http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Rzymska Komedia, Raj, Pieśń XXXIII

Jarosław Mikołajewski
2011-04-01, ostatnia aktualizacja 2011-04-01 19:00

Pamięć mdleje

ALEJA CORSO VITTORIO EMANUELE II
Fot. Waldemar Gorlewski / Agencja Gazeta
ALEJA CORSO VITTORIO EMANUELE II
VIA CONDOTTI 86 . KELNER I MALARZ W KAWIARNI EL GRECO
Fot. Waldemar Gorlewski / Agencja Gazeta
VIA CONDOTTI 86 . KELNER I MALARZ W KAWIARNI EL GRECO
VIA CONDOTTI 86. KAWIARNIA EL GRECO
Fot. Waldemar Gorlewski / Agencja Gazeta
VIA CONDOTTI 86. KAWIARNIA EL GRECO
VIA CONDOTTI 86. KAWIARNIA EL GRECO, CZYNNA OD 1760 ROKU
Fot. Waldemar Gorlewski / Agencja Gazeta
VIA CONDOTTI 86. KAWIARNIA EL GRECO, CZYNNA OD 1760 ROKU
RAPORTY
Kiedy się idzie w stu odcinkach wędrówki, wypadałoby dokądś dojść. Jak Dante, który doszedł do bezkresnego kresu, gdzie (w przekładzie Porębowicza, ma się rozumieć)...

... w głębinach materii przejrzystej
Świata zjawił się rys Trojga Obręczy,
Równych w obwodzie, lecz barwy troistej.

Jeden z drugiego Krąg, jak tęcza z tęczy,
Zdał się odbity, a w trzecim pałało
Jak ogień, który z dwojga się wywnętrzy...
 

I jest ta koincydencja sprzeczności, to spełnienie nadrealnych snów bretonowskich ante litteram, o pogodzeniu rzeczy niskich i wzniosłych, takich i siakich, tak niewymownie niewypowiedziana, że Dante (który ma przecież o samym sobie zdanie wyśmienite) wyznaje swoją bezradność poety i świadka:

Od owej chwili mój wid stał się większy,
Niż ludzka mowa potrafi mu sprostać,
I pamięć mdleje...


Dobrze, powinienem więc teraz powiedzieć, że Rzym tak cudowny jest, że nie da się go odmalować słowami. Ale nie powiem, bo to oczywiste, jak oczywiste jest i to, że nie da się oddać go fotografią ani rysunkiem, i nic, co jest tym, czym jest, nie da oddać się niczym, co tym samym nie jest. Możliwe jest tylko żyć tu i teraz i malować to co jest tym, że się jest, jak wyraził to już wspominany Pier Paolo Pasolini: "Jedynie żyć, tylko poznawać się liczy, / nie że kochałeś, nie, że poznawałeś...".

Bardziej sensowne wydaje mi się więc wyznać co innego - że kiedy sto tygodni wstecz ruszałem w wędrówkę, miałem nadzieję, że kiedy dojdę do końca, zobaczę wstecz jakąś złotą nitkę, szlak, ścieżkę, którą mógłbym polecić w przekonaniu, że ona coś znaczy. Tymczasem nie ogarnąłem niczego, i wiem, że świadczy to w równym stopniu o Rzymie, co o mnie. Zważ bowiem, co mi się wydarzyło od ostatniej wędrówki, sprzed tygodnia...

Zgodnie z obietnicą daną samemu sobie, postanowiłem wybrać się w niedzielę na Purym, na ten odcinek via del Portico d'Ottavia przed szkołą, gdzie ulica przechodzi w Piazza Giudia. Wyjeżdżam z domu rano, jadę na bulwar, którym do dzielnicy żydowskiej wydaje mi się najbliżej. Za via di Belle Arti mam skręcić za mostem w lewo, ale w lewo nie można, co pokazują żółto-czarne taśmy. "Maratona!", wołają policjanci, i zaczyna się poplątnica.

Próbuję w prawo, przez via Vittorio Veneto, ale rzymski maraton wypycha mnie spod Kwirynału, potem spod Koloseum. W końcu, po dwóch godzinach, docieram w okolice synagogi, gdzie oczywiście nie ma jak zaparkować, bo strzegą jej antyterrorystyczne brygady. Wjeżdżam pod prąd na Piazza delle Cinque Scole, gdzie, jak wskazuje nazwa, było kiedyś pięć szkół rabinackich, tuż przy pagórku i pałacu Beatrice Cenci.

Tam kloszardka wskazuje mi miejsce, a raczej pół miejsca, w które jakoś jednak się wciskam i z brzuchem wciągniętym udaje mi się wysiąść z samochodu. Idę na plac, a tam już po zabawie. Tylko kilkoro dzieci biega w kostiumach i maskach, ich rodzice piją w barach kawę i wino. Stoję przez chwilę, rozglądam się, spotykam Laurę i Olka.

Wracam do samochodu i nie mogę wyjechać, bo w tym czasie za mną ktoś zaparkował samochód tuż za moim bagażnikiem. Po godzinie dzwonię po policję, która nie może jednak ściągnąć zawalidrogi, bo trwa "maratona" i nie są w stanie się do mnie przedostać. Chodzę po okolicznych domach, pytam dozorców, czy znają właściciela. Na próżno. Niech pan popyta w barach. Wracam na Piazza Giudia, pytam tych, którzy wyglądają na taki samochód i na taką - w Rzymie zresztą powszednią - niefrasobliwość. Nikt się nie przyznaję. Kiedy wracam, auta już nie ma...

Jaki jest Rzym? A taki. Wychodzisz z domu i nie wiesz, co zobaczysz po drodze. Dzisiaj idę do tego samego baru co zwykle i odkrywam na dachu nad barem chińskie figury, jak słynne posągi cesarskiej armii z terakoty. Wchodzę do biura, a tam przed drzwiami karteczka z informacją, że właściciel domu jest ludożercą. Nie jestem właścicielem, lecz zastanawiam się, czy może chodzić tu o mnie... Nie będzie więc, na zakończenie "Rzymskiej Komedii" ani Gran Finale, ani wielkiej konkluzji. Będzie opowiadanko, które tylko pozornie należy gatunkowo do fikcji. Przeczytajcie sami.

***

- Kiedy zacznie pan widzieć umarłych, będzie to oznaczało, że pootwierały się drzwi, przez które im łatwo się wchodzi, lecz panu równie łatwo może się wypaść, bo to drzwi wahadłowe, z anglosaskiej tradycji, jak w barze - tak przemówił natchniony barman na Tiburtinie gdy zauważył, że wpatruję się w szczupłego, kanciastego gościa pochylonego karkiem do mnie nad kawą.

- Kiedy zacznie pan widzieć umarłych, będzie to znak, że jajo, w którym pan siedzi, właśnie toczy się z jakiegoś powodu, i to wcale nie po małym obwodzie, lecz po elipsie, od dna po wierzchołek, i tak w kółko, a wtedy ochrona z białka traci swój opór, pańskie żółtko obija się niebezpiecznie o ścianę i kto wie, czy nie przebije jej i nie wychlupie się im pod nogi, po tamtej stronie - powiedział zwariowany ksiądz, kiedy poczuł na sobie mój wzrok świdrujący kratki konfesjonału na Lateranie.

Tak, czy inaczej, bez względu na to, czy to zmarli znaleźli bramę, czy ja znalazłem się blisko potajemnej furtki, czy oni byli cieniem za kruchą skorupką jajka, czy też ja, w porywie ponownego wstąpienia w życie wyrywałem się do narodzin, pozostaje faktem, że pewnego dnia rozsypali się dosłownie po mieście.

Nie rozmawiali ze sobą ani ze mną, nie patrzyli na siebie ani na mnie, nie zachęcali do uścisku dłoni, spotkania. Zastąpili tych, których widziałem na co dzień, i których zapamiętałem pewnie już na długo, choć nie wiem, co w moim przypadku znaczy długo, i choć rzadko łączył mnie z nimi gest porozumienia czy tym bardziej słowa.

- Proszę mówić mu prosto do ucha - powiedział Michele z baru Antonini (dawniej Ruschena, co dodać wypada nie wiadomo po co), kiedy zobaczył, jak się skradam do starca o krzaczastych brwiach, który przy stoliku na zewnątrz karmił rogalikiem gołębie.

- Mistrzu, Profesorze - szeptałem, obchodząc go tak, żeby zajrzeć mu w twarz.

- Głośno! Do ucha! - darł się Michele, a kiedy starzec odwrócił się do mnie, lecz mnie nie zobaczył, jak gdybym był pustym miejscem po człowieku, dziurą w wypełnionym zazwyczaj powietrzu, na widok otwierających się ust słyszałem tylko gruchanie gołębia.

Odbiegłem od stolika, przebiegłem przez most, via Tomacelli, via Condotti, wszedłem do Café Greco, usiadłem przy stoliku po prawej, z głową na wysokości portretu Miłosza, patrzę mu w twarz i widzę, że nie mogłem się mylić, że nikt inny nie mógł być starcem z krzaczastymi brwiami, niedosłyszącym, o czym Bóg wie skąd by wiedział Michele, gdyby nie był prawdziwy, przecież nie był i nie jest bywalcem baru Antonini, przecież go nie było, i ledwie to pomyślałem, zalśnił mi i zniknął za drzwiami kawiarni łysiejący wierzchołek dobrze znanej, kochanej głowy, siwe baczki sterczące na boki.

Ryśku, Ryśku! - krzyknąłem tak, że tutaj już mnie pewnie nie wpuszczą, przebiegłem przez zamykające się za nim drzwi i dogoniłem z łatwością, bo szedł po swojemu, szurając nogą, i zatrzymał się właśnie przed wystawą z butami, żeby pokryć konieczność odpoczynku, przystanku.

Ryśku, Ryśku, Ryśku! - wołałem, bo to był Rysiek na pewno, rozglądał się lekko szklistymi oczami, uśmiechał do dziewczyny, która go zagadnęła o "Heban", ale mnie nie widział, nie słyszał, nie poczuł kiedy położyłem mu rękę na łokciu, więc pobiegłem dalej, na Corso, i tam to dopiero, tam to dopiero "Michał, Michał!" krzyczałem za Wójcikiewiczem, "Marian" za Grześczakiem, "Jarek" za Markiewiczem, "Drogi Panie, Mistrzu" za Zapasiewiczem, "Ciociu" za ciocią Anią, i żadne z nich nie spojrzało na mnie, jak gdyby, bo czułem, że o to chodzi, wcale ich nie pożegnał, przez co wciąż trwali w poczekalni, tuż za skorupką lub drzwiami saloonu, i kiedy wróciłem do Ruscheny, źle musiałem wyglądać, skoro Michele sam wskazał mi krzesło i bez pytania przyniósł podwójną skróconą i zimną wodę, jak zawsze w szklance nie wytartej po myciu, pokrytej białymi zaciekami.

Uniosłem głowę, spojrzałem mu w oczy.

Czy z nich już żaden nie będzie chciał nigdy ze mną rozmawiać? - spytałem.

Michele parsknął śmiechem i zaczął się demonstracyjnie rozglądać.

Jakie nikt? Jakie nigdy? - wrzasnął. - Od piętnastu minut siedzi tutaj jeden, czeka na ciebie i pyta, czy na pewno przyjdziesz. Chyba siedzi w kącie, w sali obiadowej...

Wstałem, szybko poszedłem za Michelem, zobaczyłem i serce ścisnął mi smutek, jakiego nie znałem. Mój J, mój kochany J. Moje wielkie chłopisko, mój przyjaciel serdeczny, mój opiekun, poeta mój niewyczerpany, mój dopływ, źródło moje i moje dorzecze... Nie wiedziałem, co powiedzieć, skoro byłem pewny - i wcale nie dlatego, że zapewniał mnie o tym Michele - że w odróżnieniu od innych J usłyszy co mówię. Ale znalazłem słowa, i zanim wziął mnie w te swoje ogromne ramiona, wypowiedziałem słowa twarde jak kamienie:

- Nie wiedziałem, że nie żyjesz. Nie wiesz, jak jestem ci wdzięczny, że do mnie przyszedłeś. I nie wiesz, jak zacisnęła mi serce twoja śmierć...

J zastygł w serdecznym objęciu, odgiął do tyłu mocny kark, spojrzał na mnie oczami wycofanymi jakby za skorupę jajka i pokręcił głową.

Oj, Jaruś, Jaruś... Ty już wracaj jak najszybciej z tych Włoch, bo cię całkiem ze zmęczenia porąbie.

I wziął mnie w końcu w swoje wielkie łapska, a ja zrozumiałem, że mnie porąbało, wypisz wymaluj tak, jak mówił teraz i jak zapowiadał już dawniej, i opowiedziałem mu o tych zmarłych, a on zrozumiał od początku do końca, i opłakaliśmy każdego z nich, jednego po drugim i wszystkich razem. A najbardziej to chyba Michała Wójcikiewicza, bo umarł najbardziej niedoceniony, choć napisał najdłuższy poemat, z czym nie wiadomo, jak się żyje w tym jajku.

***

Bohaterowie tej nibyfikcji żyją równocześnie w piekle, w czyśćcu i w raju, którymi na raz jest i nie jest w równym stopniu Rzym.

  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    10 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':