Przyznawać rekompensaty za utracone mienie? TAK | NIE
Miało to nastrój zbiorowej sesji terapeutycznej. Prywatny dom, prywatne spotkanie, nazwiska nie są ważne.
Siedzimy wkoło, nikt nikogo nie wywołuje do odpowiedzi, a oni, ludzie grubo po pięćdziesiątce, opowiadają, jakby z wewnętrznego przymusu. O podróży, pierwszej, lecz z pewnością nie ostatniej. Odmieniającej życie. - Believe or not, life changing trip - mówią. To wzrusza, bo naprawdę jest szczere.
Podróż wiodła do Polski, skąd pochodzą ich przodkowie. Do kraju o kiepskiej reputacji. Zdawało im się, że wiedzą o nim wszystko. A nie była to wiedza najmilsza. W najlepszym razie - komory gazowe i popioły. W najgorszym - nawet nie chce się wspominać rodzinnych opowieści.
A tam jakoś normalnie. Domy i ulice, ludzie, nawet sporo kolorów. Na cmentarzu w miejscowości, gdzie mieszkali babcia i dziadek, niewidzialna ręka wycięła chwasty, a na zetlałych płytach ułożyła kamyki. Synagoga w ruinie. - Mój Boże, przecież w Stanach budynki sakralne kupują ludzie od prowadzenia dyskotek. Antysemickie napisy na murach. - Ale to we Francji skatowano łańcuchami dwóch chłopców, bo mieli na głowie jarmułki. Jakaś ta Polska nie taka zła. I bliższa, choć nie bardzo wiadomo dlaczego.
Dalej - same pochwały. Krakowski Kazimierz - romantyczna bajka, która przecież istnieje, pamięć zapisana w murach, czasem zbyt krzywych i brudnych, ale z prawdziwej cegły. Festiwal Kultury Żydowskiej - nie ma takiego na całym świecie, a przecież gośćmi są przede wszystkim Polacy. Obchody powstania w warszawskim getcie - pompa, lecz bez sztucznego zadęcia. Stosunki z Izraelem - wzorowe. Czego chcieć więcej?
Dlatego tak trudno zapytać, czy jeszcze czegoś chcą. Trudno, bo - miałem wrażenie - świeżo nauczyli się przyjaźni. Nie takiej, którą wymusza polityczna poprawność. Ale prawdziwej, serdecznej, choć z nutą żalu, że wyrosła na zgliszczach. (W Polsce nie zawsze płaci się im tą samą monetą).
Tak - trudno było mi zapytać: czy chcecie dostać z powrotem to, co należało do waszych przodków? Zdawało mi się to niestosowne i nieeleganckie. Choć wiem, że trzeba było zapytać.
Jak rekompensować utracone mienie? Napisz: listydogazety@gazeta.pl
Zaniepokojone ofiary Holocaustu "W restauracji Armon Terrace w żydowskiej dzielnicy na nowojorskim Brooklynie 500 osób, w większości starszych, słucha uważnie - pisał w "Gazecie Wyborczej" Bartosz Węglarczyk w 1999 r. - Przyszli, bo prawnicy obiecali im, że odzyskają pozostawione w Polsce mienie i wymuszą od niemieckich firm odszkodowanie za pracę niewolniczą. Chorzów, Warszawa, Klasztorna, Jaworzno, Łódź - pochodzą z wielu zakątków Polski i całej Europy Środkowej. Edward Klein z kancelarii adwokackiej na Manhattanie, która pięć lat temu wytoczyła Polsce proces o zwrot żydowskiego mienia, słucha cierpliwie i radzi.
- Mój ojciec miał kamienicę na starym mieście w Cieszynie - mówi pani w futrze ze złotymi kolczykami.
- Czy ma pani jakieś papiery?
- Mam wszystko. Archiwa w Cieszynie są nienaruszone.
- To proszę jeszcze dziś wysłać papiery do mojego biura, zostanie pani dołączona do pozwu.
Inna pani trzęsącymi się rękoma podaje Kleinowi pożółkły kawałek papieru zapisany ręcznym pismem w jidysz z polską nazwą firmy - Szmuler Lwów.
- To jest dzisiaj Ukraina i raczej w najbliższym czasie nie należy się spodziewać żadnych zwrotów - mówi Klein.
Starszy, ortodoksyjny Żyd z siwą brodą i smutnym spojrzeniem. Trzyma w ręku dwa dokumenty w jidysz:
- Czy można coś z tym zrobić?
- Oczywiście - wykrzykuje Klein".
Adwokat i jego partnerzy sugerowali zebranym, by pisali listy do prezydenta Clintona i gubernatora Nowego Jorku podpisane: "zaniepokojona ofiara Holocaustu". Pozew złożony przez prawników zawierał niezwykle ostre oskarżenia Polaków o antysemityzm, a PRL - niemal o kontynuowanie polityki nazistowskiej. Spotkał się z potępieniem wielu środowisk żydowskich w
USA, Europie, Izraelu.
- Ekstremistami nie ma co sobie głowy zawracać - mówi Guy Billauer z Amerykańskiego Komitetu Żydów (AJC) i macha lekceważąco ręką. Choć wie, że takie słowa bolą.
- Lecz coś z dawną żydowską własnością trzeba zrobić - dodaje. - Nie dlatego, że wrzeszczą radykałowie.
Polska tak bardzo się stara Polska tak bardzo się stara Zawierucha wobec pożydowskiego mienia trwa lata. Zaangażowani są w nią amerykańscy kongresmani i senatorowie, władze stanowe, pojawia się w prezydenckich wystąpieniach. Niekiedy przycicha, by za chwilę wybuchnąć ze zdwojoną siłą. Tego lata Kongres USA napomniał Polskę, by rozpoczęła zwrot żydowskich majątków zagarniętych przez komunistów i faszystów. Na deputowanych nacisnęły organizacje żydowskie.
Elizabeth Nakian ze specjalnego wydziału Departamentu Stanu USA zajmującego się sprawami związanymi z Holocaustem wyjaśnia, że majątek trzeba zwrócić z trzech powodów.
- Po pierwsze - z politycznego. Nie może być takich spraw między bliskimi sojusznikami. Po wtóre - z ekonomicznego. Potencjalni inwestorzy amerykańscy w Polsce poczują się pewniej. Po trzecie - z moralnego. Ten punkt nie wymaga uzasadnienia.
A że to trudne... Że zadośćuczynienie dla jednych może być krzywdą drugich? Nie warto trzymać się takiej optyki. No i USA nie mają zamiaru podpowiadać Polsce, jak ma tę sprawę rozwiązać.
Chodzi o to, że prawo reprywatyzacyjne, które - pani Nakian wyraża nadzieję - Polska szybko przyjmie, nie będzie dotyczyć tylko Żydów. Pożydowskie mienie to raptem może 20 proc., resztę Polska odda Polakom. Słowem - będzie to akt moralnej sprawiedliwości, dobry przede wszystkim dla Polaków. Administracja amerykańska przygląda się temu z wielką uwagą.
Lecz zaraz sypią się zapewnienia, że przygląda się nie tylko Polsce. I że Polska nie jest na widelcu przez tradycyjne antypolskie stereotypy. W Departamencie Stanu funkcjonuje specjalne biuro monitorujące i zwalczające przejawy antysemityzmu. Gregg Rickman wylicza z pamięci: ojciec Rydzyk, LPR, byli wicepremierzy Roman Giertych i Andrzej Lepper, wystąpienia eurodeputowanego Macieja Giertycha.
By zaraz dodać, że w ostatnim czasie wzrosła liczba antysemickich ekscesów, np. we Francji, gdzie niedawno omal nie zatłuczono na śmierć dwóch żydowskich chłopców.
By uzupełnić, że antysemici we Francji to jednak głównie młodzi muzułmanie, co - patrząc na świat islamu - jakoś się tłumaczy.
By dopowiedzieć, że Polska tak bardzo się stara, zmienia się, ma znakomite stosunki z Izraelem i że - generalnie rzecz biorąc - sprawy idą w dobrym kierunku.
- Dostrzegam nadwrażliwość Polaków w tej materii: obawiacie się, że cokolwiek zrobilibyście dobrego w polsko-żydowskich relacjach, nie zostanie to zauważone - mówi. - Lecz mogę zapewnić, że Departament Stanu widzi te wysiłki i je docenia. Antysemityzm niektórych Polaków nie jest wcale mocniejszy niż niektórych Francuzów. Jest po prostu inny - kończy.
Może w takim amerykańskim obrazie Polski tkwi jak zadra sprawa pożydowskiego mienia. A z drugiej strony - czy mówienie opinii publicznej: "jeśli Polska zwróci mienie pożydowskie, wówczas odda również własność zagrabioną Polakom, więc wszyscy będą zadowoleni" nie jest zasłoną dymną i mydleniem oczu?
Skąd pieniądze? Guy Billauer z AJC wie, że jego organizacja - jedna z mocniejszych lobbystycznych organizacji żydowskich w USA - stoi murem za rozwiązaniem problemów związanych z mieniem pożydowskim w Polsce. AJC uważa, że przez 20 lat niepodległości Polska powinna się była już dawno z tym uporać. Podobnie jak Litwa i Łotwa - następne kraje z czarnej listy. A że przez 20 lat Polska (a więc i Litwa z Łotwą) miały inne, poważniejsze problemy, to - zdaniem AJC - argument ważki, lecz pozorny. Reformy gospodarcze, zmiany polityczne, wszystko wywrócone do góry nogami, od systemu po nazwy ulic. OK, zgoda, ale innym krajom bloku postkomunistycznego udało się przeforsować ustawy reprywatyzacyjne.
- Gdybyście wzięli się do tego kilkanaście lat temu, już dawno byłoby po kłopocie - mówi. - I byłoby o wiele taniej. Zwróć uwagę, ile wtedy kosztowało mieszkanie na Kazimierzu, zapyziałej dzielnicy Krakowa, a ile dzisiaj - na tym samym Kazimierzu, dzielnicy najmodniejszej.
Co takie myślenie ma do moralności? Nic. Ale ma do rachunku ekonomicznego.
Gdyż Billauer zdaje sobie sprawę, że zwrot mienia to ogromny kłopot. Lecz powtarza, że nie jest to sprawa wyłącznie żydowska, ile w o wiele większym procencie będzie dotyczyć Polaków.
- Przedstawianie żądania zwrotu mienia jako postulatów wyłącznie żydowskich to kroczek w stronę argumentów antysemickich - wyjaśnia. - Na reprywatyzacji zyskają wszyscy, którzy stracili przez nacjonalizację. Cztery piąte zabranego mienia to przecież własność polska.
A że żydowskiego mienia nie odbierali Polacy, tylko naziści... Nie tylko we Wrocławiu i w Szczecinie, ale również w Warszawie i Siedlcach. Cóż, tak potoczyła się historia. Zabrali Niemcy, Niemcom - komuniści, którzy z zagrabionym robili to, co chcieli. Niepodległa Polska w gruncie rzeczy niczemu niewinna, prócz - uważa Billauer - grzechu zaniedbania, musi naprawić krzywdy wyrządzone własnym obywatelom.
Jak naprawić? To nie jest pytanie do AJC. Choć trochę jest. Gdyż naprawić trzeba tak, żeby nikogo nie zabolało. Słowem - jeśli ktoś mieszka w pożydowskiej kamienicy, nie wypada wyrzucić go na bruk, bo przecież od 60 lat jest u siebie. Lecz dawnemu właścicielowi należy się odszkodowanie.
Co zrobić z pożydowską ziemią, na której teraz stoją popeerelowskie bloki, bo dawnych domów od wojny już nie ma? Wycenić ziemię.
Ale już z fabryczkami sprawa jest prostsza. Niech wrócą do dawnych właścicieli.
A jeśli fabryczek już nie ma, zostały tylko działki?
Wypadałoby zrobić to samo co w przypadku blokowisk.
Ile za to zapłacić?
Nie wiadomo. Polsce - mówi Billauer - nikt tego nie może dyktować. To nie może być symboliczna złotówka, jałmużna. Ale też chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie wyobraża sobie, że odszkodowanie wyniesie 100 proc. dzisiejszej wartości. Trzeba szukać rozwiązań, do każdej sprawy podchodzić indywidualnie, bo każda jest inna.
Czym zapłacić? Najlepiej pieniędzmi, ale mogą też być obligacje, bony, inne papiery wartościowe.
Skąd na to wziąć?
Trzeba było zastanawiać się wtedy, gdy metr
mieszkania na Kazimierzu kosztował grosze.
Nie ma w tej odpowiedzi cynizmu. Raczej bezradny pragmatyzm, za którym stoi poczucie, że ofiarom największej zbrodni w historii ludzkości należy się przynajmniej coś z dawnego majątku. Bo przecież należy się. Kwita.
A jeśli przygany Kongresu, naciski żydowskich organizacji, wrzaski oszołomów - choć nie wolno tego mierzyć jedną miarką - popsują polsko-żydowski dialog? Odgrzeją stereotypy "naszych ulic i waszych kamienic"?
Tylko że nierozwiązany problem pożydowskiego mienia od lat uwiera ten dialog jak kamień w bucie.
Guy jakoś zapada się w fotelu. Odpowiada w AJC za relacje polsko-żydowskie. Wiem, jak bardzo mu na nich zależy.
Niech to będzie rewanż za wojnę
Tej rozmowy nie zapomnę nigdy. W telawiwskiej restauracji Joram powiedział, że chciałby odzyskać rodzinną kamienicę.
- Mieszkasz w Tel Awiwie - powiedział wtedy Sewer.
- Pewnie - Joram popatrzył na niego jak na wariata.
- Przy jakiej ulicy?
- Przecież znasz mój adres - Joram był pewien, że Sewer zwariował.
- I jesteś przekonany, że tam nigdy nie było żadnej arabskiej wioski?
Śmiech. Zabraliśmy się do przyjemniejszych tematów.
Powtórzyłem tę rozmowę w Stanach. Pewien, że nikt się nie roześmieje. A jednak mój rozmówca T., jeden z dyrektorów AJC ("Nie chcę mówić tego oficjalnie"), wyszczerzył zęby. A potem powiedział, że to rzeczywisty problem.
T. jest za tym, że Polska powinna zwrócić żydowską własność. Jako zagrabioną własność prywatną, co należy się wszystkim, którym coś skradziono. Niech to nie będzie zwrot stuprocentowy. Wystarczy odszkodowanie, kilkanaście, kilkadziesiąt procent wartości. Coś bardziej symbolicznego niż realnego, choć symbolicznego nie do końca.
I niech to nastąpi szybko, póki ostatni ocaleni z Holocaustu są jeszcze na tym świecie. Musimy pamiętać - powie - że czas umyka. Dla ocalonych nie będzie to tylko finansowa rekompensata, ale coś dalece ważniejszego.
- Znam starych ludzi, którzy mówią: urodził mi się szesnasty prawnuk - opowiada. - Niech to będzie taki mój osobisty rewanż za wojnę, Holocaust, historię.
Że o zwrot mienia występują również spadkobiercy, to oczywiste, taką możliwość daje prawo. Choć on - jako spadkobierca - byłby tu bardzo ostrożny.
Słowem - T. idzie o sprawiedliwość. Choć zdaje sobie sprawę, że doskonałej sprawiedliwości nie ma. Sprawiedliwość wobec jednych może oznaczać niesprawiedliwość wobec drugich. No i - dodaje - te durne pozwy majątkowe przeciwko Polsce tych okropnych Niemców. To hucpa, hucpa i wyjątkowa bezczelność.
- Wiem - T. ściszył głos - że są Niemcy, którzy w czasie wojny wycierpieli niesłusznie. Takie same ofiary Hitlera jak my i wy. Ale właśnie Hitlera, a nie Polaków. Za nimi stała machina nazistowskiego państwa. W jednostkowym wymiarze mogą być moralnie bez skazy. W zbiorowym są winni, choć nie ma zbiorowej winy i odpowiedzialności. To, per saldo, Niemcy Niemcom zafundowali taki los.
"Jako osoby, którym prywatna własność została zabrana przez nazistów i komunistów w tych strasznych czasach, solidaryzujemy się z niewinnymi obywatelami niemieckimi, których spotkał ten sam los - pisze komitet restytucji mienia ofiarom Holocaustu. - Jednakże mocno wierzymy, iż utrata przez obywateli niemieckich majątków na terenie Europy Wschodniej była efektem działań władz Niemiec (...). Dlatego żądania tzw. Powiernictwa Pruskiego względem Polski, ofiary i kraju, który nie miał wpływu na kształt granic po II wojnie światowej, uważamy za bezpodstawne".
Na koniec T. dodaje: - Moja izraelska rodzina mieszka na popalestyńskiej ziemi. Musi tam żyć, bo gdzie ma pójść; to ich dom, ich ogród. Jeśli więc ja coś odzyskam, może przyjść do mnie Palestyńczyk i powiedzieć: oddaj, co moje. Nie oddam, no bo jak. Ale będę się czuć co najmniej idiotycznie, a może nawet podle, jak gość wierzący w podwójne standardy moralne. Więc co z tym robić? - pyta. Porąbany ten świat.
John po swoje nie pójdzie Staliśmy obok drapacza chmur z lat 30., w miejscu dość mrocznym, jak Godham City z filmów o Batmanie. Sympatyczny, otwarty i jakoś skory do psot John Thomas z oddziału AJC z Chicago, 40-latek, zakochany w tym mieście, niewysoki, z lekką nadwagą. Zna poglądy większości chicagowskiej Polonii, wie, co o Żydach umiał powiedzieć nieżyjący już szef Kongresu Polonii Amerykańskiej Edward Moskal. Wie i wzrusza ramionami.
Wcześniej łaziliśmy po dzielnicy, która niegdyś była żydowska. Do dziś jest tam kilka synagog, ale też centrum kultury chorwackiej, najlepsze hinduskie knajpy w mieście, sklepy sprzedające Koran oraz ten szczególny, z plakatem przedstawiającym strażaków i policjantów, bohaterów 11 września, z podpisem "American Hero". Widziałem, że John bardzo lubi ten kawałek Chicago, choć zakurzony i jakoś brudny.
Jednak dopiero pod batmanowskim domiszczem, w ciszy przerywanej łoskotem miejskiej kolejki, zapytałem o żydowskie roszczenia.
Odrzekł, że jego rodzina pochodzi z Kobrynia, kiedyś w Polsce, dziś na Białorusi. I że zabrali się latem '39 na statek do Ameryki.
- Ostatni bilet - rozumiesz - ostatni bilet. Inaczej nie miałbyś z kim gadać.
Pomyślałem: po co pytać Johna o żydowski majątek? Białoruś to nie Polska, nie ma na ten temat zdania.
Lecz John ma zdanie: - A co mnie to obchodzi? Nie zależy mi na tak uzyskanym majątku, choć chciałbym być bogaty.
- Przecież twoja rodzina zostawiła coś w Kobryniu.
- Pewnie, że zostawiła. Nigdy się o to nie dowiadywałem. I nie zamierzam.
- Ale...
- Co ale? Takie gadanie tylko popsuje mi humor. A może popsuje coś więcej.
- Ale ...
- ...nie zależy mi na odzyskiwaniu niczego, bo przez te wszystkie lata coś się jednak stało. Pytałeś o sklep z płytami. Jest na tamtej przecznicy.
I dalej rozmawiamy o płytach Patti Smith, o kiepskawej kapeli
Supertramp. I o słońcu, którego o tej porze roku w Chicago w zasadzie nie ma.
Źródło: Gazeta Wyborcza