http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Po "Liście otwartym..." Sierakowskiego. Nie ma Romulusa! Co z nami będzie?

Zygmunt Bauman socjolog, filozof
2011-09-04, ostatnia aktualizacja 2011-09-02 15:54

Po aktualnej politycznej aparaturze społeczeństwa nie ma się co zbawienia spodziewać

W wiecznie zaprzątającej nas kwestii "słoń a sprawa polska" mowa tu będzie o słoniu, a nie o sprawie polskiej. Słoniem, o jakim mówić tu zamierzam, są tarapaty, w jakie popada dziś lub już popadła sztuka zarządzania wspólnymi ludziom sprawami - jakiej to sztuki zwykliśmy spodziewać się wszyscy, a i do niedawna spodziewaliśmy się, po swoich rządach.

Taki właśnie był - jak mi się zdaje - zamiar Sławomira Sierakowskiego, gdy zasiadał do pisania „<a class=c1n href="http://wyborcza.pl/1,97863,9806285,Slawomir_Sierakowski__List_otwarty_do_partii.html">Listu otwartego do partii</a> ”: zinwentaryzować chciał autor procesy bynajmniej osobliwością Polski niebędące, a wszak decydujące o zakresie opcji dostępnych Polakom (zarówno tym w rządach zasiadającym, jak i do zasiąścia aspirującym) - a zatem czynniki wykraczające daleko poza polskie granice i zasięg polskiej władzy, a przecież odpowiedzialne w niemałym stopniu za bolączki, zbyt często (a jak dyskusja owym listem pobudzona sugeruje, niemal nagminnie) uznawane za szczególnie polskie przywary i owoce polskiej niezaradności czy zaniedbania.

Tropem przez ów zamiar wskazanym chciałbym tu podążyć. A jako że w polskim życiu politycznym nie uczestniczę i nie mam prawa ani kompetencji do wypowiadania się o jemu tylko właściwych cnotach czy ułomnościach, do tego jednego tropu zamierzam się ograniczyć.

Czy leci z nami król?

Wyobraźmy sobie na chwilę, że poczytując, popijając czy posypiając w szybującym nad chmurami samolocie, orientujemy się nagle, po paru niespodziewanych a nieprzyjemnych wstrząsach kadłuba, że podnoszące na duchu komunikaty lejące się z głośników zapisano dawno temu w dalekich biurach; zaniepokojeni, zaglądamy do kabiny pilota i stwierdzamy, że nie ma w nim żywej duszy, zaś o lotnisku, ku któremu pilot automatyczny samolot prowadzi, wiadomo tylko tyle, że skazane jest na rozbiórkę z racji notorycznych usterek i wypadków.

Albo wyobraźmy sobie, że się wspinamy bez mapy ku majaczącej w chmurach przełęczy po stromym i omiatanym wichrami zboczu; nie wiemy, jaki to krajobraz się naszym oczom ukaże, jeśli do niej dotrzemy - wiemy tyle tylko, że w tej wichurze zatrzymać się dla rozstawienia namiotów się nie da, bo wichura namioty wraz z ich lokatorami zmiecie: że więc musimy się nadal ku przełęczy drapać...

Prosiłem o tę chwilę wyobraźni, aby łatwiej nam było wczuć się w sytuację, w jakiej się dziś znaleźliśmy (nie z własnego, a już tym bardziej świadomego wyboru, a nadto bynajmniej nie tylko w Polsce, powtarzam!). Pasuje do niej najbardziej nazwa interregnum, ukuta już ponoć (jeśli ufać Tytusowi Liwiuszowi) w legendarnej prehistorii rzymskiego imperium - w odstępie czasu oddzielającym zniknięcie Romulusa, pierwszego króla Rzymu, od powołania na tron jego następcy, Numy.

Romulus panował rzekomo przez lat 38, czyli mniej więcej tyle, ile wynosiła w tych czasach przeciętna długość ludzkiego życia. Mało więc w chwili jego odejścia pozostało w Rzymie ludzi, którzy by nie utożsamiali prawa z wolą i orzeczeniami jedynego znanego im władcy. Gdy go zabrakło, znikło jedyne źródło pewności co do tego, jak się rzeczy mają i jak mieć się będą, i co robić należy, a czego nie wolno. Opustoszał tron - prawzór pustej kabiny pilota... I pozostanie pusty, zanim ktoś inny na nim zasiądzie - ale kto wie, jaka będzie jego wola i jak zabrzmią jego orzeczenia?

Spróbujmy ogarnąć sens szokujących przeżyć sierot po Romulusie, ujmując je w terminach bliższych naszym XXI-wiecznym doświadczeniom. Interregnum w dosłownym tłumaczeniu znaczy bezkrólewie: i w jakimż innym idiomie mogliby poddani królewscy swe doznanie próżni, niewiedzy i bezradności zawrzeć? Już bliżej naszych czasów, gdy moc stanowienia prawa i nadzoru nad ich przestrzeganiem wędrowała, jak to amerykański politolog Reinhard Bendix lakonicznie ujął, od króla do ludu, włoski filozof Antonio Gramsci wskrzesił pojęcie interregnum - nadając mu jednak sens ogólniejszy niż w dawnych czasach i od czasowo specyficznych idiomów uniezależniony. Sedno sytuacji zwanej interregnum w tym, powiadał, że na dotychczasowych sposobach na załatwianie spraw pospólnych już polegać nie można, a nowych nie tylko do użytku nie wprowadzono, ale pewnie jeszcze i nie wymyślono...

Moc już nie jest z nimi

Cóż więc mogłoby znaczyć pojęcie interregnum, do naszych XXI-wiecznych doświadczeń odniesione? Ano tyle, z grubsza biorąc, że dotychczasowe sposoby krystalizowania woli ogółu społeczeństwa przez partie polityczne i jej przekuwania w czyny przez prawodawcze, wykonawcze i sądownicze organy państwa - sposoby zwane skrótowo demokracją - nie funkcjonują już jakby należało, a nowe sposoby jak dotąd nie wychodzą poza biura projektanckie, wielce w dodatku ze sobą skłócone! Mówiąc krótko: nie wiadomo, na kogo można byłoby liczyć, że owej krystalizacji i przekucia dokona.

Nasi przodkowie mogli sprzeczać się zawzięcie o to, co jest, a co nie jest zgodne z wolą społeczeństwa, ale co do jednej sprawy wszyscy, od prawicy do lewicy, byli zgodni: że gdy się czego lud chce ostatecznie ustali i gdy wyrazicieli jego woli umieści w odpowiednich urzędach, jej urzeczywistnienia można się spodziewać. Urzeczywistnieniem woli ludu zajmie się bowiem państwo łączące dwa kluczowe warunki przekuwania woli ludu w rzeczywistość społeczną: moc i politykę.

„Moc” to właśnie tyle, co zdolność załatwiania spraw - a „polityka” to zdolność decydowania, jakie to sprawy załatwić należy. Obie zdolności przysługują państwu z założenia. Jeśli mimo to coś w tym wyrażaniu woli ludu i realizowaniu jej postulatów szwankuje, to da się ustalić, kto za to ponosi winę i kogo należy zastąpić zdolniejszymi, uczciwszymi i pracowitszymi ludźmi, by biegowi spraw przywrócili płynność i skuteczność.

Dziś natomiast najboleśniejszą z niewiadomych naszego pospólnego życia jest nie tyle to, co zrobić by należało, ile kto to zrobi... Brak apteki, a nie recept, doskwiera dziś najbardziej; a i licznym z nas, pewnie i większości, całkiem odbiera chęć łamania sobie głowy nad tym, jak należałoby zaradzić pospolitym i wspólnie przeżywanym bolączkom (czyli nad tym, co nasi przodkowie zwali "dobrym społeczeństwem" - sprawiedliwym, ludziom przyjaznym, dla ich człowieczeństwa i ich godnego życia gościnnym). No bo nawet gdyby bezbłędną receptę znaleźć, kto ją zrealizuje?! Aptek wprawdzie nadal pełno, obficiej niż kiedykolwiek w zachwalane specyfiki wyposażonych, ale sprzedają one leki przeznaczone li tylko do osobistego użytku; zabrakło aptek, "państwami" zwanych, jakie prowadziłyby lekarstwa na wspólną niedolę.

A stało się tak dlatego, że moc i polityka osiedlone w państwach i jeszcze całkiem niedawno żyjące tam w kłótliwym niekiedy, ale raz na zawsze zdawałoby się zawartym stadle, zrezygnowały ze wspólnoty stołu i łoża. Moc, a przynajmniej spora jej część, wybyła z domu i przeniosła się na tereny zwane przez hiszpańskiego socjologa Manuela Castellsa "przestrzenią przepływów", na jakich polityka dosięgnąć jej nie może, nie wspominając już o jej dogodnieniu i zatrzymaniu; zaś polityka pozostała po staremu w domu (w "przestrzeni miejsc"), tyle że pozbawiona pokaźnej części swej dawnej mocy. Za trójjedyną i nierozdzielną uznawana trójca państwa, narodu i suwerenności, zasada, na jakiej nowoczesny podział planety na państwa terytorialne się wspierał, rozpadła się.

Suwerenność owych państw wspierała się bowiem na względnej (domniemanej, podrozumiewanej, poszukiwanej, a często i osiąganej) samowystarczalności mocy militarnej, gospodarczej i kulturowej; a o żadnej z tych mocy niezbędnych dla skutecznego działania nie mogą już państwa dzisiejsze (nawet te najmożniejsze wśród nich) twierdzić, że znajdują się lub mogą się znaleźć całkowicie w ich posiadaniu (a zauważmy, że odwrotną stroną tegoż medalu jest niemożność obywateli pretendowania do niepodzielnego, całkowitego posłuchu państwa wobec ich woli i interesów).

By zapobiec katastrofie, rządy muszą się liczyć z dwoma ("globalnymi" i "domowymi"), najczęściej sprzecznymi wzajemnie naciskami. Oskubane z mocy, są zmuszane do cedowania licznych funkcji, jakich się wprzódy dla siebie domagały i obiecywały spełnić: osłabiona polityka nie może ich wszystkich udźwignąć. Są więc te funkcje, jedna po drugiej, "odkontraktowywane", czyli usuwane z obszaru politycznego nadzoru i odpowiedzialności przez sprywatyzowanie i oddanie ich w pacht rynkom; albo "subsydiaryzowane" - czyli przerzucane na barki indywidualne obywateli i pozostawiane ich trosce, staraniom i odpowiedzialności.

Bez nadzorców, bez dowódców

Skutkiem ubocznym tej tendencji jest stopniowy wprawdzie, lecz wyraźny spadek zainteresowania obywateli polityką państwową. Trudno się temu dziwić: coraz mniej mogą się przecież obywatele spodziewać pomocy ze strony państwa w wypadku, gdy ich własne starania okażą się niedostateczne i noga im się powinie. Coraz mniej z tego, co się "tam na górze" dzieje, zachęca ich, by szli do urn; no bo coraz mniej nadziei na to, że ich sytuacja się odmieni przez to, że ludzie tej a nie innej partii zasiądą w gabinetach ministerialnych.

Jak to soczyście a cierpko określił ich szanse wpływu na bieg rzeczy Frank Rich, publicysta "New York Timesa": "Kraina Jutra [nawiązanie do Disneyowego Tomorrowland] wynajęta została na prywatne przyjęcie...". A przynajmniej tak się zdaje coraz większej ilości Amerykanów, zarówno tych upośledzonych, jak i tych z tzw. klasy średniej, czyli w potocznej opinii dobrze uposażonych. Pisałem o tych zmianach realiów i nastrojów na stronie internetowej Krytyki Politycznej - w szkicach o nowych wymiarach nierówności społecznej i liczebnym wzroście "nieklasy prekariuszy".

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 2
  • 2 komentarze
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':