Kiedy wchodziliśmy do Unii Europejskiej, nasze realne dochody były równe połowie dochodów europejskich. Byliśmy biedni, ale rośliśmy szybciej niż bogaci sąsiedzi. Przyszłość rysowała się optymistycznie. Ekonomiści spierali się - niezbyt zresztą zawzięcie - jak szybko Polska dogoni europejską średnią. 20 lat (jeśli będziemy rośli 6 proc. rocznie) czy 40 lat (przy wzroście 4-proc.)? Jedno wydawało się pewne - Polska stopniowo będzie się upodabniać do krajów dzisiejszej Europy Zachodniej: bogatych, stabilnych i bezpiecznych pod każdym względem.
Globalny kryzys finansowy sprawił jednak, że Stary Kontynent wygląda dziś mniej stabilnie i bezpiecznie. Ujawniły się napięcia, z których słabo zdawaliśmy sobie wcześniej sprawę. W Polsce też jest mniej optymistów wierzących w trwający kilka dekad samoczynny rozwój. Pojawiają się nawet głosy, że czeka nas długa stagnacja, jeśli nie uporamy się z przeszkodami, które ograniczają nasz potencjał wzrostu.
Wszystkie modele ekonomiczne pokazują, że poziom bogactwa zależy od ilości i jakości pracowników, kapitału (inwestycji) oraz innowacyjności i przedsiębiorczości właścicieli i zarządów firm. Jeśli chcemy, by rosło, musimy zwiększać czynniki składające się na wzrost.
Ile kroków do dobrobytu? W połowie ubiegłej dekady dyskusje wokół perspektyw rozwojowych Polski sprowadzały się do pytania: Czy możliwe jest przyspieszenie wzrostu i utrzymanie go przez długi czas na wysokim poziomie? Zachęcający był przykład Irlandii, która w połowie lat 90. rosła w tempie przekraczającym 10 proc. i stała się jednym z najbogatszych krajów Unii Europejskiej. W 2000 r. PKB na głowę Irlandczyka wynosił 114 proc. średniego poziomu europejskiego, więcej niż ich dawnych ciemiężycieli - Brytyjczyków.
"Będziemy drugą Irlandią" - obiecywał Donald Tusk w kampanii wyborczej 2007. Nie zostaliśmy, i całe szczęście. Irlandia stała się ofiarą kryzysu. Podobny los spotkał kilka innych małych krajów.
Estonia od 2000 do 2007 r. rosła w tempie ponad 7 proc. rocznie. Litwa i Łotwa - niewiele wolniej. Wszystkie trzy już w latach 90. wprowadziły podatek liniowy i obniżyły poziom podatków. Utrzymywały zrównoważone budżety, zreformowały administrację. Estonia stała się europejskim liderem wykorzystywania internetu do komunikowania się z obywatelami. Znacznie spadł poziom korupcji i wzrosło zaufanie do państwa. Kraje bałtyckie utrzymywały sztywny kurs waluty zagwarantowany znacznymi rezerwami zagranicznymi, co przyciągało kapitał zagraniczny. W latach 2004-07 napłynęło tam z zagranicy 50 mld euro (a łączny PKB tych krajów to 40 mld euro). Banki przez kilka lat miały nadpłynność i udzielały niskooprocentowanych kredytów. Gospodarka więc rozwijała się, rosły płace i konsumpcja. Wyglądało na to, że w 2015 r. Estonia osiągnie europejską średnią, a pięć lat później wejdzie do grona najbogatszych krajów Unii Europejskiej.
Ale przyspieszony wzrost sprawiał, że zadłużenie zagraniczne Estonii osiągnęło 120,1proc. PKB , Łotwy - 135,6, a Litwy - 73,1 proc. Mowa rzecz jasna o długu prywatnym. Gdy na rynkach finansowych zaczęło się trzęsienie ziemi, zadłużone za granicą kraje nie miały szans. Jeszcze bardziej drastycznym przykładem jest Islandia, która przez cztery lata - 2004-07 - rosła bardzo szybko (jak na kraj i tak bogaty), a jej dług zagraniczny w roku 2008 był niemal sześciokrotnością PKB.
To zniechęcające przykłady. Nic dziwnego, że dziś mało kto proponuje strategię przyspieszonego wzrostu, zwłaszcza w oparciu o zagraniczny kapitał.
Warto jednak oddzielić ziarna od plew. Estonia już powróciła na dawną ścieżkę rozwoju. W I półroczu urosła o ponad 8 proc., a jej politycy zapewniają, że wyciągnęli wnioski z przeszłości. W ubiegłym roku Estonia osiągnęła w obrotach z zagranicą nadwyżkę przeszło miliarda euro. Mimo głębokiego spadku w latach 2008-09 jest już bogatsza od "zielonej" Polski, a zaczynała z niższego niż my poziomu.
Koniec premii za zacofanie W Polsce ekonomiści zgadzają się, że w długim okresie możemy rosnąć średnio 3-4 proc. To znaczy, że do połowy stulecia nie osiągniemy średniej europejskiej. No, chyba że kryzys zuboży bogatą część Europy.
W gruncie rzeczy 3-4 proc. wzrostu to nie najgorzej - Europa Zachodnia rośnie dwa razy wolniej. Ale nasze tempo nie wynika - jak utrzymują kolejni ministrowie finansów - z doskonałej polityki gospodarczej. To premia za zacofanie. Po prostu kraje uboższe rosną szybciej dzięki bogatemu sąsiedztwu. Gdy Niemcy rosną o 2 proc., my o 4-5 proc. Gdy pogrążają się w stagnacji, my wciąż mamy 2-3-proc. stopę wzrostu.
Jednak gdy dystans do najbogatszych się kurczy, spada też stopa wzrostu. Wyrównuje się poziom płac, wyczerpują się możliwości uzyskania ponadprzeciętnych zysków z inwestycji, wyrównuje się poziom technologiczny.
Aby utrzymać wysokie tempo, potrzeba specjalnych strategii nastawionych na tworzenie krajowego kapitału i przyciąganie zagranicznych inwestycji, podnoszenie kwalifikacji pracowników. Jeśli to się nie uda, polska gospodarka napotka w najbliższych latach na naturalne bariery.
Najbardziej oczywistą jest bariera demograficzna. Według prognozy demograficznej zawartej w rządowym raporcie "Polska 2030" z 2009 r., w ciągu 20 lat ludzi w wieku od 15 do 64 lat będzie o blisko 2 mln mniej, a tych w wieku 64+ - o 3 mln więcej. Jeszcze w tej dekadzie liczba osób w wieku produkcyjnym skurczy się (według GUS) z 24,5 do 22,5 mln osób. Samo to oznaczałoby spowolnienie tempa wzrostu o 1 pkt proc., chyba że pracujący zaczną dłużej i wydajniej pracować.
Od kilku lat, to znaczy od wprowadzenia ustawy ograniczającej możliwość przechodzenia na wcześniejsze emerytury, sytuacja zaczęła się poprawiać. W II kwartale współczynnik aktywności zawodowej wyniósł 56 proc. i był o ponad 2 pkt proc. wyższy niż przed trzema laty. Ale to wciąż poniżej średniej europejskiej, co zresztą jest optymistyczną konstatacją. Ciągle istnieje przestrzeń dla wzrostu aktywności zawodowej. Na barierę demograficzną natrafimy później, za jakieś dziesięć lat. Wyjściem, jak wszędzie, może być imigracja, tyle że Polska nie jest zbyt atrakcyjnym krajem dla przybyszów. Polityka imigracyjna jest jak na razie pustym hasłem, a powinna być jednym z ważniejszych tematów w politycznych sporach.
Oszczędzać czy pożyczać? W ekonomii na ogół sprawdzają się banalne prawdy - żeby być bogatym, trzeba oszczędzać.
ALE przecież podczas recesji ekonomiści zalecali: wydawaj, wydawaj, wydawaj, choćby dług publiczny miał poszybować w górę.
To pozorna sprzeczność. Wydatki - choćby z państwowej kasy - są dobre w czasie recesji. Jeśli chcemy rosnąć w długim okresie, musimy inwestować - to znaczy oszczędzać lub korzystać z oszczędności innych narodów, czyli pożyczać za granicą. Zanim wybuchł kryzys finansowy, ta druga opcja wydawała się kusząca, zwłaszcza dla krajów mających stabilną walutę lub będących w strefie euro. Po kryzysie jesteśmy mądrzejsi. Nie chodzi rzecz jasna o autarkię, zamykanie się przed zagranicznym kapitałem. Ale nadmierne korzystanie z niego, by się szybko rozwijać, to ryzykowna strategia. Nie znam nikogo, kto by dziś ją zalecał.