Wśród wielu pytań, jakie zawsze wstydziliśmy się postawić księdzu na lekcji religii, jest to, które Beatrycze domyśla się, że chciałby postawić i Dante, więc w imieniu poety sama zwraca się do zbawionych z problemem, który tak oto dociera do nas w przekładzie Porębowicza:
Blask, którym wasza substancja zakwita,
Wiecznie-li będzie trwał, czy też docześnie,
Póty aż się wiek wypełni do syta?
A jeśli przetrwa dzień, gdy człowiek wskrześnie,
Jakim sposobem, w ciele cierpiętliwem
Płonąc, nie będzie ócz raził boleśnie?
Czyli, w przekładzie z Boskiego na ludzki, pytanie brzmi: jak wytrzymają oczy zmartwychwstałych blask, który bije od błogosławionych, jeżeli blask ów przetrwa do chwili ich zmartwychwstania i na wieczność? Jak odpowiada Salomon, obdarzony światłem najsilniejszym, to już inna sprawa. My, którzy chodzimy po Rzymie, w pytaniu tym i odpowiedzi (zapewniam, że uspokajającej) znajdziemy raczej zachętę, by zajrzeć do bazyliki Santa Maria in Trastevere, czyli Matki Boskiej na Zatybrzu, gdzie istnieją bodaj najbardziej niezwykłe oczy w Rzymie, przezornie przygotowane do widzenia nieziemskiego blasku.
Należy bazylika na Zatybrzu do najpiękniejszych, najświętszych, najbardziej sugestywnych i wieloznacznych miejsc Rzymu, co łatwo stwierdzić patrząc na nią z placu, wczytując się w tablice lapidarium w krużganku, śledząc zwoje i fugi podłogi ułożonej przez niestrudzonych i obdarzonych niewyczerpaną inwencją powtarzalności Cosmatich, czy w mozaikę Pietra Cavalliniego. Mozaikę, ukończoną w muszli absydy w 1291 roku, Dante mógł widzieć, i kto wie, czy nie było dla niego wówczas prawdą oczywistą, powtarzaną wówczas przez rzymian jako wiedza powszechna, to, co dociera do nas dzisiaj dzięki studiom Ernsta Kitzingera - że mozaika przedstawiająca w górnym porządku Chrystusa i Matkę siedzących na jednym tronie, nawiązuje do procesji, podczas której co rok, w noc święta Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, Chrystusa z bazyliki na Lateranie prowadzono do Matki obecnej w ikonie bazyliki Santa Maria Maggiore.
Jednak nie oczy Madonny z mozaiki głównej ani z przedstawień wziętych z jej życia, rozpiętych na bębnie pod konchą, sprowadziły nas do Santa Maria in Trastevere. Nie ściągnęły nas tutaj nawet półprzymknięte z obłąkanego bólu oczy snycerskiej Madonny Bolesnej. Ani oczy polskiego kardynała i kandydata do papiestwa sprzed 500 lat, Stanisława Hozjusza. Ani nawet szeroko otwarte z łagodności cudne oczy Madonny Łagodnej namalowanej ponad tysiąc lat temu na lnianym płótnie rozciągniętym na cyprysowej desce. Bo oczy, o których pomyślałem natychmiast, kiedy czytałem przytoczony fragment "Boskiej Komedii", oczy tak dziwne, że przewodnicy wstydzą się pisać o nich w książkach, tak sztuczne, jak gdyby ktoś specjalnie i laboratoryjnie wyszykował je na spotkanie z blaskiem zbawionych, należą do płaskiego, nagrobnego kamienia.
Żeby je zobaczyć, należy wejść do bazyliki prawymi drzwiami, minąć sklepik z pamiątkami, stanąć przed pierwszą kaplicą, z obrazem świętej Franciszki Rzymianki, nie zważać na to, że kaplica jest od nawy wiecznie oddzielona zamkniętą kratą, i spojrzeć mocno w prawo. Na czarnym tle, który ma kształt kartusza albo maski Komandora, a przejmującą nicość otchłani, jaką można sobie tylko wyobrazić za ludzką twarzą, jest para oczu. Nic, tylko one. Nad tłem unosi się skrzydlata czaszka w kardynalskim kapeluszu, a pod nią skrzydlata klepsydra, przetaczająca piasek. Cóż o tych oczach wiadomo? Ano nic albo mnie niczego nie udało się znaleźć, prócz informacji, że za maską z czarnego marmuru z oczami z marmurów barwnych jest pochowany kardynał Pietro Francesco Bussi, zmarły w 1765 roku. Kiedy wychylisz się w lewo, stwierdzisz, że na lewej ścianie jest już całkiem zwykły nagrobek innego kardynała z rodziny Bussi, Giovanniego Battisty. I tyle.
Czy jeśli powiem, że oczy te są znakiem życia po śmierci, będzie to miało jakikolwiek sens? Myślę, że znacznie większy sens ma sam widok tych oczu, bez sensu. Z ich widmową pretensją, by coś znaczyć, przenosić, przepuszczać. Z operetkową, naiwną wiarą, że zwiedziony słodkim spojrzeniem ktoś zechce zagłębić się w maskę.