http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Korsarze w sieci

Olga Walendziak
2009-11-09, ostatnia aktualizacja 2009-11-06 17:09

Czy prawo własności intelektualnej kłóci się z wolnym dostępem do dóbr kultury? I czy możliwe jest sensowne egzekwowanie tego prawa?

W czwartkowej "Gazecie" napisaliśmy o zatrzymaniu twórców portalu hostingowego Odsiebie.com - grozi im do pięciu lat więzienia. Czy jednak nie budzi wątpliwości tak surowe karanie ludzi umożliwiających swobodny, acz bezprawny, obrót dobrami kultury?

Policja chwali się, że zabezpieczyła setki tysięcy IP (danych, po których można zidentyfikować użytkowników). Nawet zakładając, że odwiedzających serwis było mniej niż numerów IP (bo ludzie, korzystając ze zmiennego IP, odwiedzali serwis wielokrotnie), to i tak przesłuchanie takiej liczby osób i postawienie im zarzutów wydaje się niezwykle trudne. A jak rozwiązać łamigłówkę sieci bezprzewodowych? Jak udowodnić, że kradzieży nie dokonał ktoś, kto "przez ścianę" skorzystał z czyjejś sieci? A to dopiero początek drogi - podobnych serwisów jest wiele, a piractwo przypomina hydrę, której po ucięciu jednej głowy wyrasta pięć następnych.

Czy w tej sytuacji karanie co bardziej pechowych administratorów i użytkowników nie jest pustym gestem? Może lepiej zastanowić się, jak bardzo zmienił się świat? I jak oswoić internetowych piratów, zamiast tworzyć przepisy, które większość obywateli i tak ominie w przekonaniu, że prawdopodobieństwo złapania jest nikłe?

Może pora przyjrzeć się przyczynom nielegalnej wymiany plików, zamiast bezmyślnie zaostrzać kary?

Cyfrowy Robin Hood

Komputerowe piractwo nie powstało bez przyczyny - jest wynikiem dynamicznie rosnącego popytu na dobra kultury. Ludzie chcą "być na bieżąco", a dostęp do najnowszych programów, informacji czy twórczości artystycznej zdaje się warunkiem pełnego funkcjonowania w społeczeństwie.

•  Technologia pozwala już na to, by się kulturą dzielić - rewolucja cyfrowa otworzyła przed nami świat, w którym każdy, kto chce, może wiedzieć, przeczytać, usłyszeć. A raczej mógłby. Bo prawo tej rewolucji nie zauważa. Legalnie dostępna wiedza i kultura nadal są dobrami luksusowymi. Np. zremasterowane nagrania Beatlesów kosztują aż 60 złotych za płytę!

A żeby być artystą, czyli czynnie uczestniczyć w kulturze, trzeba jeszcze więcej. Programy graficzne, muzyczne czy choćby legalny edytor tekstu - to naprawdę kosztuje. Komercyjnie dostępne oprogramowanie umożliwiające napisanie przyzwoitej strony internetowej kosztuje, bagatela, 25 tys. zł.

Efekt? Mniej twórców i mniej odbiorców oraz sztuczna opozycja artysta - konsument.

•  Zapory cenowe to zresztą niejedyny powód piractwa - nie bez znaczenia jest też oprogramowanie zabezpieczające dodawane coraz częściej do płyt CD i DVD, które instaluje na komputerze swoje kopie (pozostające nawet po usunięciu używanego pliku), często zaburzające pracę komputera. Innymi słowy, razem z legalnie zakupionym produktem dostajemy „prezent” w postaci niechcianego programu, który niewiele różni się od wirusa. Niekiedy posiadacze legalnej kopii nie są wręcz w stanie z niej skorzystać i dodatkowo ściągają z sieci wersję piracką.

Trudno się zatem dziwić, że ludzie szukają alternatyw. I że pojawiają się współcześni Robin Hoodowie, którzy umożliwiają swobodny dostęp do dóbr kultury.

Oczywiście zawsze można posłużyć się argumentem: "To, że nie mam samochodu, nie uprawnia mnie do kradzieży". Jednak z kopiowaniem jest trochę inaczej - nie odbieramy komuś jego nagrania, tylko zwiększamy liczbę kopii w obiegu, zwiększając jednocześnie popularność nagrania.

A zatem - zamiast ograniczać dostęp - może lepiej uznać, że darmowe udostępnianie sztuki i technologii to szansa, a nie zagrożenie? Że szansą jest to, co postuluje Międzynarodowa Partia Piratów - by ludzie łatwiej mogli stawać się i twórcami, i odbiorcami kultury?

Nie taki pirat straszny...

W latach 80., gdy kasety magnetofonowe były postrzegane przez firmy fonograficzne jako wielkie zagrożenie, zespół Dead Kennedys wydał kasetę, na której muzyka była nagrana tylko z jednej strony. Na drugiej stronie był napis "Domowe przegrywanie kaset zabiera zyski przemysłowi muzycznemu! Zostawiliśmy tę stronę, abyś mógł w tym pomóc" (w domyśle - przegrywając inną kasetę).

Zespół ten gromadził pełne sale na koncertach i do dziś cieszy się dużą popularnością. Może więc w tym szaleństwie jest metoda?

Również dzisiaj nie brakuje chętnych do dostarczania dóbr kultury po przystępnych cenach (np. twórcy iTunes Store, sklepu handlującego plikami muzycznymi), wydawania dzieł równolegle komercyjnie i za darmo (jak Chris Anderson, autor książki "Free", właśnie o dostępności kultury w sieci) czy rozwoju ogólnodostępnego oprogramowania (np. Linus Torvalds, twórca systemu Linux). Warto dodać, że pochodzący z Finlandii Torvalds, mimo hojnego obdarowywania innych swoimi pomysłami, biedy nie klepie. Jak to możliwe? Otóż w przypadku rozpowszechniania darmowego oprogramowania dochód przynoszą źródła uboczne, np. reklamy.

Podobnie rzecz ma się na rynku muzycznym - wiele fińskich zespołów udostępnia muzykę za darmo na swoich stronach internetowych, a dochód czerpie głównie z koncertów. Za tym podejściem stoi głęboki egalitaryzm Finów - według nich każdy, niezależnie od zasobności portfela, powinien mieć prawo do uczestnictwa w życiu intelektualnym swojej społeczności. Taki model ma zresztą daleko idące pozytywne implikacje, np. znacznie niższy poziom analfabetyzmu wtórnego niż w USA czy w Polsce. Może więc zamiast walczyć z honorowymi hakerami, warto zająć się produkcją darmowego oprogramowania i swobodnym udostępnianiem twórczości artystycznej?

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 3 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy