... Lśniło przede mną z rozwartymi pióry
Piękne zjawisko; zgodą słodkich pieni
Radowały się w nim związane chóry...
Tak (polszczyzną Porębowicza) zaczyna Dante pieśń, gdzie przemawia do niego orzeł, na którego (nie Dantego, lecz orła) jedność składa się wiele dusz świętych, a ja natychmiast upatruję w orle Pana Boga z fresku w kościele pod wezwaniem Świętych Sylwestra i Marcina, i opowiem o nim tym chętniej, że znajduje się w miejscu nie dość znanym i oglądanym, choć ono z wielu względów na to zasługuje.
Kościół, w którym Bóg unosi się i przemiawia niczym dantejski orzeł, znajduje się w dzielnicy Monti, pięć minut lekkim spacerem od bazyliki Santa Maria Maggiore. Monti jest rejonem dziwnego pokręcenia. Pochyły ulic przy równoczesnym ukośnym ich biegu prowadzą nie tam, dokąd iść chciałeś, więc, żeby nie zabłądzić, idę dokładnie tak, jak każe mi mapa, tym bardziej, że leje, kałuże są mi jak fałszywe znaki drogowe, więc ani trochę nie wierzę zmysłowi orientacji (którego wszak, jako się rzekło, nie posiadam za grosz). Ustawiam się plecami do bazyliki, wchodzę w via Merulana, skręcam w drugą w prawo i wychodzę na plac, gdzie zaznaczony jest kościół. Ale kościoła nie ma. A raczej nie ma fasady - na szczęście dostrzegam zewnętrzną stronę absydy, więc idę wzdłuż bocznej ściany jak po nitce, wreszcie wychodzę na kolejny placyk i widzę ładną barokową fasadę z prostopadle ustawionym klasztorem.
Wszedłszy do kościoła, widzę czysty układ bazyliki zamaskowany, jak w tylu miejscach, fałdami baroku, lecz ponad wszystko, od razu, dostrzegam to, co stanowi o jego wyjątkowym pięknie - majaczące na skrajnych ścianach, pomiędzy kolumnami, które rozdzielają nawy, landszafty. Mówię "landszafty", żeby trafić w sedno, od razu wejść Ci do wyobraźni tym zadziwiającym wrażeniem, które stanowi o szczególności świątyni, że oto w miejscu, gdzie zwykliśmy oczekiwać scen z życia świętych, znajdujemy pejzaże. Lecz "landszaft" nie jest tu przecież odpowiednim słowem. Landszafty wisiały nad łóżkami w domu moich dziadków w Płońsku. W bazylice dei Santi Silvestro e Martino ai Monti ściany pokrywają znakomite freski, które należałoby nazwać scenami. Dokładnie - scenami z życia proroka Eliasza, patrona karmelitanów, do których kościół należy od XIII wieku.
I właśnie na jednym z nich toczy się wspomniana rozmowa Pana, który jest jak orzeł, z prorokiem, który jest jak Dante, wprowadzona w Pierwszej Księdze Królewskiej (19; 8-14) następującymi słowami: "... szedł czterdzieści dni i czterdzieści nocy aż do Bożej góry Horeb. Tam wszedł do pewnej groty, gdzie przenocował. Wtedy Pan skierował do niego słowo i przemówił: "Co ty tu robisz, Eliaszu?" A on odpowiedział: "Żarliwością rozpaliłem się o chwałę Pana, Boga Zastępów, gdyż Izraelici opuścili Twoje przymierze, rozwalili Twoje ołtarze i Twoich proroków zabili mieczem. Tak że ja sam tylko zostałem, a oni godzą jeszcze i na moje życie". Wtedy rzekł: "Wyjdź, aby stanąć na górze wobec Pana!" A oto Pan przechodził. Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocąca skały [szła] przed Panem; ale Pan nie był w wichurze. A po wichurze - trzęsienie ziemi: Pan nie był w trzęsieniu ziemi. Po trzęsieniu ziemi powstał ogień: Pan nie był w ogniu. A po tym ogniu - szmer łagodnego powiewu. Kiedy tylko Eliasz go usłyszał, zasłoniwszy twarz płaszczem, wyszedł i stanął przy wejściu do groty. A wtedy rozległ się głos mówiący do niego: "Co ty tu robisz, Eliaszu?""Co ty tu robisz, Eliaszu? Eliasz zaś odpowiedział: Żarliwością rozpaliłem się o chwałę Pana, Boga Zastępów..." (Biblia Tysiąclecia).
Fragment ten, który zawiera w sobie nie mniej poezji Po trzęsieniu ziemi powstał ogień: Pan nie był w ogniu... niż najwybitniejsze tercyny Dantego, jest bardzo rozbudowany, więc możesz sobie wyobrażać, Wędrowcze, że nadużyłem zarówno słowa landszaft, jak pejzaż, a przedstawienie wypełnia mięsista rozmowa Boga i proroka, trud nóg Eliasza, żar jego słów, kumulacja rozczarowań, że nie znalazł Pana w wichurze czy ogniu, a z drugiej strony - Boża perwersja, namiętność do gry w chowanego, której ofiarą stajemy się za każdym razem, kiedy wierzymy, że Go łapiemy za nogi. Otóż nic z tego. Na wspomnianym fresku Pan w szkarłacie wisi nad prorokiem z wyciągniętą ręką jak pierwszy lepszy anioł, a proroka ledwo widać. I tak samo jest na innych freskach w kościele świętych Sylwestra i Marcina na Monti, które owszem, pokazują dające się zidentyfikować epizody ze Starego Testamentu i z karmelitańskiej legendy, lecz od razu widać, że niewiele obchodzą artystę.
Autorem szesnastu z osiemnastu fresków w kościele (także i tego, który dał nam dziś pretekst) jest Gaspard Dughet (1615-1675), szwagier Poussina, przyjaciel Lorraina, co wiele tłumaczy. Sceny zarysowane są tylko po to, by z punktu odebrać zleceniodawcom możliwość zarzutu ideowych niedostatków na rzecz niepochwytnego piekna natury, przewagi portretu wegetacji roślin kosztem wegetacji duszy. Sylwetki, które budują treść wyrażalną wszystkich przedstawień, wypełniają w najlepszym dla siebie przypadku dziesiątą część malowideł. Resztę stanowi tło nieba z rozmaicie skłębionymi chmurami, bliższe lub dalsze skały, potoki, drogi, a przede wszystkim drzewa, krzaki i trawy, rozsadzające od środka ściany, na których zakwitły. I ptaki, konkurujące z zawieszonym na niebie Bogiem. Korony drzew nie są tutaj dla głów potrzebujących schładzającego cienia, lecz głowy są dla drzew. Nie są drogi dla stóp, lecz stopy dla ścieżek.
Jeżeli nie wspominaliśmy dotychczas w Rzymskiej o wokółmiejskiej wsi, otrzymujemy ją teraz w dawce potężnej, stojąc w wewnątrzmiejskiej bazylice. Pisał o kampanii Paweł Muratow (w tłumaczeniu Pawła Hertza): "Prawdziwa dusza Rzymu nie obumrze dopóty, dopóki wokół miasta będzie się rozciągała owa legendarna kraina". Kampania, którą widział Muratow, jest dziś dalekim wspomnieniem. Ta, którą malował Dughet, istnieje tylko na ścianach bazyliki.
Wspominaliśmy o różnych grupach przyjaciół i kolegów po pędzlu, którzy w różnych okresach rodzili się w Rzymie pochodząc z innych miast albo narodów, lub przybywali i zostawali na dłużej, wpisując swój wodny, odmienny znak w niezmienne rzymskie dekoracje. Pamiętając o florentczykach, którzy w XVI wieku pokazali jasną stronę wiary, czy o Holendrach, którzy po Caravaggiu przejęli się jego ciemnością, pamiętajmy też o Francuzach, którzy w połowie XVII wieku chodzili po łąkach pomiędzy Rzymem a Wzgórzami Albańskimi, przenosili je potem ze swojego widzenia na płótno, karton i ścianę. A wśród nich, z największą wdzięcznością, o Gaspardzie Poussinie, zwanym Gaspardem Dughetem. Oby go wspomniał w modlitwie nowy kardynał tytularny bazyliki, Kazimierz Nycz. Za te drzewa, trawy, krzaki i ptaki. Za te nieba i chmury, w których Boga jest tym więcej, im mniej go widać.