Zanurzony w miłości Bożej, co i raz wraca Dante myślami do ziemskiej. To ona, prócz pychy, wciąż mu obciąża sumienie. To przed jej wspomnieniem stracił przytomność w Piekle ludzi zmysłowych, w
Pieśni V, na widok i głos Paola i Franceski. To, jak niedobrze ją kochał, że szukał miłości w innych, wyrzuca Beatrycze ukochanemu, kiedy w Czyśćcu przejmuje nad nim opiekę. Ale teraz, kiedy wzlatuje do nieba Wenus, Dante już wie, jaka miłość podoba się Bogu i nie waha się zdystansować do wzorów pogańskiego świata:
Mniemał świat, w zgubnej obłąkany wierze,
Iż piękna Kiprys miłością skalaną
Włada, po trzeciej rozpędzona sferze.
Zatem nie tylko jej samej składano
Korne modlitwy i ofiarne wonie
W owe obłędne człowieczeństwa rano... Nic dziwnego, że (co czytamy w przekładzie Porębowicza) Wenus, utożsamiona z Afrodytą, zrodzona z piany morskiej przy brzegu Cypru, jest tak ważna dla Rzymu - wszak była matką Eneasza i rodu julijskiego. Stylizowana na miarę religijnej, erotycznej i estetycznej wyobraźni, zyskała wielorakie przydomki (Felix, Victrix, Genetrix...), atrybuty i pozy na potrzeby każdej aspiracji. Świadectwem różnorodności dwie rzeźby przechowywane dziś na Kapitolu, wykopane na Eskwilinie i Wiminalu. Pierwsza związuje sobie włosy nieistniejącymi dziś rękami, świadomie i dumnie wygina nagie ciało. Druga, nazywana Kapitolińską, zasłania wstydliwie piersi i płeć, kuli się jak skromna matka zaskoczona podczas toalety przez dzieci. Lecz dla mnie najpiękniejsza jest Wenus z Palazzo Altemps, w którym, Wędrowcze,
byliśmy już, jeśli pamiętasz.
Wenus z Palazzo Altemps zwraca uwagę tak, jak Pieta Michała Anioła ściąga wzrok w bazylice świętego Piotra. Jak przyciąga oczy po koncercie pianista, który wchodzi do sali pełnej koktajlowych gości - odwracasz się nie wiadomo dlaczego i patrzysz już tylko na niego. Kamień, na którym znajduje się ta płaskorzeźba, mający niespełna metr wysokości, nazywany jest Tronem Ludovisich, ponieważ został znaleziony, w 1887 roku, w ogrodach rodu Ludovisich i, jak się dopuszcza bardziej niż przypuszcza (do przypuszczeń przesłanek jest za mało), jest podstawą tronu, na której mogła siedzieć inna, większa Wenus-Afrodyta.
Bohaterką przedstawienia jest dziewczyna, której nagość, od talii w górę, prześwituje spod przyklejonego do niej wodą chitonu. Wspina się z wody do życia. Ma dziewczęce, rozkołysane na boki piersi. Wschodząc - do życia, do kobiecości, do przeznaczenia, do nas - korzysta z pomocy dwóch panien, w której widzi się Hory/Horoj. Te cudne greckie i rzymskie panny, które zapewniają światu ład, przemienność pór roku, wschody i zachody, zaludniają wyobraźnię antyku. Podają się oczom jako statystki, choć warto pomyśleć o nich jako o fałdach boskiego porządku, regularności. Podają ręce młodej bogince, a ona szuka w ich twarzy zapewnienia, że warto wynurzyć się z wody. Ich zapewnienie tkwi dla nas w napięciu ciała, w determinacji, z jaką wyciągają dziewczynę. Ich głowy odłupał czas albo człowiek, nie wiemy, jaką emocję dziewczyna wyczytała z twarzy. Sens ich odpowiedzi, jej życia, czytamy ze szczytów tronu, których płaszczyzny wyznaczają granice kobiecego życia. Tajemniczo, domyślnie i pięknie. Po lewej stronie naga dziewczyna, lewym profilem do nas, siedzi z założonymi nogami, i gra na dwoistym flecie. Po prawej dziewczyna, prawym profilem, pewnie ta sama, siedzi owinięta w szaty matrony albo kapłanki, i wrzuca ziarna do kadzidła. Rodząca się Wenus ma wybór, być jedną lub drugą. Albo nie ma wyboru i musi być obiema.
Piękno posągów na Kapitolu trafiają w nas inaczej niż Wenus z Palazzo Altemps, która podoba nam się tak, jak chcielibyśmy, żeby mówiła do nas sztuka naszego czasu. Na dziewczynę wyciąganą z wody przez Hory patrzymy bez tej zabawnej soczewki, jaką ustawia nam przed oczami świadomość odległej epoki, przez którą często mówimy sobie, że coś jest piękne, ale pięknem nie naszego już czasu. W stronę sztuki znaku pozbawionego czasu, prowadzi swoje malarstwo Jerzy Nowosielski, którego wiele portretów kobiecych mogłoby być migawkami Wenus przychodzącej na świat. Czy warto mówić, że co jakiś czas ktoś, nie dowierzając antycznej świeżości dziewczyny, wysuwa podejrzenie, że Wenus z Tronu Ludovisich jest młoda, bo jest falsyfikatem z końca XVIII wieku? Chyba warto, a jeśli tak jest, byłby domniemamy fałszerz może kimś, kto chce wrócić do źródeł przeżyć i przesłań, godności alegorii, i tylko w mistyfikacji widzi szansę na uwolnienie jej od archaiczności.
Ja, dla sprawiedliwości wobec świata, który oglądam i opisuję, muszę natomiast wyznać, że oglądając kilka lat temu pocztówkę z dziewczyną z Palazzo Altemps, uznałem ją za jedną z postaci najczystszych i przeciwstawiłem ją własnemu brudowi, jej narodziny swojemu zmierzchaniu, w wierszu, który się kończył słowami:
wenus była z piany
gęsta piana jest ze mnie
spłukując
stałem w wannie nad pianą
nabrała wreszcie wody i pękła
a wtedy zobaczyłem że stoję nad sobą
uciekając do rury wielkie oczy robiła
wydzierała usta
odpłynąć nie chciała
płynny mój szkielet był u stóp moich