http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Rzymska Komedia, Raj, Pieśń VII

Jarosław Mikołajewski
2010-08-27, ostatnia aktualizacja 2010-08-27 18:32

Pocałunek gwoździem

Rzym, Święte schody
Fot. Waldemar Gorlewski / Agencja Gazeta
Rzym, Święte schody
Rzym, Święte schody
Fot. Waldemar Gorlewski / Agencja Gazeta
Rzym, Święte schody
Rzym, Bazylika św. Krzyża w Jerozolimie (Santa Croce in Gerusaleme)
Fot. Waldemar Gorlewski / Agencja Gazeta
Rzym, Bazylika św. Krzyża w Jerozolimie (Santa Croce in Gerusaleme)
Bazylika Santa Maria Maggiore, urna z pozostałościami kołyski betlejemskiej
Fot. Waldemar Gorlewski / Agencja Gazeta
Bazylika Santa Maria Maggiore, urna z pozostałościami kołyski betlejemskiej
RAPORTY
Zagadnieniem centralnym siódmej pieśni "Raju" (w której znów bardziej słychać niż widać) jest sens męki Chrystusa. Postawiony przed problemem krzyża wiersz Dantego staje się najbardziej dramatyczny w chwili, gdy (za pośrednictwem Porębowicza) dotyka jego paradoksu:

... na krzyżu skon Chrysta katuszny,

Jeśli się zważy naturę przybraną,

Był ponad wszystkie godziwy i słuszny.



Ale też większej krzywdy nie widziano,

Zważywszy godność cierpiącej Osoby,

Która człowiecze wzięła na się miano.


Krzyżowi i wyjaśnieniom, dlaczego aż śmierci, i to aż takiej, było potrzeba, poświęcają tu Dante i jego święci rozmówcy znacznie więcej obserwacji - także takich, które brzmią dziś bulwersująco - ale nie będę udawał, że akurat w tym miejscu zamierzam się nad tym zastanawiać. Krzyż jest kolejnym pretekstem do wędrówki po Rzymie, pozbawionej dziś jasnego porządku, bo krzyż, jak łatwo się pewnie domyślać, jest tutaj wszędzie, i wcale nie wiadomo, który z nich jest tym pierwszym, nadrzędnym.

Krzyż tkwi pomiędzy rogami jelenia na kościele świętego Eustachego, na wprost którego pije się kawę z filiżanek z rysunkiem jelenia i krzyża. W orszaki krzyży układają się piony cyprysów i poziome korony pinii. Bramante wzniósł swoją maleńką świątynię na Gianicolo, wokół miejsca, gdzie wierzył, że ukrzyżowano świętego Piotra. W Wielki Piątek swojego życia Jan Paweł II na oczach świata rozmawiał z krzyżem. Bezmyślni antyczni sztubacy narysowali na Palatynie przybitego do krzyża osła. Curzio Malaparte widział ukrzyżowanego Jezusa we własnym psie, złapanym i rozpiętym na chirurgicznym stole dla eksperymentu. Tysiące krzyży kreślonych prawą dłonią zawisa w powietrzu jak stada baniek mydlanych za każdym przejazdem papieża...

Niecelowe jest tropienie znaku krzyża w Rzymie, bo w krzyż składa się wszystko, przy czym nie ulegam tu wrażeniu, że po krzyż sięga się jak po atrybut konieczny do określenia własnej tożsamości. Krzyż rzymski wyrasta naturalnie z ziemi czy dachu, zdradzając tożsamość genetyczną, nie deklarowaną, jak ostatnie słowo odwiecznego prawa natury, znak krwi, z której wyrasta bardziej niż z architektury czy wizerunku, na którym ostatecznie zakwita. Odwołując się do motywów, które już omawialiśmy na marginesie pieśni poprzednich, rzekłbym tak, że Miasto nosi w sobie krzyż nieuchronnie, antropologicznie, jak ludzka twarz ma wpisany w rysunek oczu i brwi słowo OMO - człowiek. Gdzie indziej, u nas na przykład, wygląda mi na to, że wciąż za mało nosimy go w kręgosłupie, mamy bowiem natrętną potrzebę dopowiadania, powtarzania, jak gdyby nie wystarczyło rozłożyć rąk, bezradnie czy ufnie, żeby stwierdzić, jak bardzo wisimy na krzyżu.

***

Jest Rzym, o czym przekonujemy się co krok, miejscem wyjątkowo przywiązanym do organicznych pamiątek o zmarłych. Wizerunek świętego to jedno, lecz jego palec czy głowa, to coś znacznie ważniejszego. Dotyczy to również pamiątek po Chrystusie i, choć często wątpi się w ich autentyzm, czci się tu (choć nie przesadnie) odcisk stóp Jezusa, których kopia jest w kościółku Quo Vadis, a rzekomy oryginał w pobliskim kościele świętego Sebastiana. Czciło się w Rzymie (choć bywało to zakazane) święty obrzezek Jezusa, zanim ukradł go z Sancta Sanctorum jeden z landsknechtów łupiących Rzym w 1527 roku i przeniósł do pobliskiej Calcaty, z której został skradziony niespełna 30 lat temu i wywieziony Bóg może wie gdzie.

Wciąż wielbi się krew Chrystusa na świętych schodach i żłóbek Jezusa w tym Drugim Betlejem, jakim jest bazylika Santa Maria Maggiore. Relikwiom krzyża natomiast oddaje się hołd w bazylice Santa Croce in Gerusalemme, czyli Świętego Krzyża w Jerozolimie. "W Jerozolimie", nie "z Jerozolimy", ponieważ święta Helena, matka cesarza Konstantyna, razem z relikwią przywiozła i rozsypała w miejscu, gdzie jest teraz jej kaplica, również ziemię Jerozolimy, przez co Jerozolimą jest również ten właśnie płachetek Rzymu. W tej samej kaplicy, wpuszczonej w ziemię, były strzeżone wspomniane relikwie, lecz przeniesiono je na górę z obawy przed niszczącą wilgocią.

Byłem, rzecz jasna, w kaplicy z relikwiami. Dochodzi się do niej schodami, odmierzanymi przez stacje drogi krzyżowej, by znaleźć w klimatyzowanej gablocie sześć szklanych relikwiarzy z tak szacownymi pamiątkami jak gwóźdź ukrzyżowania, fragment Prawdziwego Krzyża, kolec z korony cierniowej, tabliczka z szyldem podyktowanym przez Piłata po hebrajsku, grecku i łacinie, ziarna grobu świętego, groty narodzenia i kolumny biczowania, drzazga z krzyża, na którym nawrócił się dobry łotr. Odnalezienie krzyża, do którego doszło podczas pielgrzymki świętej Heleny śladami Chrystusa w roku 326, zostało zapisane w "Historii Kościoła" przez Sokratesa Scholastyka (urodził się w 380 roku, nie był więc świadkiem, lecz dziejopisem), i tak oto brzmi po polsku:

***

Kiedy więc kazała usunąć posąg bóstwa (w pogańskiej świątyni wzniesionej na świętym grobie, przyp. JM), wybrać ziemię z tego miejsca i oczyścić je z nawarstwień, znajduje trzy krzyże w grobie: jeden najświętszy, na którym rozpięto kiedyś Chrystusa, dwa inne natomiast - na których zmarli ukrzyżowani z nim łotrowie. Równocześnie znaleziono także tabliczkę Piłata, na której obwieścił on w różnych językach i za pośrednictwem różnych alfabetów, że ukrzyżowany Chrystus był królem żydowskim. A ponieważ nie było pewności co do tego, który ze znalezionych krzyży jest poszukiwanym Krzyżem, nie byle jakie zmartwienie przeżywała matka cesarza. Wkrótce jednak usuwa powody smutku biskup Jerozolimy, noszący imię Makary. Rozprasza on wątpliwości, idąc za światłem wiary. Prosi bowiem Boga o znak i otrzymuje go. A znak ten był taki: pewna kobieta, jedna z mieszczanek Konstantynopola, od dawna ciężką złożona chorobą, bliska już była śmierci. Rozkazał tedy biskup, by do łoża umierającej przyniesiono kolejno każdy z trzech krzyży: wierzył on niezłomnie, że kobieta wyzdrowieje, jeśli dotknie świętego Krzyża. I nie zawiódł się w swej nadziei. Kiedy bowiem przynoszono jeden po drugim krzyże, nie będące drzewem Męki Pańskiej, kobieta w dalszym ciągu bliska była śmierci, tak jak i poprzednio. Skoro jednak wniesiono trzeci krzyż, ten prawdziwy, umierająca natychmiast nabrała sił i całkowicie wróciła do zdrowia. W ten sposób odnalezione zostało drzewo Krzyża Świętego (tłum. S. Kazikowski).

***

Taki jest opis odnalezienia (inventio), taki też początek prawdy czy legendy o Prawdziwym Krzyżu, a rzecz została, razem z innymi historiami, zilustrowana przez znanego nam już Antoniazzo Romano w konchy apsydy bazyliki. Część relikwii Helena przekazała do sanktuarium Grobu Świętego w Jerozolimie, drugą do Konstantynopola, trzecią przywiozła do Rzymu. Położona o kilometr od Lateranu, bazylika stała się z czasem jedną z siedmiu świątyń, które pielgrzymi mieli ambicję obejść w jeden dzień. Do bazyliki papież z procesją hierarchów i wiernych chodzili z Lateranu boso.

Z czasem w rzymskiej Jerozolimie relikwii przybyło, skarbiec wzbogacono między innymi o palec niewiernego Tomasza, który za drogą pamiątkę może uznać każdy, kto z niedowierzaniem ogląda święte przedmioty świadom, że z drzazg krzyża, które na świecie uchodzą za prawdziwe, postawiono by dzisiaj las.

Nie wiedząc, w co już wierzyć, w co nie, siadam na ławeczce i przyglądam się ludziom, ciekawy w co nie wierzą, w co tak. Palec Tomasza budzi konsternację, raz nabożną, raz nie. Pozostałe relikwie każą mrużyć oczy, zresztą nadaremno - trudno w relikwiarzach wyłowić wzrokiem włókna cierni, grobowych kamieni czy krzyży. Na dłużej, wszystkich bez wyjątku, zatrzymuje przed gablotą gwóźdź.

Chciałbym napisać przed tym gwoździem zdanie tak efektowne, jak Herbert przed freskiem Giotta w kaplicy Scrovegnich w Padwie: "W pocałunku Judasza tkwi żądło zdrady" (cytuję z pamięci). Czuję, że zdanie o gwoździu powinno mieć równą moc, lecz nie mogę go znaleźć. Może dlatego, że, jeśli mu się przyjrzeć, gwóźdź, którym przebito Jezusa, ma ścięty czubek i nie przypomina żądła. Raczej młotek, płaską część, która tłukła w grzybek na jego trzonie, zaokrąglony i łagodny jak w zabawce. Albo dlatego, że, inaczej niż Judasz, gwóźdź nie udawał powitania, pieszczoty. Od razu był tym, czym się okazał. Jedyną rzeczą, która mogła w nim zaskoczyć Krzyżowanego, był ten ścięty czubek. Rozrywka dla tego, kto ściął. Wyrwa dla dłoni.

  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':