http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Machając cepem socrealizmu

Piotr Kosiewski
2011-08-22, ostatnia aktualizacja 2011-08-19 16:41

Marta Tarabuła
Marta Tarabuła
Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

Ludzie polskiej sztuki zachowują się niczym mieszkańcy nieustannie atakowanej twierdzy. Potrzebne jest im odbudowanie mechanizmów wewnętrznej debaty

ZOBACZ TAKŻE
Coraz mniej jest wolności w polskiej sztuce. Artystów dzieli się na słusznych i niesłusznych. Więcej, zostali oni poddani przymusowi polityczności. To tylko kilka ostrów sądów, które niedawno na łamach "Gazety Świątecznej" wygłosiłaMarta Tarabuła .

Po polemikach Doroty Jareckiej i Karola Sienkiewicza można by uznać, że sprawa jest zamknięta. Tym bardziej że mamy do czynienia z tekstem właścicielki galerii (od wielu lat prowadzi ona w Krakowie Zderzak), która powinna wykazywać się pewną powściągliwością w ferowaniu ocen, bo jest graczem na rynku sztuki. Jednak sądzę, że warto zastanowić się nad kilkoma postawionymi pytaniami. Tekst Tarabuły pokazuje bowiem sposób postrzegania obecnej sztuki, który funkcjonuje trochę na poboczu, jest mniej słyszalny, co nie oznacza, że powinno się o nim zapominać.

Dominacja polityczności

Na postawiony przez Martę Tarabułę zarzut upolitycznienia polskiej sztuki Dorota Jarecka odpowiada: „Więcej polityki!... bo inaczej umrzemy z nudów i z obojętności”. Można by uznać, że mamy do czynienia ze sporem między zwolennikami sztuki autonomicznej, zamkniętej na zewnętrzny świat, a tymi, którzy dostrzegają w niej wyłącznie polityczny potencjał. Jan Michalski - używając określenia Doroty Jareckiej, czołowy krytyk Zderzaka - pisał przed laty „ »zaangażowanie « to brzydkie słowo, które mogłoby wreszcie przestać straszyć”. Jednak wśród szczególnie ważnych artystów dla Tarabuły (i Michalskiego) są Andrzej Wróblewski i Jerzy „Jurry” Zieliński, o których trudno powiedzieć, by nie reagowali na rzeczywistość i uciekali w wyestetyzowaną przestrzeń sztuki.

Może zatem chodzi nie o zaangażowanie, a jego ideologiczny wektor, mówiąc wprost - o lewicowość niektórych artystów i (lub) ich sztuki. To im Tarabuła przeciwstawia dzieła, które nie są jakoby ideologicznie sformatowane. To prosty i wygodny zabieg - przy założeniu, że inne poglądy niż lewicowe nie są ideologiczne.

Tarabuła pisze o swoich oczekiwaniach co do sztuki, która będzie się odnosić do innych doświadczeń polskiej przeszłości niż tylko doświadczenie Holocaustu. To prawda, w ostatnich latach szczególnie wielu artystów zajęło się tym tematem, ale też był (i nadal jest) on szczególnie obecny w polskiej debacie publicznej. Ich głos niekoniecznie wpisywał się zresztą w główny nurt myślenia w Polsce o doświadczeniu Zagłady (chyba że ktoś uznaje galerie za jedynie miejsce dyskusji w tym kraju).

A jeżeli nie Holocaust, to co? Chociażby pominięty przez Tarabułę Grzegorz Klaman, przywołujący doświadczenie historycznej "Solidarności" czy - ostatnio - o zgrozo! - Dorota Nieznalska (czarny charakter polskiej sztuki według właścicielki Zderzaka), która zajęła się historią pacyfikacji Stoczni Gdańskiej 16 grudnia 1981 roku.

Kult młodości

Marcie Tarabule nie tylko o polityczność chodzi, ale o sposób kształtowania hierarchii artystycznych w Polsce. Orzekania o tym, co w sztuce jest ważne i na ile ten system jest zamknięty, a na ile możliwe jest jego podważanie, negocjowanie i przedstawianie kontrpropozycji (Zderzak w latach 90. miał w tej sferze wiele do powiedzenia). Tu ocena Tarabuły jest skrajnie krytyczna. Nie tylko jej zresztą, co pokazuje lektura niektórych blogów. Czy rzeczywiście polski obieg artystyczny jest opanowany prze wąską klikę artystów (i kuratorów)?

Pouczająca jest wydana przed kilkoma laty przez Zamek Ujazdowski - kluczową instytucję dla sztuki w Polsce - publikacja "Nowe zjawiska w sztuce polskiej po 2000". Znalazły się w niej prezentacje aż 71 artystów lub grup, a od tego czasu lista "topowych" artystów znacznie się poszerzyła. Wystarczy wymienić związaną z poznańskim Penerstwem grupę tzw. neorealistów: Annę Molską, Mariusza Tarkawiana czy Honzę Zamojskiego. Większość z nich ostro odcina się od politycznego czy społecznego zaangażowania. Niekoniecznie trzeba zapisywać się do Krytyki Politycznej i głośno opowiadać o swych poglądach, by zostać zauważonym.

Nie ma zatem problemu zamknięcia czy wykluczenia? Jeżeli już, to inaczej bym go opisał. Przełom 1989 roku przyniósł radykalną zmianę: punkt zainteresowania przeniósł się na młode pokolenie. Wśród artystów, którzy w ostatnich 20 latach zajmowali znaczące miejsce, ledwie kilku było aktywnych przed zmianą systemu: Zofia Kulik, Mirosław Bałka, Zbigniew Libera, wspomniany już Klaman czy Jarosław Modzelewski i Leon Tarasewicz. Nie oznacza to, że nie wystawiano reprezentantów starszych pokoleń, jednak to nie oni przykuwali uwagę.

Tyle że ten problem jest związany z szerszym zjawiskiem kultu młodości. Dziś kariery robi się szybko albo wcale. I czas wejścia na szczyt radykalnie się skraca. Katarzyna Kozyra wystawy monograficznej w Zachęcie doczekała się po 17 latach, Jakub Julian Ziółkowski po ośmiu (licząc od pierwszej wystawy indywidualnej). Niepomiernie urósł też głód sukcesu (tym bardziej że niektórzy z młodych polskich twórców nieźle zaistnieli na zachodnim rynku sztuki).

Kto zatem rządzi?

Zmierzch krytyki

Ostatecznie chłopcem do bicia dla Tarabuły stała się krytyka - z zastrzeżeniem, że „figurę »krytyka « należy traktować jako pars pro toto całej grupy osób, które na scenie sztuki zajmują się polityką kulturalną”. Dorota Jarecka też poddała polską krytykę bardzo ostrej ocenie. Trudno nie przyznać jej racji. Czytelnik dzisiaj zbyt często styka się z materiałem reklamowym udającym krytykę (dodatki o wystawach, festiwalach etc). Do tego dochodzi problematyczna instytucja tzw. patronatów medialnych. Jednak większym problemem jest kurczenie się miejsca, jakie media poświęcają kulturze, a zwłaszcza sztukom wizualnym. To wymusza ogólnikowość. Nie ma polemik, sporów, które wciąż są obecne w zachodniej prasie.

Należy jednak głośno powiedzieć: krytyka prasowa w ogóle odgrywa dzisiaj coraz mniejszą rolę, zwłaszcza jeżeli chodzi o ustawiane hierarchii ważności w sztuce. Pouczające jest zestawienie najważniejszych osób świata sztuki przygotowywane przez establishmentowy brytyjski miesięcznik "Art Review". W ostatnim ogłoszonym w październiku ubiegłego roku znalazło się 28 galerzystów, 26 kuratorów, 17 kolekcjonerów i 19 artystów (najwyżej - 13. pozycja - oceniono Chińczyka Ai Weiweia). Na tej liście umieszczono raptem trzech krytyków prasowych (na najwyższej 70. pozycji znalazł się Rosjanin Boris Grojs). Dzisiaj to właśnie galerzyści, kuratorzy i kolekcjonerzy ustanawiają hierarchie.

W Polsce od kilku lat rozwijają się galerie prywatne. Są coraz lepiej zarządzane i potrafią promować ciekawych, młodych artystów, także poza Polską. Pojawiła się też grupa kolekcjonerów. Wreszcie - można powiedzieć - do polskiej sztuki wkracza rynek. I tym bardziej istotne są - atakowane przez Tarabułę - instytucje publiczne. W Polsce nadal słabe, niedoinwestowane, ale - paradoksalnie - mogące pełnić funkcję miejsca namysłu nad sztuką, bez konieczności zwracania uwagi na jej merkantylny wymiar. To tu można dyskutować nad obowiązującymi już hierarchiami. Zresztą tak krytykowana przez Tarabułę kolekcja krakowskiego MOCAK-a jest właśnie kontrpropozycją wobec głównego nurtu.

Polskiej sztuce potrzebne są mechanizmy kontrolne zwiększające przejrzystość instytucji publicznych, o co słusznie dopomina się Karol Sienkiewicz. Potrzebne jest także przestrzeganie zasad, niemieszanie ról, np. niezależnego krytyka recenzującego bieżące życie artystyczne i właściciela prywatnej galerii. Wreszcie - potrzebne jest odbudowanie mechanizmów wewnętrznej debaty. Ludzie polskiej sztuki zachowują się niczym mieszkańcy twierdzy nieustannie atakowanej przez zewnętrzny świat. Tymczasem przeciwnicy skapitulowali albo poszukali sobie bardziej obiecujących poletek. Nie ma już polityków wpisujących na sztandary hasła walki ze sztuką, a media zakochały się w młodej sztuce z Polski, niektórych artystów mianując celebrytami. Może czas, aby zmierzyć się z obecnymi problemami, a nie tylko machać cepem socrealizmu.

Piotr Kosiewski - krytyk i historyk sztuki. Stały współpracownik "Tygodnika Powszechnego"

Źródło: Gazeta Wyborcza
  • 1 komentarz
  • Drukuj
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':