http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Na własny rachunek

Witold Gadomski
2009-10-05, ostatnia aktualizacja 2009-10-02 17:46

Prawdziwy polski liberał? Pracuje kilkanaście godzin na dobę, z kasy firmy bierze sobie mniej, niż płaci pracownikom, na państwo nie liczy. Wie, że jego los zależy tylko od niego. Polski drobny przedsiębiorca


Fot. Piotr Wójcik / Agencja Gazeta
Fot. MICHAL MUTOR/AGENCJA GAZETA
Fot. S3awomir Kaminski / AG
Fot. S3awomir Kaminski / AG
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Fot. S3awomir Kaminski / AG
ZOBACZ TAKŻE
Giełda owocowo-warzywna w Broniszach, leżących 14 km od centrum Warszawy czynna jest całą dobę. Największy ruch panuje wczesnym rankiem. O czwartej-piątej przyjeżdżają po towar pierwsi handlarze. Ładują skrzynie z owocami na półciężarówki i przewożą na warszawskie bazary. Gdy przy straganach pojawiają się pierwsi klienci, kupcy mają za sobą kilka godzin ciężkiej pracy. Ale do końca dnia jeszcze daleko. Osiem godzin stoją przy straganie, potem pakują niesprzedany towar, rozliczają się z dostawcami. Tak w samej Warszawie pracuje kilka tysięcy drobnych przedsiębiorców.

Większość nie ma szansy na rozwój, do końca życia pozostaną bazarowymi kupcami, zarabiając niewiele więcej niż przeciętny robotnik. Dla urzędników są tylko problemem - zaśmiecają ulice, wpływy z targowisk są niewielkie, a obroty na straganach nie są rejestrowane w kasach fiskalnych. Dla urzędników to tak, jakby ich nie było. A jednak uliczni straganiarze są biznesmenami wrażliwymi na sygnały rynkowe. Kupują w Broniszach, bo tam najtaniej, zmieniają ceny, gdy zmienia się popyt i podaż. Nie ustawiają się w kolejce po zasiłek, nie proszą o pomoc państwa, nie zakładają związków zawodowych, nie żądają podwyżek i przywilejów. Sami określają czas pracy i czas wolny. Wiedzą, że przyniosą do domu tyle, ile zdołają sprzedać, stojąc na mrozie i deszczu.

To najniższa i najliczniejsza warstwa blisko dwumilionowej klasy przedsiębiorców wyrosłej w ostatnich dwu dekadach, gdy zniesione zostały ograniczenia krępujące prywatną inicjatywę. To klasa zróżnicowana pod względem majątków, dochodów, stylu życia, poglądów politycznych. Ludzi należących do niej łączy jedno - są ukształtowani przez rynek. Wiedzą, że ich los zależy od nich samych. Nie liczą, że pomoże im państwo.

Człowiek państwa

Przez tysiące lat państwo i rynek współżyły ze sobą, konkurowały o wpływy, czasami walczyły i kształtowały świadomość ludzi. Państwo żądało podatków, czasami brało w kamasze, mówiło, w co trzeba wierzyć, ale na co dzień ważniejszy był rynek. Kształtował stosunki społeczne, piramidę bogactwa, dochodów i wpływów, architekturę miast, trendy w kulturze, a przede wszystkim był motorem nieprawdopodobnego postępu technicznego, który przyspieszył w końcu wieku XVIII i w wielu krajach zlikwidował głód i nędzę.

Historia Polski tak się potoczyła, że staliśmy się państwocentryczni. Walka o własne państwo była przez ponad sto lat największą ideą kształtującą świadomość elit, tworzącą największe dzieła narodowej kultury. Przez 20 lat II RP Polacy cieszyli się własnym państwem, które było przedmiotem dumy, ale także podmiotem dzieł wielkich (Gdynia) i ponurych (Bereza). Po II wojnie światowej państwo przejęło niemal wszystko. W 1949 roku "wygrało bitwę o handel", to znaczy upaństwowiło nawet małe sklepy, a większość rzemieślników zamknęło w spółdzielniach. Przez 40 lat PRL prywaciarze żyli na marginesie społeczeństwa. Lekceważeni przez większość ekonomistów, wykpiwani przez propagandę, pokazywani w karykaturalnym zniekształceniu w filmach i powieściach, traktowani byli jako grupa, która istnieje tylko dzięki "przejściowym" trudnościom gospodarki socjalistycznej.

Opinia publiczna nie darzyła ich sympatią. Może dlatego, że "prywaciarz" był znacznie bogatszy od pracownika instytucji lub przedsiębiorstw państwowych i znacznie bardziej zaradny - w złym i dobrym znaczeniu. A w dodatku nie był związany z "kolektywem" dziesiątkami nici, które łączyły ludzi PRL - przywilejami branżowymi, wczasami pracowniczymi, deputatami, pracami społecznymi i wyjazdami na zakładowe grzybobranie.

Prywaciarze byli w PRL klasą, którą można było wziąć w nawias. Reszta była związana z państwem, robiła kariery w strukturach upaństwowionych, żądała od państwa, by wywiązywało się z obietnic. Nawet kontestacja przeciwko opresyjnemu komunistycznemu państwu nie wychodziła poza horyzont rzeczywistości upaństwowionej. Robotnicy żądali od państwa podwyżek i lepszego zaopatrzenia w mięso, literaci - lżejszej cenzury i większych nakładów książek w państwowych wydawnictwach. Od państwa oczekiwano rozwoju ekonomicznego i postępu technicznego. Mało kto zdawał sobie sprawę, że państwo nie nadaje się do tego.

Gdy zaczęła się III RP, ogromna większość Polaków miała świadomość ukształtowaną przez państwo. Najważniejszy pozostał wzajemny stosunek obywatela i państwa: państwowe gwarancje pracy, dochodów i grupowych przywilejów, państwowa pomoc dla nierentownych przedsiębiorstw i całych branż, jakość państwowych usług publicznych. Większość Polaków oczekiwała, że to państwo zapewni im materialną stabilność. Narodowym sportem stało się wyszukiwanie luk w systemie opieki socjalnej. W efekcie staliśmy się krajem najmłodszych emerytów i najzdrowszych rencistów.

Ludzie rynku

PIOTR

- Niczego od rządu nie oczekuję - mówi Piotr. - Im mniej robi, tym lepiej.

Piotr, właściciel kilku firm zatrudniających kilkadziesiąt wysoko wykwalifikowanych pracowników, nie lubi PiS, bo denerwuje go agresywny ton partyjnej propagandy. Głosuje na PO, choć o rządzie wypowiada się bez entuzjazmu.

- Nie jestem naiwny i nie wierzę wyborczym obietnicom - mówi. - W gruncie rzeczy niewiele mnie one interesują. Najważniejsze, by rząd za bardzo nie wtrącał się w sprawy przedsiębiorców, nie podnosił podatków, z resztą sobie poradzimy.

Piotr uważa, że ma niewiele pożytków z państwa. Jego dzieci chodziły do szkół prywatnych, za które płacił, teraz są na płatnych studiach. Jak większość przedsiębiorców w niewielkim stopniu korzysta z państwowych usług, które finansuje swymi podatkami. Nie ma czasu na kolejkę w przychodni, leczy się wraz z całą rodziną prywatnie. Na ZUS płaci niewielką składkę, traktuje ją jak podatek. Emeryturę swoją i żony sfinansuje oszczędnościami.

- Mam wrażenie, że za te pieniądze otrzymuję od państwa bardzo niewiele - mówi. - Jeżdżę po fatalnych drogach, choć państwo bierze z mojej kieszeni pieniądze na ich budowę i utrzymanie. Urzędnicy, z którymi mam nieprzyjemność się stykać w urzędzie skarbowym lub w gminie, traktują mnie jak uciążliwego petenta, choć żyją za moje podatki. Prosta rejestracja spółki w sądzie zabiera godziny, nikogo nie obchodzi, ile w ten sposób tracę. Państwo nie zapewnia mi nawet bezpieczeństwa. Co miesiąc płacę 200 zł firmie chroniącej dom.

Piotr do kasy państwa wpłaca rocznie 10 mln zł - głównie w postaci VAT.

- Nie jestem prymitywnym kapitalistą, wiem, że jest coś takiego jak społeczna solidarność, że państwo jest wartością, za którą trzeba płacić. Ale nasze państwo lekceważy tych, którzy dają pieniądze, a poważnie traktuje tylko tych, którzy biorą. W tym roku moje obroty spadły o połowę, muszę pracować więcej, po to by się utrzymać na powierzchni. Gdy odwiedzam pracowników, to okazuje się, że każdy ma lepszy telewizor i nowszy samochód niż ja. Na utrzymanie domu mam niewiele więcej niż średnią krajową pensję. Jest kryzys, więc muszę zacisnąć pasa. Dla pracownika, zwłaszcza na państwowym etacie, to abstrakcja.

Do polityków Piotr ma stosunek lekceważący.

- Są pasożytami, nic nie produkują i do niczego nie służą - mówi. - Żyją z moich pieniędzy i uważają, że robią mi łaskę, gdy zajmują się jakąś ustawą, rzekomo korzystną dla przedsiębiorców. Najlepiej, gdyby się mną nie zajmowali.

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 14 komentarzy
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    34 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':