, Żydzie". Radiowa dziennikarka zapytała Betlejewskiego wprost, co by odpowiedział na zarzut, że działa z żydowskiej inspiracji. Usłyszała: "Ależ ja działam z żydowskiej inspiracji. Jak najbardziej!".
"Zwykli ludzie" kontra "aktywiści"
Profesor Sułek jest doświadczonym badaczem i zdaje sobie sprawę z niedoskonałości swojej metody. Mówi o niej następująco: „[sondaż, ankieta] trudno dociera do głębszych warstw świadomości, do podświadomości społecznej - tam, gdzie gnieżdżą się demony. Ponadto badani mają skłonność do ukrywania opinii społecznie niepożądanych, starają się wydać politycznie correct. Ważniejsze są jednak zalety sondażu. Będąc badaniem reprezentacyjnym, pokazuje on poglądy całego społeczeństwa, w szczególności »zwykłych ludzi «, a nie tylko naszych znajomych lub kręgów, których zaangażowanie po jednej lub drugiej stronie jest tak duże, że rzuca się w oczy. Ponieważ sondaże są powtarzane, pokazują rzeczywiste zmiany w społeczeństwie i chronią przed impresyjnymi opiniami - że jest coraz lepiej albo że coraz gorzej”.
Zalety sondażu są niewątpliwe, przede wszystkim jest nią niedostępna na przykład etnografom reprezentatywność. Sułek bagatelizuje jednak jego wady. Z doświadczenia badaczy prowadzących dziś prace terenowe w Polsce wynikają inne wnioski. Z rozmów rejestrowanych zarówno na polskiej prowincji, jak i w dużych miastach wynika, że poprawność polityczna nie tylko nie jest "elementem marginalnym", ale niekiedy, w badaniach takich jak stosunki polsko-żydowskie, urasta do rangi czynnika pierwszorzędnego.
Polityczna poprawność sygnalizuje postępującą modernizację kraju, byłoby jednak naiwnością sądzić, że znosi ona antyżydowskie uprzedzenia. To, co określamy dziś potocznie poprawnością, współtworzy, by sięgnąć do określenia Ervinga Goffmana, "fasadę" informatora. Fasada skrywa te cechy jednostki, których z jakichś powodów nie ma ona ochoty ujawnić. Goffman prowokacyjnie sugeruje, że fasada nie jest wcale mniej prawdziwa niż owo "ja wewnętrzne", do którego poznania dążymy. Żadną miarą nie oznacza to jednak czegoś odwrotnego - że owo "ja wewnętrzne" miałoby być mniej prawdziwe niż fasada. Tymczasem taki wniosek (być może niezamierzony) wynika z wypowiedzi Antoniego Sułka. Chyba nie przeinterpretowuję intencji? Oznaczałaby ona: "niedostępne badaniu reprezentacyjnemu" równa się "nieprawdziwe".
Na podstawie wykładu Sułka można odnieść wrażenie, że o ile socjologowie sondażowi dzięki swoim metodom docierają do "Polaków zwykłych", o tyle reszta z nas, w tej liczbie także etnografowie chodzący po polskiej prowincji, z definicji skazani są na fragmentaryczną ich znajomość. Przypomnijmy więc, że jest odwrotnie: wyjąwszy ankieterów, socjologowie sondażowi nie mają do czynienia z wypowiedziami realnych ludzi, lecz z konstruktem wyprodukowanym przez metodę, która z poglądów ankietowanych pobiera wycinek dający się przetworzyć zgodnie z przyjętymi kryteriami reprezentacyjności. Sondaż jako "naturalna metoda badania postaw masowych" odpowiada na wiele pytań, niemało też ich jednak prowokuje. Choćby założenie, że "sondaże skupiają się na centrum, na głównym nurcie społeczeństwa i trudniej docierają do grup skrajnych, zarówno elit, jak i grup peryferyjnych". Terminologia przestrzenna ("centrum/peryferie", "elity" - "nurt główny" - "grupy peryferyjne") sugeruje, jakoby dane wyodrębniane przez badacza były porządkowane wedle kryterium grup, nie zaś według treści, których nosicielami są członkowie tychże. To zaś oznacza, że nie potrafimy sobie wyobrazić na przykład człowieka, który częścią swoich postaw należy do grupy mainstreamowej, a częścią - do "grup skrajnych".
Tymczasem z badań etnograficznych mojego zespołu wynika, że problemem elit lokalnych (np. w Sandomierzu, miasteczkach podlaskich, na Zamojszczyźnie) jest nie tyle ekstremizm radykałów i domniemanych "grup skrajnych", ile ekstremalne z punktu widzenia prawdy historycznej poglądy mainstreamu, w tym przede wszystkim inteligencji (właściciel składu aptecznego, ksiądz rektor, ksiądz biskup, artysta plastyk, były konserwator wojewódzki, pracownice muzeum, bibliotekarka, nauczyciele licealni), a także ich tolerancja dla poglądów jeszcze bardziej skrajnych. Granice między ekstremizmami nie przebiegają pomiędzy ludźmi, ale poprzez ludzi. I w gruncie rzeczy tylko takie stanowisko może uniknąć zarzutu esencjalizmu.
"Elementy tożsamości żydowskiej"
Antoni Sułek od esencjalizmu się odżegnuje. Czyni to, definiując drugi element tytułu swojego wykładu, w którym oprócz „zwykłych Polaków” pojawiają się też „Żydzi”. Sułek zastrzega: „Żydzi, o których myślą Polacy, to nie tylko ci, co dziś żyją w Polsce. To także Żydzi, którzy żyli w Polsce kiedyś - po wojnie, przed wojną, a nawet dawniej. To cały naród żydowski. To Żydzi »symboliczni «, kolektywny byt i zarazem konstrukcja kolektywnej wyobraźni. Dla uprzedzonego umysłu dystynkcje te nie mają większego znaczenia. Przyjmuje on bowiem założenie esencjalizmu. Zakłada, że ludzie jakiejś kategorii etnicznej zawsze i wszędzie są zasadniczo tacy sami, że w każdym z nich tkwi jakaś wspólna esencja etniczna”.
Nasuwa się pytanie, jak badacz winien odnieść się do krytykowanego tu "esencjalizmu" informatorów, aby go samemu nie powielać. Jeśli kategorie zawarte w jego pytaniach ankietowych będą tak esencjalistyczne, jak to sugeruje nieróżnicowana kategoria "Żydzi", to nie dowiemy się, o których "Żydów" ankietowanym chodziło.
Źródło: Gazeta Wyborcza