Zacznę od tego, co w raporcie zespołu ministra Michała Boniego "Młodzi 2011" nie jest powiedziane wprost. Obejmuje on zainteresowaniem głównie osoby w wieku od 15 do 34 lat, czyli według danych Głównego Urzędu Statystycznego prawie 12 mln Polaków. Kontekstem ogłoszenia raportu są wybory do Sejmu i Senatu 9 października. Jeżeli z grupy badanych wyjmiemy 15-18-latków, pozostaje 10 mln - młodych wyborców. O ich poparcie toczy się teraz walka.
Według powszechnej opinii, która pojawia się także w raporcie, to właśnie młodzi Polacy odsunęli w 2007 r. od władzy
Prawo i Sprawiedliwość, a wynieśli do niej Platformę Obywatelską. Premier Donald Tusk musi zdawać sobie sprawę z tego, że dziś, gdy wygrana jego partii wydaje się pewna i groźba powrotu do władzy PiS nie mobilizuje tak silnie młodych wyborców, musi wyjść do nich z nową propozycją. Potrzebny jest impuls, który zachęci młodych do głosowania. Przy małej przewadze PO istnieje bowiem ryzyko, że nie zdominuje ona nowego rządu, a nawet Sejmu, w którym mogłaby zawiązać się koalicja PiS-SLD-PSL. Dodatkowo czarne scenariusze dyktuje doświadczenie: w 2005 r. mimo wysokich notowań w sondażach Platforma przegrała wybory parlamentarne, a Tusk - prezydenckie.
III RP to historia Raport "Młodzi 2011" jest zapowiadaną od kilku miesięcy ofertą polityczną dla młodych. Jednak w tym dokumencie (na
www.premier.gov.pl dostępny jest w trzech wersjach:
pełnej, 426-stronicowej ,
streszczenia i
prezentacji) najbardziej przemawiają do mnie nie propozycje, ale poprzedzająca je diagnoza.
Do elit nareszcie dotarło, że świat się zmienił.
Raport mówi o osobach z pokoleń - bo przy wewnętrznym zróżnicowaniu badanej grupy nie można mówić o jednym pokoleniu - dla których PRL jest prehistorią, a które o początkach III RP dowiadują się z Wikipedii. O osobach, które nie wiedzą, o co chodziło w aferze Rywina. Dla nich nie jest też już jasne, o co chodziło w projekcie IV RP, a to, że początkowo miał on ideologiczne wsparcie Platformy, może się wydawać czystą abstrakcją.
Ci ludzie edukację przeszli w wolnej Polsce, znają świat i nie mają przed nim kompleksów.
Mówi on także o mnie, 27-latku, którego pamięć o polityce - nie licząc symbolicznych wydarzeń, takich jak wybory prezydenckie 1990 roku czy wejście do NATO w 1997 roku - zaczyna się trochę ponad 10 lat temu. Słowem, jakie wówczas organizowało myślenie o polityce, a przede wszystkim o własnej przyszłości, było "bezrobocie". Słyszało się je ciągle w szkole i telewizji. Nie bez powodu zresztą, skoro w latach 2001-05 wynosiło od 17,5 do 20 proc.
Tym razem sobie nie poradzimy Strach przed bezrobociem oraz wychowanie w kraju młodej, oczarowanej konsumpcją demokracji pchały obecnych 20-, 30-latków - także mnie - na
studia, gdzie warto było zrobić drugi kierunek, studia podyplomowe czy doktoranckie, na liczne praktyki zawodowe i staże,
kursy językowe itd. Zdobywało się doświadczenie w imię "przyszłości" - odmienianej przez wszystkie przypadki. Przyszłość miała polegać na zdobyciu stałej, dobrze płatnej pracy i zaspokajaniu potrzeby kupowania.
Nie wyszło.
Okazało się, że ile bym w siebie nie inwestował, w końcu i tak staję przed ścianą. Od kilku lat dorosłe roczniki wyżu demograficznego, które - jak mówi raport - "miały dokonać pchnięcia cywilizacyjnego", bezskutecznie napierają na rynek pracy, marząc o usamodzielnieniu się i założeniu rodziny. Sprawa bezrobocia właściwie znikła z debaty publicznej, bo jego stopa się zmniejszyła - w lipcu wynosiła 9,4 proc. (Eurostat). Ale wśród młodzieży do 25. roku życia jest ono wyższe - wynosi 23,7 proc. To, że prawie 60 proc. 18-34-letnich mężczyzn mieszka w Polsce z rodzicami, jest tego przykrą puentą.
Autorzy raportu trafnie oceniają jednak, że nawet nie
bezrobocie jest dziś największym zagrożeniem, ale niestabilność zatrudnienia. Obecne przepisy miały uelastycznić rynek pracy, tymczasem doprowadziły do jego segmentacji; z jednej strony mamy pracowników zatrudnionych na stabilnych etatach, z drugiej pracowników tymczasowych - tych jest więcej - którzy nie są w stanie racjonalnie planować własnej przyszłości. "Należymy - podaje raport - do grupy krajów o przewadze tymczasowego zatrudnienia, które obejmuje zwłaszcza ludzi młodych, skazywanych na niebezpieczeństwo nieustannego stażowania".
Wcześniej radzili sobie bez pomocy państwa. Dziś - mówi raport - "młodzi sami sobie nie poradzą".
Rynek jest zdemoralizowany Młodzi nie narzekają. Prof. Krystyna Szafraniec, autorka raportu,
mówiła "Gazecie": - Nie jest to młodzież roszczeniowa (ta jest w mniejszości). Oni dużo wymagają także od siebie.
W jakimś sensie jednak można mówić o "straconym pokoleniu" - włożyło ono niemały wysiłek w zdobycie wykształcenia i doświadczenia zawodowego, ale rynek nie zapewnia mu stabilnej pracy. Nie wiem, czy nie jest w stanie. Moim zdaniem to skutek złego wychowania z lat 90., które na pierwszym miejscu w hierarchii wartości postawiło pieniądze i pracę, jednak nie jako środek do godnego życia, ale cel sam w sobie - byle tylko uniknąć bezrobocia. Dlatego dziś prawie 60 proc. kontraktów w przypadku pierwszej pracy to umowy tymczasowe.
Ja sam czasem proponuję pracodawcy pracę za darmo - jako warunek zdobycia płatnej pracy w przyszłości. Pracownicy na stabilnych etatach tego nie rozumieją. Od jednego z nich usłyszałem kiedyś: - Demoralizujesz pracodawcę.
Przecież zmusza mnie do tego system.
W tym sensie zawiniło państwo. Obecna sytuacja młodych stała się możliwa nie tylko z powodu bezrefleksyjnej akceptacji konsumpcjonizmu, lecz także wprowadzania nieprzemyślanych regulacji, które skazują młodych na tymczasowość i brak perspektywy stabilnego życia.