W XXV pieśni Raju mówi się o nadziei, i Dante owszem, próbuje się na niej skupić, lecz jego wzrok wyczulony jest na coś, co nazwałbym czułą uprzejmością, a nawet uprzejmością braterską. Albo przyjacielską czułością. Poeta rejestruje trzy momenty tej elegancji ducha, dwa z życia, którego jest właśnie świadkiem, jeden ze słów Ewangelii. O spotkaniu świętego Piotra ze świętym Jakubem pisze (słowami Porębowicza):
Jako to gołąb do gołębia zlata,
Puszy się, grucha, kroczy dookoła
I pieszczotliwie skrzydła z nim zaplata,
Tak tu apostoł witał apostoła,
Jeden drugiemu miłość niosąc w darze...
Pojawienie się Jana Ewangelisty, który jest bratem Jakuba, porównuje do tanecznicy, a w przekładzie Agnieszki Kuciak fragment ten brzmi następująco:
Jak na weselu lekki i nieśmiały
tańczy swój taniec dziewczę, dla radości
i panny młodej, nie dla próżnej chwały,
tak jasny blask jakiegoś jegomości
biegł do dwóch innych...
A o tym, że chodzi o Jana, wiemy od Beatrycze, która tak oto (wciąż polszczyzną Agnieszki Kuciak) wspomina słynny gest apostoła:
"To jest ów uczeń, który - powiedziała -
na pelikana piersi legł naszego..."
Jak wzajemna serdeczność gołębi, jak uprzejmość roztańczonej drużki, jak policzek na martwej piersi ukrzyżowanego Boga, jest czułość, którą wyławia dziś bezbłędnie Dante, i nie znajduję jej znaku w Rzymie, który jest wokół mnie, w codziennym życiu Miasta. Dla kogoś, kto tutaj mieszka codziennie, Rzym, jak go przeklinałem już w Piekle, jest miastem złości, jazgotu, warczenia - na parkingach, w barach, w księgarniach. Owszem, miewam niekiedy poczucie, że otula mnie enklawa delikatności, uprzejmości, lecz po takie chwile nie można pójść do żadnego ze znanych miejsc, żeby ich doświadczyć bez ryzyka, że moment uprzejmości trwa w niej niezakłócony. Po niezawodną trwałość, po raz już który, trzeba uciec do sztuki, a jeśli z trwałością skojarzona ma być właśnie uprzejma czułość, myśli same biegną mi tam, gdzie już byliśmy, Wędrowcze. Do Watykanu. Ale nie do księży i nie do Rzymian. Do florentczyków, do Kaplicy Sykstyńskiej.
To szczegół, pod którego wrażeniem jestem od zawsze, ale pamiętam o nim tylko wtedy, kiedy dopiecze mi Miasto Rzym, ze swoją bezpardonową brutalnością, tak jak w czas suszy pamięta się o soczystych owocach i o deszczu. Nie szukaj go w Sykstynie u Michała Anioła, w Sądzie Ostatecznym - tam już nic nie zależy od człowieka. Stwór dokonał, czego mógł albo chciał dokonać, teraz wrócił do Stwórcy po nagrodę lub karę z aużytek ze swojego stworzenia.
Uprzejmość - ten rys czysto ludzki, który nie ma się nijak do grzechu i cnoty, wymyka się więc zarówno nagrodzie i karze, a cały jego sens spełnia się w naszej nietrwałości, będąc Rajem naszego codziennego życia, chodzenia do pracy, parkowania, życia w rodzinie - jest świadkiem i drugim bohaterem wszystkich scen namalowanych w niskiej warstwie dekoracji przez florentczyków i umbryjczyków, których przywoływaliśmy już w "Rzymskiej" z wdzięcznością.
Cokolwiek dzieje się na dwunastu ocalałych scenach, z których sześć opowiada historie z życia Chrystusa, a drugie sześć z życia Mojżesza, pięknym i zdumiewająco zgodnym zrządzeniem pędzla malarzy wezwanych przez Sykstusa IV i pracujących dla niego w niewyobrażalnej komunie w latach 1480 - 1483, czy jest malarzem Perugino, Botticelli, Ghirlandaio, czy Rosselli, Biagio di Antonio czy Signorelli, czy centralnym tematem jest wędrówka Mojżesza do Egiptu, czy przeprawa przez Morze Czerwone albo scena otrzymania Tablic, scenom, które ustanawiają rytm życia przyszłym pokoleniom, w tym pokoleniu naszemu, przygląda się grupa ludzi w strojach toskańskich dworzan, próbujących zrozmieć sens wydarzeń, wspierających się w rozumowaniu i wyciąganiu wniosków, w dodatku życzliwych dla siebie nawzajem, nie wchodzących współgapiom na linię wzroku, ważących patos, z jakim krzyżuje się etos, nie uprzedzających rozumienia kwaśną miną niedowierzania.
Czy w centrum przedstawień jest kuszenie Jezusa, czy powołanie świętych Andrzeja i Piotra, czy kazanie na górze, skupienie i duchowość obserwatorów wspierają rzeczywistość, omiatają jej drogę z oporów zrządzeń ilosów, jak krzątanina asystentów w curlingu rozgrzewa lodową drogę krążka do celu. Nawet ci, którzy przypadkiem znaleźli się w wieczrniku, błogosławią przepowiedni o zdradzie Judasza. Ten duch, rozświetlający ogrody medycejskiej akademii platońskiej, przeniknie po trzydziestu latach debatę filozofów namalowaną w Stanza della Segnatura przez wezwanego z Florencji, już przez Juliusza II, Rafaela, nazywaną Szkołą Ateńską. Choć niektórym filozofom Rafaela wyrywa się lub narzuca poetyka sporu, widać, że rozumują w jednym kierunku zasady i prawdy.
Tak, w takim Rzymie jaki sprezentowała nam w Watykanie florencka uprzejmość, żyłoby się lepiej niż w tym cudnym, potwornym z wielu względów tworze poruszanym prawami Królowej Śniegu.