Im wyżej w Raj, tym mniej pejzaży, ulicznych i miejskich. Są wirujące gwiazdy i świetliste duchy, które, owszem, przywodzą na myśl diebelskie koło w lunaparku na EURze i lampki świąteczne nad ulicami, ale o tym pisać się nie chcę. Na szczęście w sukurs przychodzą spotykane przez Dantego postaci. W siódmym niebie - święty Benedykt, który (nie on pierwszy) tak oto (via Porębowicz) narzeka na zepsucie Kościoła, i tak przepowiada jego skutki:
Mury, co niegdyś miały być klasztorem,
Są dziś jaskinią, a kaptury mnisze
Stały się mąki zapleśniałej worem.
W obliczu Boga lichwa się zapisze
Mniej ciężko niźli kościelne bogactwa,
Do których serce zakonników dysze.
Bo ten depozyt to własność biedactwa...
Miejscem, któremu w Rzymie najbliżej do Benedykta, jest maleńki kościółek pod jego wezwaniem, San Benedetto in Piscinula, na Piazza in Piscinula, dokładnie na przedłużeniu Ponte Cestio, mostu łączącego Wyspę Tyberyjską z Zatybrzem. Z placu przed kościołem widać kościół na wyspie i dach synagogi po drugiej stronie rzeki.
Kościółek powstał w miejscu, gdzie stały posiadłości patrycjuszowskiej rodziny Anicjuszów (Anicii), z którymi może był spokrewniony. Zamieszkał tutaj u schyłku V wieku na czas, kiedy brał los we własne ręce, odrzucając karierę prawniczą wybraną mu przez ojca, wybierając dla siebie życie na modlitwie i pracy, w ubóstwie. Niebawem przeniesie się do Subiaco i na górę Cassino, gdzie założy słynne i piękne klasztory, lecz jeszcze jest tam, gdzie i my jesteśmy, i modli się w wąskiej celi, przypominającej przesmyk, korytarz, zaułek na szerokość tęgiego człowieka.
Do celi wchodzi się z kaplicy po lewej stronie od wejścia. W celi jest tablica, która upamiętnia Benedykta, w kaplicy jest wizerunek Madonny, o którym się mówi, że zatopiony w modlitwie Benedykt miał go przed oczami, choć widząc ikonę z bliska trudno mi uwierzyć, że aż tak bardzo jest stara.
W kościółku tym chętnie jednak wierzę w legendy, bo ma coś z chatki z piernika. Na jego wnętrze składają się bajeczne elementy antku i średniowiecza. Śliczna, barwna i teologicznie skomponowana podłoga cosmatesca, czyli ułożona przez rodzinę Cosmatich, jest charakterystyczna dla Rzymu i typowa dla bardzo wielu świątyń, lecz podobno tylko ta, tutaj, przetrwała w nienaruszonej, oryginalnej postaci. Wystarczy się pochylić, żeby zobaczyć liczne pęknięcia na kamykach, poczuć pod palcami ich szorstkość. Na ścianach łatwo wyłowić wysepki ocalałych polichromii z czasów Cavalliniego, sprzed Giotta, z pierwszych dekad drugiej połowy XIII wieku. Wśród nich, po prawej stronie ołtarza, na prostopadłej do absydy ścianie - przecudnej urody święta Anna samotrzeć, czyli święta Anna z córką i wnuczkiem. Anna kładzie Marii długopalce dłonie na skroniach, jak gdyby chciała wymasować z jej głowy ból o przyszłość Jezusa. Madona patrzy na ludzi w kościele, których błogosławi Dzieciątko. W piernikowej aurze pozostają kolumy, niewielkie, na miarę świątyni. Starożytne kolumienki, z pierwszych trzech wieków po Chrystusie.
Człowiek, którego spotykam w pustym kościółku, objaśnia z językowym trudem cudzoziemca, że fresk po prawej stronie to najstarszy wizerunek świętego Benedykta. Wierzyć mu, czy nie wierzyć? Pytam, czy jest zakonnikiem. Zaprzecza, chyba z żalem. Jest Brazylijczykiem, świeckim członkiem wspólnoty Heroldów Ewangelii, założonej w 2001 roku, która opiekuje się kościółkiem świętego Benedykta. Mówi, że człokowie wspólnoty zajmują pomieszczenia wokół kościoła, na górnych piętrach. Pokazuje mi maleńki chór, wysoko na ścianie na wprost ołtarza, i mówi, że za nim są ich mieszkania. Oficjalne szaty Heroldów przypominają habity zakonów rycerskich, ich buty to oficerki, z cholewami do kolan. Ich krzyż o ramionach zwieńczonych lilijką jest czerwony po prawej, biały po lewej stronie.
Plac in Piscinula zawdzięcza nazwę pracującym tu pełną parą w starożytności łaźniom, w tym basenom kąpielowym, na których określenie używano tego zdrobnienia. Plac i uliczki wokół kościoła należą do najpiękniejszych na Zatybrzu i w Rzymie. To stąd pochodzą słynne zdjęcia na pocztówkach, z domami oplecionymi winoroślą. Z placu widać też element kościoła, który wpisuje go na mapę najczulszej pamięci, a także na listę rekordów - najmniejszą w Rzymie dzwonnicę, chyba z barwionego i usianego kandyzowanymi owocami marcepanu. Jest w niej maleńki, stareńki dzwon z 1069 roku. Podobno jedyny, który uniknął skupionej na dzwonach właśnie furii trzydziestotysięcznej armii Roberta Gwiskarda, dokumentnie plądrującej Rzym podczas odsieczy, z jaką przybyła Grzegorzowi VII w 1084 roku.
Maleńki dzwon, małeńki kościół, małe kolumny. Maleńka połać podłogi Cosmatich. Maleńka Maria o migdałowych oczach z maleńkim dzieciątkiem Jezus - bardzo trafnie bezimienny pielgrzym, o którym mówi mi brazylijski herold, nazwał San Benedetto in Piscinula dzieciątkiem kościół. A ja dziś chodzę szlakiem innych dzieciątek kościółków, zaczynając od świętej Barbary od księgarzy, o kilkadziesiąt metrów od Campo de' Fiori. I znajduję w nim nie tylko groby typografów, księgarzy, wydawców, lecz również szopkę będącą kopią placu przed kościółkiem, z księgarnią i księgarzem. Potem jadę do maleńkiego świętego Mikołaja na via dei Prefetti, gdzie Mater Misercordiae poruszyła kiedyś oczami. I dalej.