W misterne tercyny splata Dante w pieśni szesnastej Raju paradny lament swojego przodka nad upadkiem Florencji, do którego doprowadził jakoby upadek społeczny, polityczna klęska rycerskiej szlachty, a dojście do władzy nuworyszów, zwłaszcza kupców i mieszczan, i wychodzi w tej pieśni z Dantego kawał kabotyna, więc zacytujmy go tylko kilku znaczącymi wyjątkami z tej jeremiady, jak:
Nie trzeba by wam znosić odór chłopa...
albo
Taki florentczyk, co się dziś panoszy...
a zakończmy wreszcie tę żanującą demonstrację wyższości tercyną (w przekładzie Porębowicza):
Stadła małżeńskie źle postanowione -
To zło, skąd czyhana państwa zagłada,
Jak z potraw, gdy są w żołądku skłócone...
Obcą potrawą, złowieszczą i chorobotwórczą, musiały wydać się, i wydały, wielkopańskim Colonnom, Orsinim, Odescalchim, Massimom i czarno-purpurowym książętom Kościoła nowe elity, które nastały po zjednoczeniu państwa włoskiego w 1870 roku, i których symbolem stała się nie tylko wyrwa obok Porta Pia, o czym pisaliśmy, lecz także cała dzielnica Rzymu, która tym bardziej uwierała swoim programem, tak różnym od wszystkiego, co tutaj dotychczas widziano, że wgryzła się bezczelnie pomiędzy najważniejsze ośrodki Rzymu, państwowy i kościelny, z obydwu dobrze widoczna, bezczelna i niepodporządkowana, żyjąca własnym życiem, a przy tym całkiem szczęśliwa.
Prati, bo o tej dzielnicy mowa, dość trudno ominąć kiedy z Piazza del Popolo czy z Placu Hiszpańskiego chce się przejść do Watykanu. Leży na wprost via del Corso, po drugiej stronie Tybru, a most Cavoura na przedłużeniu Schodów Hiszpańskich i via Condotti od razu prowadzi do jej cichego i pracowitego życia. "Prati" oznacza tyle, co łąki, i rzeczywiście, w całej przedzjednoczeniowej historii rozciągały się tutaj pola biegnące od rzeki aż do Monte Mario, z których korzystano tak, jak pozwalała na to pora pokoju czy walki. W czasach wolnych od wojen były miejscem pikników, w dobie najazdów pokrywały je gęsto obozowiska wojsk oblegających Watykan.
Pamiętasz, Wędrowcze, opowieść o neogotyckim kościele, który stanął wokół kaplicy wzniesionej na odnalezionych w ziemi tysiacach kości, i który kryje muzeum dusz czyśćcowych? Otóż nie tylko ten kościół, jeden z nielicznych na tym obszarze (bodaj jedyny katolicki kościół w północnym cieniu Zamku świętego Anioła), lecz i całe Prati usiane są kośćmi - Wizygotów Alaryka, Ostrogotów Teodoryka, Greków Belizariusza, Longobardów Liutprabda, żołnierzy Ottonów, a w 1527 roku łupiących Miasto landsknechtów, w których z niemałą uciechą Benvenuto Cellini celował z dział osadzonych na Zamku świętego Anioła. I oto na kościach antykościelnych wojsk, jak na szkieletach Kościoła pozbawionego silnego państwa, mieszczańscy przybysze z Piemontu, prawdziwi zwycięzcy wojen o zjednoczenie Włoch, narysowali sobie nową dzielnicę.
Jeśli zechcesz wysłuchać mojej przewrotnej wskazówki, i z via del Corso pójdziesz do świętego Piotra tą najbardziej, jak się wydaje, oczywistą drogą, przez Most Cavoura, z punktu odkryjesz krnąbrną, własną naturę Prati, wynaturzoną przeciw naturze Miasta, i własny, niezależny zamysł twórców dzielnicy. Bo oto w tym cudnym Mieście, gdzie każda aleja prowadzi do rzeczy najbardziej istotnych a każdą aleję koronuje najbardziej znacząca budowla, masz centralną dzielnicę, w której zrobiono wszystko, żeby żadna droga nie prowadziła wprost do bazyliki. Most Cavoura zawiedzie Cię na plac Cavoura, z pomnikiem twórcy nowego państwa włoskiego, a dalej, wzdłuż via Crescenzio, na piazza del Risorgimento, pokazując, że od kiedy bersalierzy wdarli się przez Porta Pia do Rzymu, to Risorgimento jest ważniejsze niż graniczący z poświęconym mu placem Watykan. Tak więc jeśli nie chcesz iść - co zrozumiałe, bo nie znajdziesz tu żadnego (prawie) zabytku sprzed Zjednoczenia - na Prati, tylko wprost do świętego Piotra, radzę ci wybrać drogę, której nie zaplanował człowiek, lecz Stwórca - brzegiem Tybru, bulwarem, lewą jego stroną. Po trzech minutach zobaczysz w oddali soczyste, zielono-czerwone Gianicolo, po dalszych trzech Zamek i i fasadę Bazyliki. Jeżeli jednak nie popędza Cię termin wyjazdu i chcesz poznać Miasto, nie tylko jego główne obiekty, spacer po Prati przyniesie Ci garstkę dość niezwykłych wrażeń.
Obejdź dokoła Pałac Blumenstihlów na rogu bulwaru i via Vittoria Colonna i obejrzyj, na nim i na sąsiednich pałacach, znaki, o których niektórzy mówią, że pozostawili piemonccy masoni. Wejdź w via Marianna Dionigi czy Pietro Cavallini i zajrzyj do zwykłych warsztatów rzemieślniczych, do maleńkiej pracowni brodatego ramiarza, czy jeszcze mniejszej pracowni krawieckiej dwóch mrówczo pracowitych siostrzyczek. Zjedz obiad w Piccola Irpinia na via Muzio Clementi, z bufetem doskonale zgryzionych z oliwą warzyw. Na placu Cavoura ugnij się pod cieniem sądu, pod którym złamał się nie tylko niejeden przestępca, lecz również sam jego architekt, który popełnił samobójstwo w chwili, gdy zdał sobie sprawę, że zbyt ciężka bryła osuwa się w grzęzawisko nadtybrzańskiej plaży. I, wciąż na placu, wejdź do kościoła waldensów z cudownymi witrażami Paola Antonia Paschetto, które należą do rzadkich w Rzymie dzieł secesyjnych i w niezwykle pięknej formie zagęszczają znaczenia symboli całego chrześcijaństwa, jak palma, gałązka oliwna, dobry pasterz. Jeszcze bardziej z ideą Włoch zjednoczonych w wolności od Kościoła, królującą na Prati, wiąże świadomość, że to Paschetti wygrał w 1948 roku konkurs na włoskie godło, gwiazdę z kołem zębatym i gałązki oliwy i dębu...
Czy byłeś, Wędrowcze, w Turynie, który w równym stopniu uważa się za miasto całunu, co za miasto szatana? Otóż odnajdziesz na Prati ten sam, co w Turynie, zamysł budowniczych, by kreślić proste, szerokie aleje, z otwartą na kilka kilometrów perspektywą, która, wbrew temu, co Rzym spełnia w całej reszcie swoich alei i ulic, prowadzi na ogół donikąd. Czyli do dalszych alei i ulic, które - dopiero one - dokądś jednak prowadzą.