Najbardziej materialną obecnością w tej pieśni jest święty Piotr, który aż się czerwieni na myśl o papieżach uzurpujących sobie prawo do zastępowania Chrystusa, lecz nawet rumieniec zażenowania i gniewu pierwszego papieża i cała ta historyczna kraksa, jaką jest pontyfikalna klasa czasów Dantego, gaśnie przy tym wielkim i świętym niebie, do którego porywa go wzrok Beatrycze:
A siła, jaką czerpałem z jej wzroku,
Od gniazda Ledy porwała mnie lotem,
W sferę krążącą najszybszym obrotem (...)
Zaczęła mówić, tak rada szczęśliwa,
Uśmiech tak boskim blaskiem ją tęczował,
Jakby w jej twarzy Bóg się rozradował.
- "Natura Biegu, co w środku spoczywa,
A wszystko rusza i ruchu użycza,
Ztąd się poczyna, z swego pogranicza.
Duch Boży zajął tej sfery przestrzenie,
Od niego miłość zapala płomienie
Co ją porusza, i moc co z niej spływa.
Światło i miłość obeszły ją kołem,
Jak ona inne opasuje społem..."
Tak brzmi stosowny fragment w przekładzie Juliana Korsaka, a ja wpatruję się w niebo nad Rzymem, które bywa błękitne, niebieskie, szare, kiedy jest pogodne, wydaje się nieruchome, lecz kiedy tylko pojawi się na nim jakiś znak, przetacza się szybko, w nienaturalnym zawrocie, i jeśli dzieje się tak w dniu, kiedy sam w sobie nie mam porządku ufności i wiary, i nie dostrzegam w nim tego, co dostrzega Dante, myślę o niebach stworzonych przez człowieka, żeby coś znaczyć, zasugerować, odgrodzić od Boga albo na niego otworzyć, lub, po prostu, zagospodarować tę połać, która chroni od deszczu, dach świątyni, siłą rzeczy odsyłający do dachu świata. A kiedy myślę o niebie, które w dantejskim pędzie wysysa nas z ziemi, zaraz przychodzi mi do głowy chwała Bożej Opatrzności w Pałacu Barberinich, na fresku Pietra da Cortona, ale dzisiaj nie o niej.
Na rzymskie kopuły już patrzyliśmy, Wędrowcze, nie raz, z zewnątrz. Teraz popatrzmy przez chwilę na ich podszewkę, drugą stronę, odwróconą od Bożego oka, za to mówiącą o Bogu ludziom w jego imieniu, ideowo albo intymnie, zależy od fundatora, architektów i malarzy.
Najbardziej niezwykłym nieboskłonem odwróconym od nieba jest chyba niebo Panteonu, z harmonią pięciu rzędów po dwadzieścia osiem kasetonów, im wyżej tym mniejszych, i dziurą na prawie 9 metrów średnicy. Ten kopczyk, który, gdy spojrzeć na niego od zewnątrz, z Gianicolo czy z Awentynu, wygląda na spodek czy placek, od środka jest najdoskonalszą chyba soczewką ustawioną człowiekowi przez budowniczych, wyznaczoną na granicę pomiędzy światem tym a tamtym, pomiędzy czaszą nieba widzialnego, a dalszego, którego jasność i mrok zatapiają się w błękicie.
Polecam Ci wszak, mój Wędrowcze, przejść się kiedyś po Rzymie z głową zadartą do góry nie tylko kiedy jesteś pod niebem gołym, lecz i wtedy, gdy ogarnia cię chłód kościoła. Czasami, nawet często, jak uprzedzałem na początku "Rzymskiej komedii", przynosi to rozczarowanie - kiedy w czyściutko rozpisanej bazylice sprzed blisko dwóch tysięcy lat przygniata cię ociekający złotem strop. Zawód nie spotka Cię tam, gdzie twórcy założyli, że wnętrze kopuły ma być szkłem powiększającym dla niewidocznej gołym okiem adoracji Chrystusa, która codziennie rozgrywa się w Raju. Jak w kościele il Gesu, na porywającej hosannie Baciccia. Jak w ogromnym, odwróconym żłobieniu dłoni w Sant' Andrea della Valle, na którym triumf Raju wymalował Lanfranco. Jak w Sant'Agnese in Agone - wszędzie zrąb nieba, i dusze kłębiące się w kolejce do chwały. Lub tam, gdzie artyści przenieśli niebo środkami czystej harmonii, jak Rafael w kaplicy Chigich w Santa Maria del Popolo. Albo wewnętrznej proporcji, przeczącej proporcjom geometrii, jak Borromini w Sant'Ivo della Sapienza.
Jak wielkie jest pragnienie kopuły nad sobą, czyli nieba nawet w zamknięciu, pokazuje kościół świętego Ignacego, gdzie kopuły nie ma, ale ją wyczarowano. Kiedy wejdziesz do środka, idź przed siebie aż do gwiazdy na podłodze i spójrz na sufit, gdzie nawa główna krzyżuje się z transeptem. Zobaczysz czaszę oświetloną przez wlot na szczycie, podzieloną na sześć cząstek, wyłożonych kasetonami. Podejdź bliżej, i kiedy wreszcie staniesz pod tą zwykłą, trochę mroczną kopułą, przekonasz się, że to tylko efekt iluzji, że cała ta udawana kopuła wygląda jak balon z przekręconym wentylem... Tak, wielka jest potrzeba kopuły nad sobą. W tym samym kościele świętego Ignacego jest prawdziwa kopuła świętego Ludwika Gonzagi, świętego Józefa. Każdy ma swoją kopułę. Każdy święty i każdy z nas. I kiedy tak już pochodzisz z wzrokiem wbitym w kopuły, ulegniesz może wrażeniu, któremu i ja uległem, że gdziekolwiek jesteśmy, nad naszą głową rozpościera się niewidzialna czasza. Przezroczysty baldachim. Anioł Stróż pod postacią architektonicznej formy, której nie ma, bo ją wzniesiono z czystego skrawka nieba, które jest z tego właśnie, co tu nie istnieje, choć bardzo byśmy chcieli, by było.