Coraz wyżej i wyżej. Jest tak, że już wyżej nie można. A tam (jeśli wierzyć Porębowiczowi):
... z Archaniołów i Książąt się plecie
Krąg przedostatni, a w ostatnim krążą
Pląsy Aniołów, tęsknych ku swej mecie... I nigdzie nie ma tak rozpląsanych Aniołów, tak tęsknych, tak (o czym wspomina Dante nieco wyżej) "w trójmelodii nucących lutnistów", jak w rozkruszonym na kilkanaście kawałków fresku Melozza da Forli, które owszem, na ogół ogląda się w Rzymie, lecz kiedy piszę, co piszę, są w dużej części na wystawie Melozza w rodzinnym mieście, pozostaną tam do czerwca, więc muszę pisać z bezwzględnie niedoskonałej pamięci, czego nie lubię i obawiam się srodze.
Rozpisałem się kiedyś o aniołach ze Zwiastowania, zajmują one w moich uczuciach miejsce własne, niezagrożone, i ci dziewczęcy młodzieńcy w pokłonie albo przyklęku przed Marią w niczym nie przypominają wyrostków Melozza, które są raczej w tym samym wieku, co przepoczwarzający się czarny Amor Caravaggia, dwunastoletni zapewne, lecz w przeciwieństwie do "tego, co wszystko zwycięża" z rzymskiego obrazu, który jest w Berlinie, żyją po stronie wiecznego nieuświadomienia, aseksualnego pacholęctwa zmysłów.
Urodzony w 1438 roku w Forli, przeszedł Melozzo przez szkołę Piero della Francesca w Urbino i trzykrotnie zatrzymał się w Rzymie na dłużej, pełniąc od 1475 roku funkcję oficjalnego malarza Sykstusa IV. Pozostawił tu dzieła przypisywane mu z dużym prawdopodobieństwem, jak "Zwiastowanie" w Panteonie, i pewnego autorstwa, jak fresk "Sykstus IV mianuje Bartolomea Platinę prefektem Biblioteki Watykańskiej", któremu to arcydziełu, umieszczonemu na stałe w Pinakotece papieskiej, Paweł Muratow oddaje sprawiedliwość takimi między innymi słowami: "Nie sposób wprost nasycić się przeczystym urokiem tych barw, lekkich i lśniących jakimś jak gdyby perłowym blaskiem. Bladoróżowa, wiśniowa i zielona barwa Melozza należą do rzędu największych objawień kolorystycznych w sztuce włoskiej" (tłumaczenie Pawła Hertza).
Nas jednak, idących śladem Dantego, zainteresuje w tej chwili to, co namalował około 1480 roku w absydzie bazyliki Santi Apostoli - "Wniebowstąpienie", czyli Chrystus błogosławiący nam w otoczeniu aniołów, które rzuciło na kolana artystów współczesnych mu i późniejszych, z Michałem Aniołem i Rafaelem na czele, i powala do dziś, choć to wielkie wrażenie sprzed 500 lat trzeba nam pozbierać z kawałków. "Trudno wprost pojąć - pisze Muratow - barbarzyństwo papieża Klemensa XI, który w początku wieku XVIII kazał odbić cały fresk Melozza i przerobić kościół zgodnie z duchem czasu". Owszem, pojąć trudno, ale fakt faktem - fresk rozbity został na 16 części, z których jeden, centralna postać Chrystusa, znajduje się dziś w pałacu prezydenckim na Kwirynale, jeden kawałek z aniołami jest w Madrycie, a czternaście w Pinakotece Watykańskiej.
Każdy z fragmentów jest tak sugestywny, że łatwo można sobie wyobrazić, co się działo, kiedy były jednym niebem nad nami. Zbiorową scenę tworzy tylko ta scena, która jest dziś nad schodami reprezentacyjnymi Kapitolu. W fenomenalnym skrócie, sporządzonym ze świadomością tego, jak ci na dole widzą kogoś nad sobą, nieoczywisty Jezus o twarzy kloszarda, skupiony, choć oderwany od rozmowy z bezdomnymi na dworcu, przemawia do nas rękami, a wokół niego, jak ważki, trzepocą i pląsają wszystkie bobasy oderwane przedwcześnie od życia.
Kawałki, które są w watykańskiej Pinakotece, mogłyby zaś stanowić serię portretów dorastającej młodzieży z wiktoriańskiej szkoły muzycznej. Żyłyby, gdyby urodziły się później, wśród pięknych pojęć podsuwanych im przez wykładowców przejętych sztuką czasu, w którym żyją naprawdę, czasu Botticellego, Piera della Prancesca i Perugina. Grają na instrumentach o wielkości i kruchości dostosowanej do ich wieku. Włosy mają puszyste, jak gdyby posypywano im je co chwilę suchym szamponem, jaki pamiętam z własnych nastoletnich czasów. Muratow przypomina, że przedstawieniom tym przypisywano czułostkowość. Ja widzę w nich tylko piękno młodego wieku, kiedy w duszy rozgrywa się piękno oczekiwań, nie skontrastowane jeszcze świadomością mięsa, na które nas skazano, własnego ani cudzego.
I oto dzień, w którym wyruszam na połów aniołów, biegnie swoją drogą i pokazuje to, co każdy łowca wiedzieć powinien, czyli że człowiek strzela, a kule nosi kto inny. Tak więc jest sobota 12 lutego, wsiadam nieprzytomnie do samochodu, żeby jechać na Kwirynał albo do Watykanu, i prosto z życia opisać anioły, lecz przypominam sobie, że w Forli jest wspomniana wystawa Melozza, więc nie wiem, czy zobaczę je tam, gdzie zazwyczaj są. Zatrzymuję się, żeby kupić gazetę i zebrać myśli, i wtedy dźwięczy telefon. Dzwoni Lucjan, anioł-nie-ksiądz, pokorny, wiecznie zawstydzony i uśmiechnięty kapłan pianista. Mówi, że był właśnie u arcybiskupa Życińskiego.
- Leży zupełnie sam, w pustej sali. W Casa del Clero. To chyba pierwsze skrzyżowanie z via della Conciliazione. - Za pierwszym skrzyżowaniem jest kościół, w którym pół roku temu w "Rzymskiej" żegnałem Łucję. Wchodzę, znów patrzę na kobietę na fresku Ricciego, która lamentuje nad zwłokami błogosławionego Angelo. Pytam starszego pana, który wygląda na proboszcza w cywilu, gdzie jest Dom Księży. - W lewo i pierwsza w lewo.

Zostaję sam z dumną sylwetką, z zadziorną twarzą, za którą wciąż kłębią się świeże myśli, z dłońmi splecionymi różańcem. Ile to trwa, ta Jego samotność w moim towarzystwie? Dziesięć minut? Może. Głupio mi tak Go zostawiać
Przy ostatnich drzwiach schludnego akademika przy via Traspontina wisi tablica Domus Romana Sacerdotalis. Wchodzę, mówię, że chcę pożegnać Arcybiskupa. Portier idzie przodem, schodami na pierwsze piętro. Domus wygląda jak każdy akademik, tylko znacznie porządniej. Sterylnie. Przewodnik przymyka drzwi po lewej, spoza których dochodzą jakieś rozmowy, otwiera drzwi na wprost korytarza i zaprasza nas gestem do środka, prosto przed trumnę, w której leży ciało, przykryte białym, doskonale przezroczystym woalem.
Nie, nie jesteśmy sami, On i ja, kiedy portier już wyszedł. Po prawej są dwa anioły, w szaroniebieskich fartuchach, z mopami w rękach. Kiedy mnie widzą, wpadają w krótki popłoch, jak uczennice przyłapane na ściąganiu. Po chwili wychodzą, dyskretnie i delikatnie. Zostaję sam z dumną sylwetką, z zadziorną twarzą, za którą wciąż kłębią się świeże myśli, z dłońmi splecionymi różańcem.
Ile to trwa, ta Jego samotność w moim towarzystwie? Dziesięć minut? Może. Głupio mi tak Go zostawiać, ale w końcu wychodzę, dziękując za różne rzeczy, w tym za słowa, które powiedział na pogrzebie Miłosza. Pamiętasz, Jacku, jak nierówno obdarowany mądrością wydał nam się wtedy Kościół, jak byliśmy pocieszeni tym, że reprezentował go wtedy właśnie On, ten dostojny Cień, który teraz leży przede mną z przekorną miną i ustami gotowymi do nieoczekiwanej modlitwy?
Na schodach spotykam polskiego księdza, potem jednego z aniołów w szarobłękitnym fartuchu, z mopem w ręku. - To ten spod 816. Zawsze się tu zatrzymywał. Ja u niego sprzątałam - mówi z dumą, i przyjmuję to jak najszczerszy, bezradny komplement. Dziękuję aniołowi, jak gdybym, chociaż spotkałem Go chyba tylko raz w życiu, miał prawo dziękować mu w imieniu jakiejś większej grupy ludzi, której tu nie ma. Dziękuję też sms-em aniołowi Lucjanowi i, korzystając z okazji, że jestem tak blisko, idę do świętego Piotra.
Nie lubię bazyliki, ale nie potrafię się z tym pogodzić, i dlatego wracam do niej co jakiś czas, żeby się przekonać, może pogodzić. Tym razem chyba również dlatego, że rzadko umiem się modlić, a chciałbym pobyć myślami przy Arcybiskupie. I dlatego, że nie umiem się otrząsnąć z wyczytanej godzinę wcześniej wiadomości o kropli krwi Jana Pawła II przekazanej choremu kierowcy rajdowemu.
Są takie zdarzenia, na poziomie nie wielkich faktów, lecz codziennej kroniki, które mijają bez refleksji, a więcej mówią o nas niż tomy studiów z obszaru socjologii i psychologii społecznej. Kilka z nich przepuściłem w chwili, kiedy się działy, i wracały do mnie kiedy było już za późno. Lecz co to znaczy "za późno"? Przecież nawet gdybym ja sam, co wątpliwe, miał o nich myśl oryginalną i na czasie, nie zmieniłbym żadnej historii. Dlaczego więc muszę zastanowić się nad tym teraz, kiedy się dowiedziałem, nie odkładając na potem? To proste - bo zobojętnieję. A teraz jestem pod wrażeniem. Teraz jestem rozjątrzony samotną trumną w Domu Księży i tą kroplą krwi, a jeszcze godzinę temu byłem podłączony pod pogodne, niezakłócone komplikacjami ciała piękno aniołów Melozza. A jutro to wszystko zarośnie, kolejną trumną i krwią, poranną kawą, lekcjami córek. Muszę więc teraz, w tej chwili.
Jest wcześnie, więc nie czekam długo przed furtką. Idę do jedynego przychylnego mi tutaj miejsca ponad powierzchnią podłogi, przed Pietę Michała Anioła. Przypomina mi się, że w następnej kaplicy ma być pochowany Jan Paweł II. Nawija się anioł w długim i ciemnym żakiecie, więc pytam, czy to właśnie tu, w kaplicy świętego Sebastiana, ma się znaleźć papież, którego imienia nawet nie trzeba wymawiać. Anioł rozumie w lot i potwierdza. - Ale gdzie dokładnie? - No tutaj, dokładnie tutaj. - Pod wielką mozaikową kopią Domenichina, z Sebastianem, leży szklana trumna z Innocentym XI, błogosławionym papieżem z XVII wieku. Po lewej pomnik Piusa XII, w charakterystycznych okularach. Po prawej - Piusa XI, mojego sąsiada z Warszawy (mieszkałem w Alejach Ujazdowskich, a on, 40 lat wcześniej, na Książęcej, jako nuncjusz Achille Ratti).
Nie ma miejsca na kolejny nagrobek czy pomnik. - Spocznie tam, gdzie teraz leży papież Innocenty. - A Innocenty? - Zostanie przeniesiony tam, pod Przemienienie. Za ten płot. - Patrzę we wskazanym kierunku, przy kolumnie w lewej nawie, bliżej ołtarza, otoczonej drewnianym nieprzeniknionym ogrodzeniem.
- Dlaczego Innocenty XI nie może zostać, gdzie jest, a Jan Paweł II spocząć pod Przemienieniem? - pytam, ale anioła już nie ma. Bo tak właśnie jest z aniołami, że są kiedy chcą same lub ktoś. Ale nie my, nie my.
Wracam do domu, do Dantego, do Raju, do Pieśni XXVIII:
... To Serafinów i Cherubów roje.
Każdy związany z Nim silnymi pęty
Wylata wbożyć się weń, ile zdoła,
W miarę o ile mu jest odsłonięty...