Blondwłosa lalka, tym razem ubrana w błękitny kostiumik, stoi przy mównicy. Za nią gwieździsty sztandar. Do tego różowy telefon komórkowy, czarna torebka i suknia (na inaugurację). Na pudełeczku napis "Barbie for President".
Taki zestaw firma Mattel - producent lalek Barbie - wypuszcza od 2000 roku. Namówiła ją do tego Marie Wilson, założycielka i prezeska fundacji The White House Project zajmującej się wspieraniem kobiecego przywództwa w biznesie i polityce.
Dla Barbie kandydatki powstał nawet program przygotowany w porozumieniu z White House Project i opublikowany na specjalnej stronie internetowej. Była w nim walka o prawa zwierząt,
ochrona środowiska, równe traktowanie dziewcząt i chłopców w szkole oraz szerszy dostęp do dobrej edukacji. (Złośliwi żartowali, że program do złudzenia przypomina postulaty ubiegającego się wtedy o prezydenturę kandydata Demokratów Ala Gore'a).
- To było ryzykowne. Przecież Barbie to ikona antyfeminizmu. Z nienaturalną figurą i stopami wyprofilowanymi do szpilek niepozwalającymi jej nawet utrzymać się na własnych nogach, stała się symbolem kobiety zamienionej w produkt - przyznaje Erin Vilardi, wieloletnia współpracowniczka Wilson z White House Project. - Jednak chcemy wychodzić do ludzi z ideą, że kobiety mogą być liderkami, że mogą pełnić funkcje kierownicze. Przeciętna dziewczynka w Stanach ma siedem barbies. Jeśli jedna z tych lalek jest prezydentem i dziewczynki bawią się, że walczą o głosy, że przemawiają w Kongresie, że wygłaszają orędzie do narodu, to to jest właśnie to.
9 na 190W Stanach Zjednoczonych zaledwie 17 proc. urzędów publicznych, także tych pochodzących z wyboru, zajmują kobiety. Średnia światowa jest nieco wyższa - według ONZ wynosi 21 proc. -ale powszechnie wiadomo, że kwestia kobiecego przywództwa i obecności kobiet w polityce prawie wszędzie ma się, oględnie mówiąc, źle.
- Mamy szczęście. Nie żyjemy w czasach naszych matek i babek, których możliwości zawodowe były bardzo ograniczone. Większość z nas wyrosła w świecie, w którym miałyśmy zagwarantowane wszystkie podstawowe prawa obywatelskie - a są przecież na świecie miejsca, gdzie kobiety tych praw nie mają. Ale i my mamy problem - zaczyna swoje opublikowane w internecie przemówienie "Dlaczego jest za mało kobiet przywódców" Sheryl Sandberg, jedna z dyrektorek Facebooka. - Chodzi o to, że kobiety zwykle nie dochodzą na szczyty. W żadnym zawodzie, nigdzie na świecie. Na 190 państw tylko dziewięć ma przywódczynię. Ze wszystkich parlamentarzystów świata tylko 13 proc. stanowią kobiety. Wśród prezesów firm i w radach nadzorczych korporacji jest tylko 15-16 proc. kobiet. Nawet w trzecim sektorze, który uchodzi za bardziej sfeminizowany, kobiety na kierowniczych stanowiskach to tylko 20 proc.
Erin Vilardi ma zaledwie 30 lat. Postanowiła sobie za cel życiowy zmianę tej sytuacji. - Pochodzę z robotniczej rodziny o irlandzko-włoskich korzeniach. Tylko ja i moja starsza siostra poszłyśmy na
studia, bracia nie studiowali. Jednak należę już do drugiej amerykańskiej generacji świetnie wykształconych kobiet. "Każdy zawód, każde stanowisko leży w zasięgu waszych możliwości. Wystarczy tylko chcieć" - powtarzano nam w szkole i na studiach. Tymczasem wciąż było mało kobiet lekarzy, profesorów, właścicieli dużych ferm i kobiet polityków.
Pytam Erin o pierwszą udaną akcję.
- Byłam jeszcze w podstawówce. Pewnego grudniowego dnia przed naszą publiczną szkołą zawisł billboard z napisem: "Good will towards men" [To cytat z Ewangelii według Świętego Łukasza, druga część słynnego dwuwiersza "Chwała Bogu na wysokościach, a na ziemi pokój ludziom Jego upodobania"]. Zebrałam grupkę dzieciaków i poszliśmy do dyrektora, że hasło nam się nie podoba, bo dyskryminuje dziewczynki i niewierzących. On na to wyjął
słownik i odczytał nam, że po angielsku słowo man [w liczbie mnogiej men] odnosi się do wszystkich ludzi, zarówno mężczyzn, jak i kobiet. My na to chórem, że dla nas tak nie jest. W końcu dyrektor zgodził się, żebyśmy zmienili hasło na takie, które nas satysfakcjonuje. Napisaliśmy "Happy holidays for all people" [Szczęśliwych świąt dla wszystkich]. - śmieje się Erin.
Przez prawie dziesięć lat Erin prowadziła dla White House Project największy w Stanach program szkolenia kobiet myślących o karierze politycznej "Vote, Run, Lead" (głosuj, kandyduj, kieruj). Przeszło je 12 tys. Amerykanek. 600 wystartowało w wyborach (na różnych szczeblach) i połowa zdobyła mandaty.
10 na ponad 50Na początku września w warszawskiej ambasadzie
USA Erin Vilardi prowadziła seminarium dla Polek myślących o karierze politycznej. Przyszło około dwudziestu kobiet. Kilka działaczek trzeciego sektora, kilka wykładowczyń uniwersyteckich, dziennikarka, dwie studentki wolontariuszki i trzy kobiety ubiegające się o mandaty w najbliższych wyborach. Dwie, w tym Wanda Nowicka, z warszawskiej listy Partii Palikota i jedna z PiS.
- Nasz program tym różnił się od innych podobnych inicjatyw, że nacisk kładziemy na to, żeby w ogóle przekonać kobiety do startu. Żeby uświadomiły sobie, że mogą o tym marzyć i że to całkiem realne - opowiadała Vilardi. - W Stanach aż jedna trzecia mężczyzn utożsamia się z politykami, myślą, że mogliby być jednymi z nich. Kobiety stanowią ponad połowę głosujących, ale tylko 10 proc. wybieranych.
Na początku naszych seminariów większość kobiet mówi: "Ja nie, ja się nie nadaję". "Może ona" - wskazywały na sąsiadkę. Chcieliśmy pokazać im, że się nadają i że warto ubiegać się o władzę. Inni uczą głównie, jak prowadzić kampanię, jak prezentować się w mediach i jak zbierać fundusze. To ważne, ale to są w gruncie rzeczy sprawy techniczne, których łatwo się nauczyć - tłumaczy,
Co stoi za tym kobiecym brakiem chęci do ubiegania się o mandaty i kierownicze stanowiska? Znów odwołam się do przemówienia Sheryl Sandberg.
- Na studiach razem z bratem i koleżanką chodziliśmy na zajęcia z intelektualnej historii Europy - opowiada Sandberg. - Na zaliczenie koleżanka przeczytała wszystkie 12 lektur, była też na wszystkich wykładach. Ja przeczytałam większość książek i byłam na większości wykładów. Mój brat przeczytał... jedną książkę i był na kilku wykładach. Przed egzaminem spotkaliśmy się u nas w pokoju, by powtórzyć materiał. Po trzech godzinach moja koleżanka martwiła się, czy będzie umiała dobrze przedstawić heglowską dialektykę. Ja nie byłam pewna, czy potrafię połączyć poglądy Locke'a na temat własności z późniejszymi koncepcjami filozoficznymi. A mój brat był pewien, że dostanie najlepszy stopień na roku. Mimo że najmniej z nas umiał!
Zdaniem Sandberg wszędzie na świecie ten kobiecy brak pewności siebie pozostaje bez związku z rzeczywistymi kwalifikacjami. Jest zakorzeniony w kulturze.
Nośność stereotypu skromnej kobiety tłumaczy Hannah Riley Bowles, która w Harvard Kennedy School zajmuje się badaniami nad wpływem płci na zdolności negocjacyjne i dochodzenie do stanowisk kierowniczych.
„Wydaje się naturalne doradzanie kobietom, by były twardsze. Ale zachęty w stylu » musicie upodobnić się do facetów «nic nie dają. Różnice w sytuacji mężczyzn i kobiet wynikają bowiem w dużej mierze z tego, że świat inaczej traktuje obie płcie. Od mężczyzn oczekuje się innego zachowania niż od kobiet. Kobiety na ogół są skromniejsze, co powoduje, że postrzegane są jako mniej kompetentne. Kiedy jednak kobieta mówi o swoich sukcesach i zaletach z równą pewnością siebie co mężczyzna, natychmiast wydaje się ludziom, że ma gorsze zdolności społeczne”.