Maciej Stasiński: Dyskutujemy w "Gazecie" o stanie polskiej demokracji, która trwa już 20 lat. Zaczął ostrą krytyką Sławomir Sierakowski, odpowiadał mu m.in. prof. Radosław Markowski... Sławomir Sierakowski, List otwarty do partii Prof. Radosław Markowski, To nie koniec demokracji (i jeszcze długo nie będzie) Prof. Andrzej Szahaj, Posprzątać po neoliberalizmie Jarosław Kuisz, Paweł Marczewski, "Kultura Liberalna", Złudzenia bezideowości Aleksander Kwaśniewski: Śledzę tę dyskusję.
Ponad połowa Polaków wciąż nie uczestniczy w wyborach. Polityczne debaty mamy miałkie. Pan jest demokracji weteranem. Jak pan ją ocenia? - Nawet mam poczucie kreacji. Byłem przecież w komisji konstytucyjnej.
Mam świadomość słabości polskiej demokracji. Jestem zmęczony jakością debat. Krążę po świecie i widzę, że w porównaniu z krajami starych demokracji mamy wiele do zrobienia. Ale kiedy wracam z bratnich krajów postkomunistycznych, od bałtyckich po Bułgarię, nawet wschodnie landy Niemiec, widzę, że Polska jest w lepszym stanie. Ma demokrację dojrzalszą, skuteczniejszą. Polska wolność daje się zagospodarowywać demokratycznie.
Wolę mówić o słabościach. - Po pierwsze, one są historyczne. Polska ma więcej doświadczeń demokratycznych niż Ukraina, ale wciąż bardzo mało w stosunku do Europy Zachodniej. Weteranów II Rzeczypospolitej była po 1989 roku garstka. Ciągłość instytucjonalna i pamięć zostały przerwane przez wojnę i PRL, przemieszczenia ludności i granic.
Nigdy dobrze nie rozumiałem, dlaczego Polska, która w latach 80. była pionierem oporu przeciw komunizmowi i przemian demokratycznych, po 1989 roku ma tak niski udział obywateli w demokracji. Średnio głosuje niewiele ponad 40 proc. obywateli. Może wielu Polaków traktuje wolność jako wolność nie głosowania? Może to przekora, duch polski...
Łatwa odpowiedź. Może indywidualizujące się społeczeństwo rozjeżdża się z instytucjonalną demokracją? Coraz więcej obywateli nie czuje się reprezentowanych, a nawet nie czuje takiej potrzeby. - Ci, co nie głosowali, nie głosują. Ci, co głosowali na początku naszej demokracji, zasadniczo nadal głosują. Wahania są okazjonalne i niewielkie. Dużego odpływu głosujących do grupy obojętnych nie ma. Ale problem jest. Polityka nie jest potrzebą bardzo wielu, społeczeństwo jest nie tylko zindywidualizowane, ale nawet zatomizowane. Jednak w warunkach wolności i demokracji od władzy zależy znacznie mniej niż kiedyś. Jednostki same sobie organizują życie, społeczeństwo samo się rozwija.
Dodatkowo zniechęcani są mizerią debaty, agresją publiczną. Przekaz polityczny w mediach jest intensywny, ale miałki i naskórkowy. Oferta polityczna jest mało zróżnicowana, zwłaszcza dla młodych. Poza sporami o historię nie udaje nam się obywateli wciągnąć w debatę.
Komunikacja z tym społeczeństwem jest nieskuteczna i anachroniczna. Przywódcy polityczni muszą to przełamać. Nie wolno dać sobie spokoju z tymi 50 proc. biernych. To musi być kontakt osobisty, bezpośredni, oparty na treści. Projekt, a nie narzędzie. I na emocjach - że o coś nam chodzi, że istnieje stawka publiczna. Niektórzy mówią, że to jest XIX-wieczne. Ale to konieczne.
Skoro jednak polska demokracja jest w sumie OK, to może dać sobie spokój? Grozi to nam czymś? - Owszem, grozi. Demokracja wymaga udziału i obecności. Jakbyśmy spadali z 80 proc. udziału w 1989 roku do 60 proc. dzisiaj, też bym się martwił, ale mniej. A my krążymy wokół 40 i może spadniemy niżej. A wtedy mogą pojawić się zagrożenia dziwacznymi alternatywami, populistyczno-autorytarnymi, od miękkich po twarde. Znajdą się przywódcy, którzy zapytają: - A jaki wy macie mandat do rządzenia, skoro głosuje na was 30 proc.? Pozostałe 70 proc. to pies?