http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Elita reszty nie pyta

Paweł Smoleński
2010-01-03, ostatnia aktualizacja 2010-01-01 15:07

Pojawia się plan Balcerowicza. Będzie niczym Biblia, raz na zawsze dany do wierzenia. Niedowiarków nikt nie posłucha

Zrazu wydało mi się, że dyskutanci wzajemnie się nakręcali, który z nich powie dosadniej, użyje bardziej radykalnego porównania. Miałem wrażenie, że jestem świadkiem wyścigów, kto w tych swoistych zawodach wygra złoto w konkurencji nieroztropności. Działo się to w połowie grudnia, na antenie mojego ulubionego radia. W dodatku - o poranku i przy niskim ciśnieniu atmosferycznym, czym również tłumaczyłem sobie kogutowatość dyskutantów; czuli ospałość, więc musieli się jakoś pobudzić.

W rozmowie szło o dwie postacie: generała Wojciecha Jaruzelskiego i profesora Leszka Balcerowicza, choć wistowano również innymi nazwiskami, choćby Johna Demianiuka, hitlerowskiego zbrodniarza wojennego, oczekującego w inwalidzkim wózku na werdykt niemieckiego sądu. Licytacja zaś polegała głównie na tym, by wykazać, który z nich gorszy i jakiej - przynajmniej generał - winien oczekiwać sprawiedliwości.

Dałbym sobie spokój ze słuchaniem mojego ulubionego radia, gdyby rzecz dotyczyła tylko generała; nudzi mnie ponura, choć wielce egzaltowana mantra wygłaszana pod jego adresem. Aż nagle padły stwierdzenia, które w minutę uczyniły ich autora sławnym na całą Polskę: - Totalnie się je rozgrzesza (reformy Balcerowicza)... W stanie wojennym były represje przeciwko stronie społecznej, ruchowi społecznemu i nie widzi się ciągłości z reformami Balcerowicza, które były z tej samej logiki. To znaczy, też były przeciwko duchowi "Solidarności" i przeciwko ruchowi społecznemu.

Słowem - Balcerowicz i Jaruzelski to jedność, a gdzieś między nimi kołacze się stan wojenny, reformy gospodarcze, konieczność procesów, a nawet hitlerowiec Demianiuk. Paranoja - powiecie. Może nie tylko.

***

Powtórzę - nasłuchałem się dość o generale zbrodniarzu, więc takie zaklęcia tylko mnie żenują. Co innego - słowa o Balcerowiczu. Wypowiedział je Maciej Gdula, rocznik 1977, doktor socjologii i - podług tego, co pisał - uważny obserwator polskiej teraźniejszości, liczący się głos "Krytyki Politycznej", środowiska - jak chce wielu - gdzie dzisiaj najciekawiej rozprawia się o polityce, co nie znaczy, że zawsze najprzytomniej. Jest lewicowcem z przekonań, więc ma prawo nie lubić liberała. Lecz żeby od razu aż tak?

Gdyby coś takiego wywalił z siebie gospodarczy spec od Leppera lub inny wszechpolski giertychowiec. Albo jakiś doradca zmarnowanej centrali związkowej lub zaprzeszły kandydat na posła z partii, których nazw dzisiaj już nikt nie pamięta. OK, niech sobie gadają, bo co im zostało?

Gdyby takie słowa padły u progu lat 90., kiedy reformy Balcerowicza bolały, i to jak, ich prawdziwe skutki były zaś dopiero na papierze, a nie w realu. Wszak - wspomnijmy - Balcerowicz doczekał się wówczas miana doktora Mengele polskiej gospodarki; uczciwość porównań nie była mocną stroną jego przeciwników, lecz gdy boli, gada się jak w malignie.

Gdyby powiedział to ktoś z popegeerowskiej wsi, ukrzywdzony przez życie i obdarowany niezasłużoną beznadzieją. Albo siwawy publicysta i naoczny świadek planu Balcerowicza, dziś w krótkich portkach młodocianego rewolucjonisty. Słuchać ciężko, lecz idzie wytrzymać, zwłaszcza ekstrawagancję wieku średniego.

Nic z tych rzeczy - rzekł to człowiek wykształcony i przytomny, należący do pokolenia, które - w znakomitej części - z racji późnego urodzenia nie posmakowało PRL-u, lecz wygrało los na loterii. I co z tego, że nie całą stawkę?

Więcej - Gdula powiedział mi, że nie zrobił tego dla autopromocji. Nie zależało mu na chwilowej sławie, nie gwieździł dla samego gwieżdżenia. Nie narzekał na wczesną porę audycji ani na ciśnienie. Nie kierowała nim zła wola. Jeśli czymś był zirytowany, to hołdami pod adresem Balcerowicza, lejącymi się w grudniu z gazet, radiostacji i telewizji.

A najważniejsze - tak po prostu myśli. Co - zgódźmy się - jest egzotyczne, więc po prostu ciekawe.

- Dla elit Balcerowicz ciągle jest ikoną - opowiada. - Należy do skromnego grona postaci organizujących wyobraźnię. Jest przedmiotem wiary, prorokiem. Elity mówią: dał dowód odwagi, rzucając Polskę na tak głęboką wodę. Nie było innego wyjścia. A może jednak było? Takie rozumienie historii przekłada się na myślenie o teraźniejszości i przyszłości: szkoda, że dziś nie ma takich ludzi. A może wcale nie szkoda, może historia mogła potoczyć się inaczej.

- A może jednak tą drogą wprowadzono w Polsce normalność?

- Normalność to od lat słowo zaklęcie, ale też przekleństwo. Reformy Balcerowicza przedstawia się jako coś oczywistego i naturalnego. Grzęźniemy w rytuale, tymczasem sprawy wyglądały tak: awangarda ekspertów narzuciła coś ludziom, obiektowi eksperymentu. Można nam wszystkim urządzić życie bez pytania, czy tego chcemy, bez oglądania się na społeczną aktywność. To logika stanu wojennego i jego dziedzictwo; jest tylko jeden słusznie myślący ośrodek, a reszta ma słuchać i niemo akceptować.

Postanowiłem więc posłuchać, jak te dwadzieścia lat z okładem wyglądają z perspektywy Macieja Gduli.

***

Grudzień '81. Na ulice wyjeżdżają czołgi, kopalnia Wujek, w telewizji smętni, lizusowaci goście w mundurach. Maciej Gdula, wówczas czterolatek, ma prawo tych czołgów nie pamiętać. Lecz jak nie zgodzić się z jego rozumieniem tamtego czasu, skoro mówi: - Koniec marzeń, to było uderzenie w aktywność społeczną. A Polacy marzyli pięknie, ambitnie. Szło im o pracę, płacę, o równość, brak wykluczenia, czyli o godność. To wtedy rodziły się idee samorządności w zakładach pracy, samoorganizacji społeczeństwa. Zamiast tego zaczęło się zniechęcenie i brak nadziei.

Potem już poleciało; stan wojenny pokazał, że można rządzić, nie słuchając ludzi, wbrew ludziom, eksperymentując na ludziach. Choć - zdaniem Gduli - lata 80. nie były prostą zamrażarką, banalną próbą powrotu do tego, co PRL uważała za święte i nienaruszalne. Bo gdyby tak było, komuniści nie sililiby się na reformowanie gospodarki, na dodatek w duchu wolnorynkowym, by nie rzec - czysto kapitalistycznym. Tak, restytucja kapitalizmu zaczęła się kilka lat przed Balcerowiczem, wspierana przez najwyższe władze PZPR. Czym innym była zgoda komunistów na firmy polonijne, kolejne deklarowane etapy reformy gospodarczej, te wszystkie spółki z o.o.?

- Nie sądzę, by generał Jaruzelski pokusił się o prostą figurę retoryczną, gdy mówił, że umiałby urządzić PRL całkiem, całkiem, gdyby zezwolił na prywatyzację i bezrobocie - zapewnia Gdula. - Generał mówił prawdę.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 6 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    21 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':