U schyłku wszechświata i nieba, który z innej perspektywy jest jego początkiem, a tak naprawdę - w tej prawdzie, na której opiera się komedia boska, lecz kto wie, czy i komedia nasza - jest jego centrum, mówi Dante nadzwyczaj dużo rzeczy ważnych i poruszających dla kogoś takiego, jak Ty, Wędrowcze, albo autor "Rzymskiej". Na przykład o wrażeniu, jakie wywiera na nim kontemplacja Róży mistycznej, powiada (w przekładzie Porębowicza) w ten sposób:
Jeśli z dzikiego barbarzyńcy brzega,
Który Helice gwiazda w jednej dobie
Z najukochańszym swym synem obiega,
Widząc Rzym w hardej pałaców ozdobie,
Zdumiewali się gmachom Lateranu,
Który był wówczas przedniejszy na globie -
Mnie, com z ludzkiego do bożego stanu
I z doczesności leciał wieczność witać,
Z florenckich granic w kraj oddany Panu,
Jakież musiało osłupienie chwytać!...
Zważ, Wędrowcze, że mówiąc o barbarzyńcach, ma Dante na myśli tych spod obu konstelacji Wielkiej Niedźwiedzicy, czyli z grubsza i o nas, ale nie to dziś nas zatrzyma, lecz inna tercyna, niewiele późniejsza:
Widziałem lica, co się kochać każą,
Własnym uśmiechem i Skrą Bożą ślicznie,
Z gestem, gdzie godność i wdzięk się kojarzą...
Dante opowiada o momencie wyjątkowym dla całej swojej wędrówki i przygody - po raz pierwszy (co przypomina profesor Anna Maria Chiavacci Leonardi) w życiu ogląda prawdziwe ludzkie twarze. Te, które oglądał dotychczas, i które nam opisywał, to, jak sam mówi w drugiej pieśni Czyśćca, "cienie puste, nie licząc wyglądu". Dopiero tutaj widzi je takimi, jakimi zobaczymy je na Sądzie Ostatecznym. I przedstaw sobie teraz, Wędrowcze, że w Rzymie można zobaczyć takiego właśnie człowieka - człowieka w chwili, gdy Chrystus go przyjmuje do siebie. Prawdziwą ludzką twarz. Nie mówię, że stanąć przed nią równie trudno, co Dantemu, ale łatwo też nie jest.
Fragmenty monasteru sióstr oblatek świętej Franciszki Rzymskiej - w nim bowiem mieści się wspomniany wizerunek - oglądać można raz do roku, 9 marca, w święto Santa Francesca Romana. W tym roku, po raz pierwszy, siostry zgodziły się go otworzyć również w dwie następne niedziele, lecz zważywszy na to, jak wielką wyrwę w klasztornym spokoju wyrębują ciekawskie wycieczki, w przyszłych latach wyjątków się już nie spodziewam.
Rzymianie to społeczność interesująca się własnym miastem nadzwyczaj namiętnie, i kiedy tylko jesz szansa, żeby zobaczyć to, co zazwyczaj ukryte, a choćby nawet wystawę, która tylko porządkuje to, co już jest dobrze znane, rodzinnie i stadnie korzystają z zaproszeń. Przywykłe do milczenia zakonnice - benedyktynki, które, jedna na każde pomieszczenie, pełnią rolę gospodyń, do zwiedzających podchodzą skrajnie. Siostra, która się modli w kościółku klasztornym, tylko czeka na okazję, żeby zwrócić uwagę tym, którzy szepcą lub fotografują. Ta, która pilnuje fresków ze scenami kuszenia Franciszki, objaśnia dwie wybrane odsłony i zapada w ciszę. Anielsko pogodna zakonnica, która czuwa w oratorium ze scenami życia, cudów i śmierci, uprzejmie wstaje z krzesła, kiedy ją o coś zapytać. Jej właśnie pytam, ile ich jest. Odpowiada, że czternaście, choć jeszcze nie tak dawno było czterdzieści...
Być może wiele razy przechodziłeś przed tym klasztorem nie wiedząc, że on tam w ogóle jest. Tam, czyli pomiędzy Piazza Venezia a Treatrem Marcellusa, na wprost Kapitolu. Nie licząc 9 marca, brama pod numerem 40 via del Teatro Marcello i pod wieńczącym ją freskiem przez cały rok zachowuje szczelność i nieprzenikalność ściany. A przecież w środku są cuda, i mam tu na myśli nie tylko malarską klasę trudno policzalnych fresków, lecz i duchowy klimat, zasadzony, jak dobrze rozkrzewiona róża, przez wspomnianą świętą.
Franciszka żyła na przełomie XIV i XV wieku na Zatybrzu, była żoną i matką, i w dramatycznych okolicznościach została osierocona przez męża i dzieci. Sympatię do niej budzą relacje, które mówią o tym, że umiała cieszyć się światem nawet w głębokim cierpieniu, że pomagała biednym i chorym, i nader dzielnie radziła sobie z pokusami szatana.
Cykl pokus, bodaj dwunastu, można oglądać na ścianie w pomieszczeniu przypominającym zakrystię. Przypisywane były Benozzo Gozzolemu i są tak dobre, że wzniosła ta atrybucja wcale nie dziwi. Są jednobarwne, i tylko z pysków szatańskich co jakiś czas rzygają czerwone płomienie, jak kreski rysowane przez znudzonych uczniów na fotografii w gazecie. Pytam zakonnicy, czym diabeł kusił Franceskę. Mówi, co i sam widzę, że na przykład popychał ją na gnijące trupy. "Jaka w tym pokusa?..." Siostra rozkłada ręce i znów się wycofuje w milczenie. Gdzieś wyczytuję, że jeden z szatanów cyklu, ten, który mógłby być książkową ilustrację Onufrego Zagłoby, zapewnia Franceskę o jej świętości, czym próbuje wpędzić ją w zgubną pychę.
W ołtarzu głównym barwnego oratorium, znajdującego się nieco poniżej poziomu diabłów, jest postać, którą odkrywam na jeszcze jednym przedstawieniu w klasztorze - przed Madonną, która przytula dziecko w otoczeniu świętych Franciszki i Benedykta, stoi, odwrócony do niej tyłem, obrażony aniołek. Ma założone ręce i albo struga ważniaka, że jest w tak dobrym towarzystwie, albo dąsa się, jak syn pierworodny, któremu oto nagle urodził się młodszy braciszek.
Podobnego anioła, z identyczną miną zazdrosnego dzieciaka, znajduję na pięknym fresku Antoniazza Romano, nad prowadzącymi do oratorium schodami. W całym kompleksie, na który w części dla nas dzisiaj dostępnej składają się nieoczekiwane przestrzenie, zwracają też uwagę muzykujące anioły w kościółku, kolorystycznie (nadwaga błękitu) i nastrojowo przypominające Melozza da Forli, lecz okazuje się, że są o 200 lat młodsze. Cudów zresztą nie brak, z pięknym chiostro, w którym rosną cytryny, ze starym piecem chlebowym...
Lecz ponad wszystko wyrasta i wszystko zaćmiewa wspomniany już prawdziwy wizerunek człowieka. Człowiekiem tym jest święta Francesca, a ilustruje ją jedna ze scen oratorium. Z początku jej nie dostrzegam, bo widok zasłania siedząca w kącie zakonnica. Kiedy zaczynam przypatrywać się scenie, zakonnica zaczyna niespokojnie się wiercić, w końcu wstaje i odsłania kwaterę - przedstawienie śmierci Franciszki. I kiedy dopiero mniszka wstaje, widzę niezwykłość fresku, a oblatka dostrzega w lot moje zdumienie, a nawet więcej niż zdumienie, i widzę, że je podziela.
Na scenie, o której myślę, jest Franciszka, półsiedząca, ze złożonymi rękami. Jest właśnie 9 marca 1440 roku, dzień cielesnej jej śmierci. Przed łóżkiem klęczy pięć sióstr jej zakonnych, patrzą na swoją siostrę i matkę, ale ona nie patrzy, bo chyba właśnie umarła. Z jej głowy i tułowia wypływa dusza - ten prawdziwy człowiek, który w niej siedział. Za tym prawdziwym człowiekiem sunie wielka kwietna smuga, jak szarfa haftowana różami. Duszę Franceski za dłonie trzyma już Chrystus, aniołowie jej przygrywają do przejścia, święci Pańscy się cieszą. Tym, co zastanawia, jest kształt tej duszy, czyli prawdziwego człowieka. Umierające ciało Franceski jest ewidentnie niewieście, stylizowane na Madonnę. Jej dusza jest natomiast chłopięca. Z uśpionej kobiety wychodzi przebudzony chłopiec. Całą przemianę zdradza nagie ciało, tylko wokół bioder opasane białą chustą. Wzrok przyciąga jej (jego) głowa - krótko przycięte włosy chorego czy więźnia. Albo zaniedbanego chłopca, ostrzyżonego tępymi nożyczkami. Zastanawiam się, czy oblatki golą sobie głowy, ale widzę, jak spod chusty zakonnicy wysuwa się pasemko długich włosów.
Tak, warto iść do oblatek w ten jeden dzień w roku, żeby zobaczyć człowieka w stanie, w jakim widział go Dante. Jedno po drugim, na jego oczach, przed Boży majestat wstępują "lica, co się kochać każą, / Własnym uśmiechem i Skrą Bożą ślicznie, / Z gestem, gdzie godność i wdzięk się kojarzą". A są to lica, włosy, tułowia i nogi ostrzyżonych, cherlawych, źrebięcych jeszcze chłopaków.