Beatrycze, coraz bardziej świadoma - jak nie raz się przekonaliśmy - własnego piękna, dobrze wie jednak, że sama jest dla Dantego tylko drogą, może zaledwie znakiem drogowym, denerwuje się więc (polszczyzną Porębowicza) na wielbiciela, że patrzy przeważnie na nią, a nie tam, gdzie znalazłby piękno prawdziwe:
Czemu twarz moja tak cię czarem chwyta?
Patrz indziej, gdyżeś u ogrodu proga,
Który w Chrystusa promieniach zakwita.
Tu rośnie Róża, w której Słowo Boga
Ciałem się stało; tu Lilije wonne
Zapachem wiodą, kędy prawa droga... No wreszcie. Jest natura, nie opisana, ledwie przywołana pojęciem, lecz odsyłająca natychmiast tam, gdzie już byliśmy, ale w innych celach - na Awentyn, na jego zbocze, które od Circo Massimo i, dalej, od Palatynu, prowadzi na szczyt, do świętej Sabiny i Kawalerów Maltańskich na placu Piranesiego. I jest tej natury nieoczekiwane objawienie jak niespodzianka tylu miejsc zielonych w Rzymie, za ścianami martwymi od zewnątrz, a pęczniejącymi od soków po drugiej ich stronie, niewidocznej dla nas do chwili, kiedy nieproszeni wetkniemy głowę za furtę. Na przykład tę z paradnie barwnymi szkiełkami, która sąsiaduje z bazyliką Sata Croce in Gerusalemme, i kryje niebywały ogród warzywny klasztoru. Lub za bramę filharmonii na via Flaminia, gdzie pomiędzy murem a krawędzią Villa Borghese otwiera się w małej skali istny Nałęczów - drewniany pawilon i willa, a pośród nich całkiem już nienałęczowski zagajnik bambusów. Lecz wróćmy na Awentyn, skoro Dante mówi o róży.
Nie pamiętam już kto ani gdzie pokazywał mi zamazany rysunek Rosetum z lotu ptaka. Rosetum, czyli
Roseto comunale , czyli miejskiego ogrodu różanego, i pokazując go wmawiał, że wpisany jest w kontur gwiazdy Dawida, co powinienem wszak jasno widzieć i aż dziw, że nie widzę tego, co widać. Ten ktoś nie potrafił ani mnie przekonać, ani wytłumaczyć, z jakiego to niby powodu rosetum miałoby być wpisane w kontur sześcioramiennej gwiazdy, poszedłem więc przekonać się naocznie jak sprawy się mają, a była wtedy pora kwitnienia. Obszedłem kontury ogrodu z zewnątrz i od środka, i nijak w gwiazdę mi się nie układały. Same róże były gwiazdami, i myślałem, patrząc na nie, że sam Rzym jest jak róża, a jego opis jest skubaniem płatków, po którym zostaje coś, co różą było dopóki nie spróbowało się jej opisać, dopóki poddawało się jej elementarnym i prostym zaletom woni, urody i barwy, i tego najbardziej wzniosłego dla róży stanu, kiedy nieznaczne tylko i raczej przeczuwane niż dostrzegane znaki pokazują, że jeszcze dojrzewa, lecz już w punkt przekwitania, że jest jak skóra w chwili pierwszej zmarszczki.
Wracam do rosetum teraz, kiedy jest zima, zimna jak na Rzym, i na tle zielonych trawników i palm nie barwią się róże, za to szarzeją nagie krzaki, mniej ciesząc oko, lecz pozwalając przez swoje ubóstwo dostrzec rysunek ogrodu. Tym razem wypatruję go tylko od zewnątrz, bo ogród jest otwarty jedynie w maju i czerwcu. Podzielony na dwie części, dwa place, dolny i górny, przez krojącą je alejkę via di Valle Murcia, zstępuje z Awentynu na ukos, jak tylko pozwalają jej ulice Clivio dei Publicii i via del Circo Massimo, a przy niej skwer z pomnikiem zakochanego w Mickiewiczu Mazziniego. A wyżej - Akademia Tańca. I wciąż gwiazdy dostrzec nie mogę. Pytam kilku osób, one też nie mają pojęcia o gwieździe. Lecz wiadomość o żydowskim podłożu tego miejsca nie jest chyba niedorzeczna, bo przecież tuż za zakniętą bramą do części dolnej ogrodu widzę marmurowy pień, a na nim hebrajski napis. Co mówi?
Wracam do domu, zaglądam do informatorów, encyklopedii, i czytam w nich sprzeczne historie, które dają się jednak sprowadzić do wspólnej wersji. Od połowy XVII wieku na zboczu Awentynu mieszkała część gminy żydowskiej, która założyła tu cmentarz. W 1934 roku kirkut został przeniesiony na główny cmentarz Rzymu, Campo Verano, i zbocze Awentynu porosły chaszcze, aż do 1950 roku, kiedy epizod historii Awentynu skrzyżował się z epizodem Colle Oppio, czyli podwzgórza Eskwilinu. Z portalu Miasta Rzym dowiaduję się bowiem, że hrabina Mary Gailey Senni założyła w 1932 roku na Monte Oppio rosetum, w którym zainicjowała też konkurs różanych hodowców o Premio Roma dla najpiękniejszej róży. Ogród został zniszczony podczas wojny, i pięć lat po jej zakończeniu przeniesiono go na Awentyn, na obszar starego kirkutu. Z wdzięczności dla gminy żydowskiej, która zgodziła się na ustanowienie nowego rosetum na starym cmentarzu, alejki ogrodu rozrysowano w kształt menory.
Wracam na zbocze Awentynu i tak, jak nic nie układało mi się w gwiazdę Dawida, wszystko teraz układa się w ramiona świecznika. To znaczy - tak łatwo wychwycić rysunek wcale nie jest, zwłaszcza kiedy ogród jest zamknięty, jak teraz, i trzeba mu przyglądać się z zewnątrz. Lecz kiedy już się wie, to się da. W części górnej, patrząc w dół, w kierunku Santa Maria in Cosmedin, trawniki i rabaty ujęte są w rysunek menory, w stylistyce połowy minionego już wieku. W części dolnej, na przedłużeniu środkowego ramienia świecznika, jest owal, w którym dopatrzeć się można płomienia. W górnej części jest kolekcja najciekawszych odmian, jak Rosa Chinensis Mutabilis, która codziennie zmienia barwę, lub Rosa Foetida, która śmierdzi. Część dolna jest aleją gwiazd - rosną w niej laureatki Premio Roma.
Cudnie jest przyjść tutaj wiosną, ale cudnie i zimą, żeby domyślać się całości rysunku z ułamków, zachłysnąć się rozległym widokiem Palatynu za Circo Massimo, kanciastej kopuły synagogi po lewej, wśród kolistych brył katolickich kościołów, zieleni po prawej, pokrywającej Coelium i Termy Karakalli. Modlić się za zmarłych pogrzebanych tutaj, i własnych, pogrzebanych gdzie indziej, i pomyśleć, że na imię Rzymu składa się w trzech czwartych imię róży. Roma - Rosa.