Śmierć to absolutna tajemnica, tak pisano już wielokrotnie. Faktem jest jedno, że gdy przyjdzie do mnie, nic o niej innym powiedzieć nie będę mogła. Jest widocznie momentem najgłębszej samotności, zerwaniem wszelkich kontaktów, zerwaniem nagłym i nieodwracalnym, którego sensu nie da się wypowiedzieć.
W swoich rozważaniach o śmierci Levinas, który też cytuje Hegla, komentując jego tezy, próbuje dociec, na czym polega nasza relacja ze śmiercią. Nie wydaje mu się ona prosta. Przede wszystkim nie posiada charakteru intelektualnego, nie rozszerza naszej wiedzy.
Przeciwnie, zderzamy się z nią jako z czymś niewytłumaczalnym, niedającym się rozjaśnić, a więc niemal absurdalnym, skandalicznym, co więcej, obnażającym bezsens bycia.
Jaki bowiem sens może mieć bycie dane nam i zabierane bez naszej woli? Po co przyszło, po co odeszło? Czym zatem było, przypadkiem czy konsekwencją najrozmaitszych biologicznych procesów, na które nie mamy wpływu?
Trafne to pytanie. Faktem jest bowiem, że śmierć, która wkracza w nasze światy codziennie, pozostaje czymś nie do pojęcia. Im więcej myślimy o niej, tym silniej umacnia się poczucie bezsensu, bezsensu bycia, które zostało dane, ale się zawsze kończy. To ona przerywa tok działań i dni, nie pozwala na realizację takich lub innych zamierzeń, istniejących jeszcze, jak się przynajmniej wydaje, możliwości. (...)
Mówię, że oto posiadam bycie, że ono jest moje. Tymczasem nie jest ono bynajmniej moją własnością, nad którą miałabym władzę. Nie wybrałam bowiem sobie ani miejsca urodzin, ani okoliczności, ani rodziny, a także żadnych swoich właściwości. Zostałam rzucona, jak mówi Heidegger, w pewnym kształcie w jakiś świat. A gdy ten świat zaczynam budować na nowo mniej lub więcej samodzielnie, według własnych pragnień i projektów, śmierć w jakimś momencie pozbawia mnie wyboru, rozporządza bowiem jakąś niezależną ode mnie i mego świata siłą, kładącą nagły kres.
Ten kres tkwi w moim bycie samym i nikt nie zna godziny, w jakiej się ujawni. Jego nadejście burzy sens, nie pozwala na ewentualne dopełnienie mego bycia, ujawnia, że w nim żadnej racji nie ma.
(...) Umarły najczęściej zostawia po sobie trochę wspomnień u najbliższych, wspomnień zacierających się szybko, choć w człowieku na ogół tkwi pragnienie przekazania czegoś po sobie, co by miało nie tylko indywidualne, lecz także uniwersalne znaczenie, a więc mogłoby trwać nadal w tym społecznym świecie. Chciałby w ten sposób przedłużyć swoje bycie i - co ważniejsze - nadać mu sens.
I w tym pragnieniu wyraża się niezgoda na śmierć, niezgoda, dla której nawet ten, kto niechętnie odnosi się do otaczającego go świata, gotów jest pokonać tę niechęć, otworzyć to, co mu najbardziej bliskie i własne, przekroczyć granice swego świata, rozszerzyć je, aby tylko wtopić coś z siebie w świat innych.
Jakby jedynym ratunkiem przed unicestwieniem była rezygnacja z zamknięcia osobniczości, oddanie tego, co w niej było cenne, pozostałym.
Nie jest to pragnienie ufundowane etycznie. Jest naturalne, wyraża bowiem egoistyczne przywiązanie do własnego Ja i stworzonego przezeń świata. Lecz czyżby dopiero wizja kresu czyniła z nas darczyńców? Czyżby też dopiero ona uzmysławiała nierozdzielność z innymi?
Dziwna zatem byłaby śmierć, a raczej myśl o niej. Z jednej strony wzmacnia moją osobniczość i poczucie całkowitej samotności, tej rzeczywiście głębokiej i nie do odrzucenia, z drugiej uznanie dla tego My, dla tej mocy powiązania, którą dotychczas gotowi byliśmy negliżować, a nawet odrzucać? Bez tego My bowiem nic po nas pozostać nie może. To od niego zależy przetrwanie w pamięci.
Być może, próżna to nadzieja. Nikt nie wie wszakże, czy jego nadzieje i pragnienia są uzasadnione, czy jakieś osiągnięcie stanie się dla innych dziedzictwem. Wiedza zaś o realizacji tych pragnień nie będzie już mu dostępna. Co zaś po nadziei, jeżeli nie wiadomo, czy będzie spełniona?
Śmierć przecina wszystko, nawet tę nadzieję na moje przetrwanie w pamięci naszego społecznego świata, czyli jedynego konkretnego sposobu zachowania, poza byciem mojej choć częściowej niefizycznej nieśmiertelności. Inne o niej marzenia, mityczne, religijne, choć nieraz pełne wiary, nie poddają się żadnym konkluzywnym stwierdzeniom.
Co będzie więc ze mną po śmierci? Na takie pytanie nie ma odpowiedzi.
Źródło: Gazeta Wyborcza