Pieśń IX Raju zawiera wyjątkowo ostrą krytykę Kościoła, w dodatku niepodważalną, gdyż jej autorem jest ktoś, kto wie, co mówi, bo już martwy jest ciałem, a zbawiony duszą - Folquet z Marsylii, cysters i biskup, plaga i bicz albigensów. A oto, co mówi (korzystając, rzecz jasna, z pośrednictwa Porębowicza):
Więc Ewangelia i wielcy Doktorzy
W pogardzie; górą za to dekretały,
Na których pismak swoje glosy mnoży.
Nimi się para papież, kardynały;
Do Nazaretu ich myśl nie popłynie,
Gdzie archanielskie skrzydła powiewały.
Toteż Watykan i inne świątynie
Rzymu, które się zmieniły w cmentarną
Sadybę Piotra świętego drużynie,
Rychło się z tego nierządku wygarną.
Zważywszy ostatnie słowa Folqueta, dodać zatem należy, z oczywistą ulgą, że co prawda jest źle, ale będzie lepiej.
Żył Dante tą nadzieją, przebraną za przepowiednię, przez całe życie, żyjmy nią i my. Tymczasem przed oczami staje mi, a raczej migoce, obraz, który niedawno wydawał mi się skrajnie apokaliptyczną wizją tego, co Dante ujął tak delikatnie, że delikatniej można by nazwać tylko odejściem od ewangelicznej prostoty, od godności żłóbka w Betlejem i grobu świętego Piotra, czyli pokaz mody kościelnej z "Rzymu" Felliniego, te wszystkie pląsające nowicjuszki i starsze siostry w łopocie kapeluszy, ten kardynał w okularach przeciwsłonecznych, ci podrygujący księża, ten papież w pawim, choć białym ogonie. Lub papież z filmu Zeffirellego o świętym Franciszku, gdy Biedaczyna staje przed nim i wiązką słów wziętych z Ewangelii ściąga go z piedestałów. Lub w filmie Marco Bellocchio "Lekcja religii" instytucje kościelne i zdewociała rodzina bohatera-ateisty, który dowiaduje się, że wszczęty został proces kanonizacyjny jego matki. Albo BógOjciec-reżyser-OrsonWelles z "Twarogu" Pasoliniego, któremu Jezus wymyka się spod kontroli za pośrednictwem aktora, który, zamiast odgrywać śmierć, naprawdę umiera z niestrawności na krzyżu...
Dużo by mówić, dużo by wspominać, lecz może lepiej wymyślać nowe scenariusze, nie gorsze. Na przykład taki: ksiądz z wielkim powołaniem do pracy duszpasterskiej na polskiej wsi zostaje wezwany do pracy w kurii rzymskiej, przyjmuje propozycję, bo jest to kuria papieża Polaka, po dwóch latach zaczyna wstydzić się koloratki, zwłaszcza jadąc na plażę, i lakieruje sobie paznokcie; po śmierci papieża Polaka zostaje odsunięty z kurii i żyje nie wiedząc już, co chciałby i co powinien robić, a jedyne, co wie, to czego nie chce - wrócić na wiejską parafię gdzieś w Polsce.
Lub taki scenariusz: zakonnice dorabiają do kościelnego żołdu robiąc zakupy w watykańskim supermarkecie i odsprzedając towary rzymianom z narzutem w wysokości połowy różnicy pomiędzy ceną w Watykanie a tą w Mieście. Lub inny: księża, zakonnicy, kilkunastu biskupów i kilku kardynałów, przerywają modlitwę bożonarodzeniową, żeby ustawić się w kolejce do fotografii z podstarzałą gwiazdą, kimś w rodzaju Sofii Loren, która niespodziewanie pojawiła się wśród nich na zaproszenie gospodarza...
Najgorsze, że wcale nie trzeba wymyślać, reżyserować, nakręcać. Opowiadają się same.