Załamawszy ręce nad papieskim Rzymem, gdzie "Ewangelia i wielcy Doktorzy w pogardzie", wzlatuje Dante, niepostrzeżenie dla siebie samego, z nieba Wenus do nieba Słońca i zdobywa się na taki horyzont widzenia, że wszystko widzi w ogromnej harmonii (wyrażonej tym razem polszczyzną Juliana Korsaka):
Niewysłowiona a pierwsza potęga,
Z miłością w syna swojego patrząca,
Jaka z nich razem wiekuiście dysze,
Takim porządkiem świat stworzony sprzęga,
Gdzie tylko wzrok nasz i nasz umysł sięga,
Że podziwiając takie dzieło Boże,
Człowiek je wielbi i korzy się w pysze.
Wznieś czytelniku ze mną wzrok zdziwiony
Ku wyższym sferom, a spojrzyj od strony
Gdzie prąd przeciwnych ruchów się potrąca...
Podziwia Dante z wysoka rozedrgany wieniec,narysowany przez roztańczone duchy, jaśniejsze od słonecznego światła, które je spowija. Należą one do piewców Ewangelii i Doktorów właśnie: Tomasza z Akwinu, Alberta, Bedy Czcigodnego, Ryszarda od świętego Wiktora...
Powiedzieć, że Miasto jest miejscem kontrastów, znaczy powiedzieć tyle, co nic, bo wszystko jest, i o wszystkim się mówi, że jest pełne sprzeczności, i już przez samo to, że kontrast nie jest czymś, co wyróżnia, lecz czymś, co łączy, czuję się zwolniony z pogłębiania tego problemu tu, gdzie jesteśmy. Zamiast pastwić się nad tym, że coś, co bogate, sąsiaduje z czymś, co biedne, a co nikczemne, z czymś wzniosłym (co najlepiej Breton spiął w klamrę manifestu surrealistów), nacieszmy się, mój Wędrowcze, tym, że jest w Rzymie tak wiele miejsc, z perspektywy których kontrasty stają się całkiem nieznaczne i niewidoczne, a harmonia stapia różnice w rozedraganą różę, radosną girlandę nad Tybrem.
Miejscem, z którego Rzym podaje się najpełniej, a w dodatku w filmowych odsłonach, jest Janikulum - Gianicolo. Przez dramaturgię kolejnych odsłon najlepiej wybrać się na to wzgórze samochodem. Jeśli wjedziesz od Zatybrza, od via Garibaldi, pierwsza znacząca perspektywa otworzy się przed Tobą sprzed kościoła San Pietro in Montorio, i warto może pomyśleć, że od 400 lat ogląda stąd Rzym ukryta gdzieś głowa Beatrice Cenci, i że z tej perspektywy, choć odwróconej, oglądał pożegnalnie Miasto krzyżowany w tym miejscu głową w dół święty Piotr.
Oglądany stąd landszaft wydaje się niezrównany, aż podjedziesz lub podejdziesz dwieście metrów do góry, pod fontannę Paolina, i stamtąd też wyda Ci się on niezrównany, aż podejdziesz lub podjedziesz 500 metrów wyżej, na sam szczyt, pod konny pomnik Garibaldiego, i stamtąd zobaczysz widok niezrównany już całkiem i uprzywilejowany choćby przez to, że wzgórze Janusa znajduje się po drugiej stronie Tybru wobec wzgórz założycielskich, więc widać z niego całą ich siódemkę, od skrajnego na północ Kwirynału po skrajny na południe Awentyn, a przy okazji zobaczyć możesz i rzeczy po tej samej stronie: Monte Mario z białym gniazdem Farnesiny, Zamek Anioła i bazylikę świętego Piotra i, od końskiego zadu, największy park Rzymu, ogród Pamphilj. Zjazd ze szczytu co i raz, spomiędzy platanów, uwalniać będzie intymne klatki ze zdjęciami fragmentów wielkiej panoramy, jaką widziałeś ze szczytu. Jeśli zechcesz zatrzymać klatkę panoramy, jaką w 1787 roku widział Goethe, zaparkuj (łatwo powiedzieć) pomiędzy kościółkiem Sant'Onofrio a szpitalem pediatrycznym pod wezwaniem Dzieciątka Jezus, wejdź na kościelny taras, sąsiadujący przez ścianę z grobowcem wielkiego i nieszczęśliwego Torquata Tassa, usiądź, pij wodę z fontanny i patrz.
W poszukiwaniu innych odsłon widoku, który stapia kontrasty, podjedź do pobliskiego już Watykanu, wejdź na kopułę świętego Piotra i popatrz na Rzym nie przez platany już, lecz przez bramy światła pomiędzy plecami apostołów na fasadzie bazyliki. Jeszcze inny kąt widzenia znajdziesz na Monte Mario, pod obserwatorium. Nie tylko artystyczny i koncentryczny, lecz również metropolitalny, ze stadionem, nowymi zabudowaniami i centrami handlowymi ciągnącymi się w kierunku Pescary, L'Aquili i Florencji.
Rzym siedmiu wzgórz, choć roiłem sobie dawniej, że gubi się w skłębionych chmurach jak Olimp, prezentuje się dziś jak podbrzusze leżącej na grzbiecie Wilczycy, pofałdowana kotlina otoczona koroną wzgórz podłączonych, pokrewnych, które dopiero od niedawna, bo od dziesięciu wieków, pełnoprawnie należą do Miasta. Taki Rzym, bliższy, cieplejszy, bardziej organiczny, idąc szlakiem dokolnym, przeskakując z Monte Mario na drugi brzeg Tybru, zobaczysz z niewielkiego tarasu na Monti Parioli, który dumnie nazywa się Villa Balestra, i z którego widać miejsca, skąd jeszcze przed chwilą patrzyłeś: Janikulum, świętego Piotra, Monte Mario. I Villa Madama, w której nigdy nie byłem i z której nie wiem, jak Rzym scala się w jedno.
Za Villa Balestra łatwo dojdziesz na taras Villi Borghese, na Pincio, z prawie pionowym spojrzeniem na piazza del Popolo i szlak wzdłuż via del Corso. A stamtąd zaledwie o krok czeka balkon pod kościołem Trójcy Przejaświętszej na Wzgórzach, z widokiem na ludzkie mrowie na Schodach Hiszpańskich, a jeśli odwrócisz się o 45 stopni w lewo, z najbardziej zawrotną uliczną perspektywą Rzymu - via Sistina, przy której mieszkali Piranesi, Norwid i Andersen, aż hen, do bazyliki Santa Maria Maggiore.
Potem przejdź na Kwirynał, wejdź pod fasadę Ara Coeli, podjedź na Awentyn...
W większości tych miejsc już byliśmy, mówiliśmy, co widać, a czego nie, co było widać kiedy mówiliśmy, a dziś jest niewidoczne, jak o szpakach, które tylko patrzeć, a znowu przylecą, o Tybrze, który był jasnowłosy i zielony, a w tej chwili jest mlecznobrązowy. Jeśli jesteś tu, Wędrowcze, samochodem, lub masz przyjaciela skłonnego obwieźć Cię autem po Rzymie, poświęć dzień na kurs po koronie Rzymu znaczonej wspomnianymi, lecz przecież nie tylko tymi, miejscami. Harmonizujący sprzeczości widok na Rzym dopada Cię niespodziewanie poza skolaudowanymi miejscami i szlakami, jak mnie ostatnio na tarasie mieszkania senatora Jasia Gawrońskiego, i mówi, myślę, że nieprawdziwie, że to piękna całość, nie brudny szczegół Miasta przetrwa i ocali swój sens.
Lecz gdziekolwiek Cię dorwie, dwie są rzeczy, które nieuchronnie zobaczysz, jak nie zobaczysz ich z dołu, z podbrzusza leżącej na grzbiecie Wilczycy: kopuły i wzgórza. Fałdy Apeninów, o których trafnie pisał Pasolini, że są turkusowe, a ja w to jakoś głupio nie mogłem uwierzyć, są ostateczną scenerią rzymskich widoków. Widać je w oddali zwłaszcza z Janikulum i z Monte Mario. Wzgórza zielone, Janikulum właśnie i Monte Mario, są scenerią najbliższą, często pierwszoplanowymi postaciami, widać z drugiej strony rzeki, i dopiero wtedy, gdy jesteś na Awentynie, rozumiesz, jak możliwe było, o czym słyszałeś, że więźniowie z transteweryńskiego (jak pisał Mickiewicz) więzienia Regina Coeli rozmawiali z żonami, matkami i dziećmi siedzącymi pod kościołem San Pietro in Montorio, bo ich głos przetaczał się bez cenzury po siodle wzgórza, skroś straży, w górę i w dół.
A kopuły... Cóż, uczę się ich od prawie pięciu lat, i zawsze są takie, których nazwać nie umiem. Nie pomylę się co do czworokątnej kopuły synagogi, co do placka Panteonu, wiatrociągu Sant'Ivo, puszki Sant'Andrea della Valle. Zawsze wychwycę wychudłą kopułę San Giovanni dei Fiorentini. Lecz te dwie polewej, tamta po prawej, ta jeszcze inna pomiędzy tymi a tamtą, pozostają wciąż bez imienia, a zagadywani rzymianie raz mówią, że nazywają się tak, innym razem, że całkiem inaczej, i że w ogóle widzą je pierwszy raz w swoim długim życiu.