http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Rzymska Komedia, Raj, Pieśń XXIV

Jarosław Mikołajewski
2011-01-07, ostatnia aktualizacja 2011-01-07 17:30

Credo in unum Deum

Plac Hiszpański i Trinita dei Monti
Fot. Waldemar Gorlewski / Agencja Gazeta
Plac Hiszpański i Trinita dei Monti
Bazylika San Lorenzo in Lucina
Fot. Waldemar Gorlewski / Agencja Gazeta
Bazylika San Lorenzo in Lucina
Schody Hiszpański i Trinita dei Monti
Fot. Waldemar Gorlewski / Agencja Gazeta
Schody Hiszpański i Trinita dei Monti
Kościół Santa Trinita dei Pellegrini  obraz Trójcy Przenajświętszej Guida Reniego
Fot. Jarosław Mikołajewski
Kościół Santa Trinita dei Pellegrini obraz Trójcy Przenajświętszej Guida...
RAPORTY
Pieśń XXIV Raju można nazwać krótko egzaminem z wiary. Piotr święty z kluczami jest egzaminatorem, zdającym jest Dante, a odpowiedź, która ostatecznie sprawi, że prymus dostanie summa cum laude, brzmi w polskiej wersji Porębowicza pięknie i następująco:

Wierzę w jednego Boga, który żywie
Wiecznie i wzrusza świat, sam niewzruszony,
Budzący miłość, gdy tchnie miłościwie.

Nie przyrodzony, nie nadprzyrodzony
Dowód sam skłania me wierzące chęci,
Lecz i ta prawda, którą był natchniony

Mojżesz, Psalmista i prorocy święci,
I Ewangelia, ty, druhowie twoi -
Pisarze Ducha żarem owionięci.

Więc w Trójcę osób wierzę, co się troi,
Wiecznie zostając jedną w swoim składzie,
Tak że jej "są", "jest" zarówno przystoi...


Pewnie, że pierwsze skojarzenie z Bogiem w Trójcy Jedynym prowadzi w Rzymie do Trójcy na Wzgórzach, czyli do kościoła Trinita dei Monti, od którego rozchodzą się trzy spektakularne drogi: Schody Hiszpańskie na wprost, czyli w dół, via Sistina w lewo, zatapiająca się ruchem węża aż za Kwirynał, i viale della Trinita po prawej, obrębiająca Villa Medici i Villa Borghese. Są w nim świetne freski Danele da Volterra i inne rzeczy, które warto lub należy zobaczyć, lecz w tym wielkim urodzinowym kandelabrze postawionym nad salonem Rzymu brakuje tego, co w przytoczonym dantejskim fragmencie najważniejsze, formuły otwarcia: Credo. W połączeniu z treścią, która ją wypełnia, znajdziemy ją gdzie indziej, w innym kościele pod wezwaniem Trójcy, Santa Trinita dei Pellegrini.

Znajduje się on w miejscu nie tyle trudno dostępnym, co łatwym do pominięcia, choć jest w samym sercu starego Rzymu. Na przedłużeniu Ponte Sisto, przy ulicy dei Pettinari, nieopodal do via Giulia, pomiędzy Tybrem a Corso Vittorio Emanuele. W dzielnicy tak autentycznej, że nie musi się narzucać niczyjemu wzrokowi żadnym spiętrzeniem. Dlatego pewnie wędrowiec niczego się tam nie spodziewa, ot, jakichś szesnasto- czy siedemnastowiecznych kościołów pod wezwaniem Salvatore czy san Paolo in Regola, z freskami pomniejszych artystów rzędu Ricciego, malarza nie mającego chyba do dziś swojej monografii, która pokazywałaby, jak zagospodarowywał wydzielane mu najtrudniejsze działki w obramowaniach kaplic, gdzie musiał wściubić możliwie najwięcej postaci. A przecież dużo dzieje się w tej dzielnicy na obszarze dantejskiego credo, wystarczy wejść w nią w dniu takim jak dzisiaj, kiedy jest niedziela, żeby zobaczyć, że w rytuałach, a także w przepływie osób przez via dei Pettinari kryje się niepokój, kto wie, czy nie rewolucyjny.

Kościół Santa Trinita dei Pellegrini stoi na ładnym placyku obok hospicjum, w którym umarł między innymi Mameli, autor włoskiego hymnu. Z kościoła widać tablicę, jakich zresztą jest w Rzymie wiele, która uprasza obywateli, by nie zostawiali na ulicy odchodów i martwych psów. Przy wejściu do świątyni, na brudnobrązowym tle barokowej fasady wisi plansza, dostojnie czarna niczym klepsydra, z informacją, że odprawia się tutaj msze według Rito Romano Antico, czyli w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego, w formie dawnej. Jestem przed czasem, przez 10:30, więc mogę rozejrzeć się po kościele. Rzeczywiście, i tutaj są słabo widoczne freski Ricciego u wejścia do kaplic bocznych, lecz od samego progu widać, że program Santa Trinita mieści się w obrazie głównym - w Trójcy Przenajświętszej Guida Reniego.

Reni, jak już wspominałem nie zważając, że nikogo to raczej nie obchodzi, nie jest moim ulubionym malarzem. Lecz tutaj bardziej niż gdziekolwiek indziej zdaję sobie sprawę, że winę za moje dotychczasowe niezadowolenie ponosi zła perspektywa. Reniego nie powinno oglądać się z bliska, a tak najczęściej na niego patrzyłem, wyprowadzonego na rozmaite wystawy z kościołów. Bo jego siłą jest znak, który rysują elementy kompozycji, kiedy obserwuje się ją z oddalenia. Najlepiej patrzeć na jego krzyż w San Lorenzo in Lucina, i właśnie w kościele Trójcy, w który ten krzyż jest wpisany.

To jedna z nielicznych interpretacji motywu, na które mogę patrzeć z zainteresowaniem mając w pamięci niezrównanego Masaccia we florenckiej Santa Maria Novella. Siłą Trójcy Masaccia jest czysty rysunek zasmuconych postaci, wpisany w geometryczną doskonałość architektonicznej perspektywy, teologiczne i uczuciowe braterstwo ojcowskiej piety. Reni otwiera w mrocznym kościele niszę nieba, w której bez zbytecznych skłębień objawia się Bóg ze swoim dramatem. Wśród niezrozumiałych spraw i słów objawia się, żeby powiedzieć "patrzcie, co dla was zrobiłem", i własnoręcznie poddaje naszemu zagubieniu gotowy sens, przeznaczenie i wybór, ukrzyżowanego syna.

W absydzie, nad obrazem, otwiera się napis DEO TRINO UNI, i znaki alfa i omega. Trójca wpisana jest też znacząco w sam transept. Na szczycie wyniesionej nad czaszę kopuły wieżyczki objawia się Bóg z uniesioną ręką (i tego Boga namalował Reni). Duchem jest światło. Krzyżem jest transept, skrzyżowanie naw. W prawym ramieniu jest napis Credo. Deo Trino Uni powtarza się w kilu miejscach kościoła, w skrócie DTU, gdzie T pokrywa się z R. Lecz zaraz zacznie się msza, zwana solenną, wyznaczona na 10:30. Już schodzą się wierni.

Każde nabożeństwo ma swoją zwyczajową społeczność, będącą wypadkową przekroju społecznego parafii i osobistych wyborów pory dnia. Ta msza też ma swoją, ale nieprzypadkową i niestatystyczną, poddaną zupełnie własnym kryteriom. Kościół Trinita dei Pellegrini jest siedzibą parafii osobistej, co jest dla mnie pojęciem nowym, lecz na stronie internetowej kościoła czytam, o co chodzi. Do parafii tradycyjnej przynależy się przez miejsce zamieszkania, do parafii osobistej - z prywatnego, zadeklarowanego wyboru. Wydaje się, że dla ludzi, którzy są tutaj teraz w tej chwili, owym kryterium jest pragnienie uczestnictwa w mszy we wspomnianej nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego. Ryt wprowadzono do tego kościoła w 2008 roku, jak czytam na życzenie samego papieża, który zresztą chce, żeby unikać mówienia o rytach. Bo nie ma dwóch rytów. Są dwie wersje, czy dwie formy tego samego rytu katolickiego Kościoła.

Rozglądam się po ławkach, w których siedzi więcej osób, niż na zwykłym, posoborowym nabożeństwie. Kościół wypełniają w połowie młodzi księża, jakby bardziej zadbani niż przeciętni, bardziej wystylizowani. Jest dwudziestka osób mówiących między sobą po angielsku. Jest nieco osób ubranych ze staromodną elegancją, zdradzającą przynależność do arystokracji. Ale sza!, bo słychać już Asperges me Domine hysopo et mundabor. Wchodzi kapłan podtrzymywany przez diakona i subdiakona, idzie pod ołtarz, potem wchodzi pomiędzy rzędy ławek i skrapia wiernych wodą święconą. Jego twarz przypomina Piusa XII, na głowie ma czarny biret. Skrapia też mnie, który do aspersji nie mam chyba prawa, bo duszą nie uczestniczę w mszy świętej. Ja tu tylko patrzę. Myślami odlatuję na msze mojego dzieciństwa na terenach ojca, w Płońsku, w Sochocinie. Choć urodziłem się w 1960 roku, więc powinienem pamiętać raczej msze posoborowe, przypomina mi się płoński ksiądz dziekan w czarnym birecie, ten sam chłód i zapach zbutwiałej wilgoci, jaki owiewa mnie teraz. I uświadamiam sobie, że, choć płońscy księża odprawiali mszę twarzami do ludzi, co najmniej do początku lat 70., duszą jeszcze byli przy obrządku trydenckim, przynajmniej takie wytwarzali wrażenie. Przełom lat 60. i 70. pamiętam jako czas pogrzebów moich płońskich dziadków i wujków, i kościół przy via dei Pettinari pachnie mi teraz tamtymi egzekwiami, pierwszym kontaktem ze śmiercią.

Wiadomo, że kiedy o czymś się myśli, natychmiast zlatują się sytuacje pokrewne. Tego samego dnia przechodzę dość przypadkowo przed kościółkiem Zwiastowania na bulwarze przy via della Conciliazione. W ślicznym rokokowym wnętrzu, gdzie odkrywam dla siebie Madonnę Antoniazza Romano, trzech nowicjuszy niezidentyfikowanego zakonu modli się stojąc. Nikogo więcej tu nie ma. Wychodząc widzę ogłoszenie, że i tutaj odprawia się msza trydencka. Wieczorem znajomy mówi, że wrócił właśnie z mszy odprawianej według starego rytu jeszcze gdzie indziej. Nagle okazuje się, że mszy trydenckich odprawia się w Rzymie bez liku.

Skąd potrzeba mszy po łacinie, gdzie kapłan jest trochę mniej jednym z nas, a bardziej Bożym rozmówcą? Skąd potrzeba nie tak bezpośredniego kontaktu z Bogiem? Skąd potrzeba księdza w większym majestacie, mniej jowialnego, mniej konfidencjonalnego? Kiedy ksiądz pokazał ludziom swoją twarz, ludzie nieuchronnie ujrzeli w niej rysy Boga. Czy rysy człowieka w ornacie, które nagle tak bardzo się przybliżyły, rozczarowały swoją zwyczajnością, zwykłymi ludzkimi wadami, jak tłuste policzki i piskliwy głos? Czy po epoce wielkiej ekshibicji nadeszła potrzeba ponownego ukrycia? Poczucia niedocieczonej tajemnicy? Czy też, jak w każdej społeczności, jakaś grupa chce się wyróżnić, stanąć na wyższym stopniu duchowej elegancji? A może, tęskniąc za mszą w starym rycie, ktoś tęskni za zmarłym ojcem, równie majestatycznym, dalekim, kryjącym w niezrozumiałym języku niepojęte rzeczy? Kto wie, kto wie. Ja nie wiem.

  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    16 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':