http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Polscy konserwatyści. Bez niewinności i doświadczenia

Mirosław Czech
2009-10-19, ostatnia aktualizacja 2009-10-16 17:00

Konserwatyści muszą powiedzieć, dlaczego wzięli udział w niebezpiecznym chybotaniu polskim państwem i dlaczego dopuścili do władzy skrajnych populistów, pogrobowców endecji i katolickiej reakcji

Mirosław Czech
Fot. Arkadiusz Ścichocki / AG
Mirosław Czech
Konserwatyści mogą się czuć w Polsce królami życia społecznego. Zdecydowana większość Polaków to katolicy, kościoły są pełne, religii naucza się w szkołach publicznych, ustawa antyaborcyjna należy do najbardziej restrykcyjnych w Europie, a sekularyzacja na razie nie obejmuje młodego pokolenia. Od czterech lat politykę zdominowały dwie partie prawicowe i nie widać końca ich hegemonii.

A jednak ideolodzy konserwatystów czują się przegrani. Rafał Matyja, politolog, autor hasła "IV RP" i "rewolucji semantycznej" oraz działacz Polski XXI, napisał niedawno w książce "Konserwatyzm po komunizmie", że w debatach publicznych poglądy konserwatywne co prawda się pojawiają, lecz "żadne instytucje - cokolwiek weźmiemy pod uwagę: administrację, szkoły, środki przekazu czy wymiar sprawiedliwości - nie kierują się w swych działaniach konserwatywną wizją świata".

W stwierdzeniu Matyi ogniskuje się główny problem - dominujący w debacie publicznej prawicowi publicyści używają tak wielkich uogólnień, by zdeprecjonować swoich przeciwników z III RP, że wyklucza to sensowną dyskusję. Gdy ktoś jest odmiennego zdania lub pyta, co kryje się za poszczególnymi terminami, zaliczany jest do lewicowo-liberalnego mainstreamu, który rzekomo sprawował władzę nad umysłami Polaków. Zwłaszcza w latach 90., gdy Polskę miała zdominować "jedna ideologia i jedna gazeta". Po praktycznych ćwiczeniach z "rewolucji moralnej" można by od tych publicystów oczekiwać bardziej krytycznej oceny prawicowych diagnoz Polski i sposobów naprawy życia politycznego i społecznego.

Obecna prawica spod znaku IV RP jest trzecią w kolejności. Pierwsza w konspiracyjnych latach 70. i 80. stanęła w kontrze do głównego nurtu opozycji solidarnościowej skupionego wokół Lecha Wałęsy. Druga ukonstytuowała się w czasie kampanii prezydenckiej Wałęsy w roku 1990 i zakończyła żywot wraz z upadkiem AWS dekadę później.

W stanie wojennym środowiska "Głosu" Antoniego Macierewicza i Ludwika Dorna, "Polityki Polskiej" Aleksandra Halla, Grupy Publicystów Politycznych Marcina Króla i kręgu Mirosława Dzielskiego wychodziły z założenia o względnie stałym uzależnieniu Polski od Związku Radzieckiego. Koncentrowały się na takich aspektach owego status quo jak zakres swobód obywatelskich, wolna przedsiębiorczość, reguły współodpowiedzialności za państwo. Jacek Bartyzel z Ruchu Młodej Polski w 1987 r. deklarował: "Nie walczymy z państwem, lecz o państwo". Dla niego PRL "jest w obecnych (prawdopodobnie względnie trwałych) warunkach jedynie możliwą, choć wysoce niezadowalającą formą państwowości polskiej. Obce przeto jest nam dążenie do zniszczenia tej formy, pragniemy natomiast brać udział w poszerzaniu zakresu jej suwerenności zewnętrznej i odmienności cywilizacyjnej wewnętrznej, w przeobrażeniu totalitarnego państwa partii w autorytarne państwo narodu".

Trzy lata wcześniej GPP deklarowała, że "w perspektywie realnego horyzontu czasowego trzeba myśleć nie o władzy innej, lecz o władzy inaczej sprawowanej". Nowa racjonalność środowisk opozycyjnych, którą proponowali konserwatyści z "Res Publiki", opierać się miała na przekonaniu, że "to państwo jest nasze i że interes tego państwa jest nadrzędny w stosunku do interesów wszystkich sił społecznych, łącznie z czynnikiem rządzącym".

Polityka przeciekła między palcami

W tym czasie kierownictwo „Solidarności” dążyło do utrzymania jedności podziemia. Hasło „ »Solidarność « nie da się podzielić” odzwierciedlało podstawowy element ówczesnej strategii kierownictwa opozycji skupionej wokół Wałęsy - do ewentualnych rozmów z władzą można przystępować jako zwarta drużyna, a nie koncesjonowane i rozbite środowiska. Część dzisiejszej prawicy uważa, że ze strony Wałęsy i jego współpracowników była to uzurpacja i „dogmat” wyłączności w reprezentowaniu społeczeństwa. Dlatego wiele środowisk prawicowych miało go respektować wbrew własnemu interesowi politycznemu, a także wbrew opinii prawicowych publicystów, którzy ostrzegali, że w ten sposób zatracona zostanie podmiotowość prawicy.

Ładnie byśmy dzisiaj wyglądali, gdyby przywódcy "Solidarności" uznali, że PRL jest naszym państwem, którego nie należy odesłać do lamusa dziejów, a szczytem polskich aspiracji nie są starania o ustanowienie innej władzy, lecz jedynie władzy inaczej sprawowanej. I gdyby w czerwcowych wyborach 1989 r. zamiast jednej listy solidarnościowej wystawiono dwie lub trzy listy opozycyjne, bo tego wymagało "zachowanie podmiotowości prawicy".

Ten błąd miał prawicę wiele kosztować, bo formacja konserwatywna w końcu lat 80. okazała się niezdolna do zbudowania szerokiego bloku. Polityka - napisał Matyja - przeciekła jej między palcami. Rozbiegli się po różnych obozach - zwolenników Wałęsy, admiratorów Tadeusza Mazowieckiego lub zeszli na zupełny margines. W tych meandrach miała się zagubić istota prawicowej polityki - budowa silnego państwa uwolnionego od dziedzictwa Okrągłego Stołu, przy którym miano nie zgodzić się "na przywrócenie w Polsce władzy z prawdziwego zdarzenia".

Szansa naprawienia owego błędu spłynęła na prawicę wraz z aferą Rywina, gdy miał runąć gmach III RP, a w dyskusjach medialnych zapanowała "rewolucja semantyczna". Dzisiaj część prawicowców uważa, że popełniono błąd - program pozytywny wywiedziono z zaniedbań lat 90. w momencie, kiedy większość z nich straciła już znaczenie. Wojnę z lat 2005-07 prowadzono na podstawie map z roku 2002.

Gdybyż chodziło jedynie o rok 2002. Nawet dla początku lat 90. mówienie o zdradzie Okrągłego Stołu, koniecznej dekomunizacji i lustracji, a także o groźbie powstania postkomunistycznego "układu" jedynie z naciąganiem można było uznać za ostrzeżenie na wypadek, gdyby do władzy powrócili "czerwoni". Po wejściu Polski do NATO i przyspieszeniu akcesji do UE - w czym lewica odegrała istotną rolę - odmawianie III RP miana państwa "w pełni naszego" było wyłącznie pałką na przeciwników politycznych i rewolucyjnym zawołaniem "pokolenia spóźnionego na barykady", a nie poważną diagnozą rzeczywistości.

Również projekt IV RP okazał się jedynie poręcznym hasłem do walki z zanikającą lewicą, bo w realnej polityce posłużył do realizacji celów mniej szczytnych. Jarosław Kaczyński z emfazą przekonywał, że do budowy kolejnej Rzeczypospolitej świetnie się nadają Andrzej Lepper, Roman Giertych i o. Tadeusz Rydzyk. Bez krytycznego spojrzenia na ten fundamentalny problem prawicowa myśl polityczna, a w szczególności jej odłam konserwatywny, skazana jest na tkwienie na manowcach poważnej debaty o Polsce.

Co konserwować?

Aby powrócić do jej głównego nurtu, konserwatyści muszą powiedzieć, dlaczego wzięli udział w niebezpiecznym chybotaniu polskim państwem i dlaczego dopuścili do władzy skrajnych populistów, pogrobowców endecji i katolickiej reakcji.

Konserwatyści mają zresztą większy kłopot. Nie wiedzą, czym w warunkach polskich jest konserwatyzm. Według środowiska skupionego wokół Kazimierza Michała Ujazdowskiego "konserwatywny" równa się "związany z Kościołem minus klerykalny". Do własnego grona zaliczają też grupę skupioną wokół Marka Jurka, UPR oraz krąg zwolenników Jana Marii Rokity w PO. Jeśli jednak Jurek nie jest klerykalny, to kogóż zaliczyć do klerykałów? Konserwatyści mają ogromne problemy definicyjne.

Kilku politologów nie zgadza się z takim podziałem. Jedni za największego konserwatystę uważali Aleksandra Kwaśniewskiego, inni zaś Waldemara Pawlaka. Coś jest na rzeczy. Kwaśniewski rzeczywiście "konserwował" nie tylko udział beneficjentów starego systemu w nowej rzeczywistości, lecz nade wszystko Polskę, która wyrosła z kompromisu Okrągłego Stołu. Stronnictwo Pawlaka jest ostatnią partią klasową najbardziej tradycjonalistycznie nastawionej części społeczeństwa polskiego, a zarazem najbardziej stabilnym ugrupowaniem polskiej sceny politycznej i prawdziwą partią Polski prowincjonalnej.

W przeciwieństwie do ludowców zasadniczą słabością polskiego konserwatyzmu według recepty Ujazdowskiego i Rokity jest brak jasno określonego podmiotu "konserwowania". Z czego tu bowiem się cieszyć? Z ocalonej wiary, z chłopskich gospodarstw prywatnych, z ogromnego pędu do prywatnej przedsiębiorczości? Czy też raczej się martwić przetrąconym kręgosłupem moralnym, fatalnymi obyczajami w sferze publicznej, przyzwoleniem dla postkomunizmu, chętnym kupowaniem najlichszej strawy duchowej Zachodu, przy równoczesnej gotowości do poświęcania własnych zwyczajów i tradycji.

Dziś konserwatyści uważają, że w minionym 20-leciu pomijano te dylematy. Obecnie zaległości są nadrabiane i dlatego... konserwatyzm dojrzał do podziału. Kształtują się trzy antagonistyczne nurty: tradycjonalistyczny, wspólnotowo-republikański oraz instytucjonalistyczny.

Pierwszy za priorytet uważa obronę zagrożonej przez agresywny laicyzm ortodoksji katolickiej w Polsce i Europie i związany jest z Jurkiem. Drugi prezentują filozofowie i politolodzy skupieni wokół pisma "Teologia Polityczna". Dla nich najważniejsze jest przywrócenie wspólnoty politycznej wzorowanej na doświadczeniu starożytnym oraz etosie republikańskim I Rzeczypospolitej. Liderami nurtu trzeciego są Dorn, Ujazdowski i Rokita, którzy uznają, że podstawowym zadaniem prawicy jest "rekonstrukcja państwa, tworzenie sprawiedliwego prawa i zdolnych do służenia obywatelom i interesowi państwa instytucji".

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 5 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    34 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':