Wśród wielu ambicji, jakie Dante żywił lub zgłaszał, była i ta, by wypowiadać się kompetentnie w kwestiach naukowych. Kiedy w drugiej pieśni "Raju" opisuje wzlot swój - rzecz jasna pod opieką Beatrycze - do nieba Księżyca, i w nim obecność, skorzysta z okazji, by podzielić się astronomiczną, fizyczną i teologiczną wiedzą o plamach na księżycu. Nie mając na podorędziu interesujących, a równocześnie bliskich skojarzeń księżyca z Rzymem, w drodze do skojarzeń dalszych, lecz ciekawych łapię się fragmentu przekładu Agnieszki Kuciak, przez który przemawia sama Beatrycze:
"Podziękowanie Panu złóż gorące,
na pierwszej gwieździe jesteś" - poprosiła.
I zdało mi się, że tam obłok mącę,
błyszczący, gęsty, mocny, gładki, czysty,
jak jasny diament, w którym świeci Słońce.
A razem z fragmentem, chwytam też odniesiony do niego przypis tłumaczki:
" pierwsza gwiazda - Księżyc, który - według Dantego - miał nie tylko odbijać światło Słońca, ale świecić swoim własnym blaskiem..."
Z rzeczy, które w Rzymie, jak księżyc, świecą światłem odbitym, a zarazem własnym, najbardziej ciekawią mnie rzeźby: kopie starożytnych, antyczny oddech posągów Canovy i wywodząca się od Canovy tradycja Tadolinich.
Kopie rzeźb antycznych najłatwiej znaleźć na straganach i w sklepach z dewocjonaliami, gdzie tym samym dobrze widać dwoistą duszę Miasta, rozpiętą pomiędzy gipsowymi popiersiami Jana Pawła II i Juliusza Cezara, z których jeden z drugim ścigają się o palmę niepodobieństwa. Żeby zobaczyć kopie z wieków albo i epok minionych, trzeba udać się na opisywany już w "Rzymskiej" Kapitol do któregoś z oddziałów Museo Nazionale Romano, zapłacić za bilet, na który w ciągu kilku dni można zwiedzić jego wszystkie filie, i pieniędzy ani trudu nie pożałujesz, Wędrowcze, ponieważ sztuka kopiowania świeci przede wszystkim własnym, osobistym i bardzo pięknym blaskiem, a oryginałów, na których się opierała, możemy się na ogół tylko domyślać. Jeżeli za sprawą ostatniej naszej wędrówki, na marginesie I Pieśni "Raju", trafiłeś w poszukiwaniu grobu bandyty na Piazza Sant'Apollinare, na tym samym placu trafisz też do jednej z siedzib Muzeum, do Palazzo Altemps, a tam znajdziesz nie dość, że cudne polichromie, w tym XV-wieczne, unikalne przedstawienie naczyń stołowych, to jeszcze wstrząsająco piękne oryginały i kopie antyku. Na niejednej z tych ostatnich uda ci się zaobserwować, jak subtelnie rozszczepia się światło własne i odbite - najwyraźniej może na cudownej Atenie Parthenos, która, jak gdyby była oryginałem, nie repliką, ma wyryty na szacie podpis greckiego kopisty Antiokosa.
Wyprawa do Muzeum zasługuje na rozdział odrębny, na który być może w końcu się poważę, przy całym lęku, dostrzeżonym już zapewne przez ciebie, Wędrowcze i Towarzyszu, jaki żywię wobec antyku, niepojętego oceanu, do którego dopiero się zbliżam, lecz wciąż mrużę oczy i tonę w jego fałdach i falach. Podobnie jak na odrębny rozdział zasługuje Canova, rzeźbiarz największy pewnie po Berninim i Algardim, który dla wielu błyszczy tylko światłem własnym, lecz ja wskutek jakiejś wewnętrznej skazy widzę w nim przede wszystkim światło odbite. Podziwiam harmonię - by ograniczyć się do dzieł znajdujących się w Rzymie - anioła smutku przy grobie Klemensa XIII w bazylice świętego Piotra, stosownie wygaszoną rozpacz alegorycznych postaci u stóp Klemensa XIV w bazylice Santi Apostoli, smakuję łagodność skóry, uzyskaną przez jej nacieranie woskiem zmieszanym z oliwą, lecz nie potrafię otrząsnąć się z ostrożności, nabytej już dawno, a wyostrzonej wystawą sprzed dwóch lat w Galerii Borghese, gdzie Canovy, poustawiane wśród Berninich i Caravaggiów, wyglądały jak ogrodowe krasnale wśród rozpędzonych w kwitnieniu i wzroście morw, cyprysów i forsycji. Jedyną, która bez wstydu, i to najmniejszego, znosiła towarzystwo olbrzymów, była Magdalena z głową zwieszoną jak sztandar klęski na pękniętym maszcie kręgosłupa, lecz na co dzień jest ona teraz w Genui, nie w Rzymie. W Rzymie pozostaje Paulina Borghese, nieznośna dla mnie przy całej subtelności wykończenia, ptasiopodobna cukiernicza beza. I pozostają nagrobki, nie mniej piękne, lecz i nie bardziej, od tylu smutków, które znajdziemy w kościołach i na cmentarzu, zwłaszcza na Cmentarzu Anglików.
Bez miłości do Canovy, ale z podziwem, chodzę za to z uwielbieniem dla Miasta po tej jego części, która rozgałęzia się wokół via del Corso nieopodal Piazza del Popolo, i której jedna odnoga nosi jego imię. Pracownia rzeźbiarza znajdowała się przy dzisiejszej via Canova, na wprost pogotowia - jest łatwo rozpoznawalna po fragmentach rzeźb i zdobień wtopionych w ścianę, po popiersiu i tablicy, z której płynie wiara, że w tym właśnie miejscu odnowiła się włoska rzeźba. Ma to miejsce swój urok, lecz nieporównanie większy ma to, które znajduje się po drugiej stronie Corso, na rogu via dei Greci i via del Babuino, od ktorej jest fasada i wejście z napisem Museo Atelier Canova Tadolini.
"W styczniu 1818 roku Antonio Canova, u szczytu europejskiej sławy, zagwarantował własnym podpisem umowę lokacyjną o pracowni na użytek pracy rzeźbiarskiej na rzecz swojego ulubionego ucznia, obiecującego Adama Tadolini: lokale na rogu ulic del Babuino i dei Greci, w rejonie Rzymu tradycyjnie pulsującym od artystycznych warszatów, już od lat były zajmowane przez samego Canovę, kończącego w nich liczne zamówienia..." Tak objaśnia folderek, który można niekiedy otrzymać lub wziąć przy kasie kawiarni urządzonej w muzeum. I dorzuca informację, wedle której od 1818 do 1967 roku atelier pozostawało własnością czterech pokoleń rzeźbiarzy. Do kogo należy obecnie, czy przy życiu pozostał któryś z Tadolinich - na te pytania ani barman w barze, ani kasjerka przy kasie, ani kelner w restauracji nie chcą lub nie umieją odpowiedzieć. Atelier mieści bowiem nie tylko bar, jak wspomniałem, do którego skręca się od wejścia od razu w lewo, w którym (nie w wejściu, lecz w barze) kawę podają w ślicznych filiżankach i w wielkim stylu. Lecz zanim skręcisz do baru, dobrze się zastanowisz, Wędrowcze, czy zamiast pić kawę nie lepiej zagłębić się od razu do tego, czym widać od razu, że jest to miejsce naprawdę: do rodzinnej kolekcji rzeźb, wpisaną w złożone, wielowarstwowe wnętrza pracowni, na którego łamanych i stopniowych obrysach osnuto następnie i dla naszej uciechy ten lokal.
Jest rzeźb w atelier Tadolinich kilkaset, a prócz tego, że, obarczone piętnem patronatu Canovy, sprawiają wrażenie księżyców świecących światłem odbitym, skupione tak w rozległej co prawda, lecz przy takim ich zagęszczeniu przyciasnej przestrzeni, stwarzają one sugestywną iluzję zatłoczonego Raju. Nie jest tak, że każda z nich przedstawiać by miała jakąś nieziemską błogość. Wśród postaci znajdziemy skrzydła oderwane od zagubionego anioła, stopy od upadłego Hermesa, przedramię dyskobola kontuzjowanego w roku zapewne olimpijskim, lecz jeśli się przyjrzeć, trudno dać odpór wrażeniu, że czterem pokoleniom Tadolinich przyświecała przede wszystkim nostalgia za triumfem z gatunku ad astra. Rzeźby w takiej są ciżbie, że przemykając pod ramieniem jednej, natrafiasz na kolano następnej, a wśród nich są generałowie na koniach, papieże w majestacie, awiatorzy we wzlocie, atleci w biegu o pewne zwycięstwo. Jedne pamiętają Canovę, inne zjednoczenie Włoch, inne jeszcze, jak te na parterze na skrajnie prawym kącie, lata pięćdziesiąte XX wieku i niewiele się różnią od radosnych figur naszych polskich dzieci szczęśliwych w czas pięcioletnich planów. Można je wszystkie oglądać od brzucha, od pośladków lub, korzystając z piętrowej struktury, otwierającej ogromną różnorodność spojrzeń, z perspektywy rajów wyższych niż ich niebo księżyca, od ich czapek, włosów i łysin.
Żeby chodzić tak między rzeźbami, trzeba wykazać się nie odwagą może, lecz inicjatywą na pewno. Nikt tu bowiem nie zachęca do zwiedzania muzeum. Do konsumpcji, barowej czy restauracyjnej, owszem. Ale nie trzeba konsumować ustnie, żeby się naoglądać. Wystarczy pewnie wkroczyć, a potem obnosić się z postawą oglądacza, a spoza figur dojrzy się i takie szczegóły jak tondo Thorvaldsena, listy, książki, starą ceramikę. Ile tu jest sal tudzież salek, tego nie wiem. Naliczyłem osiem, na trzech poziomach, ale może są dalsze. Czy mną poruszyła sztuka Tadolinich? A i owszem. Jest u każdego z artystów tych czterech pokoleń troska o dynamikę ciał i o prawdę umysłu, które tworzą klimat jakiejś pozytywnej, harcerskiej szamotaniny. Indywidualnie, brakuje rzeźbom tym tajemnicy, która jednak wyzwala się w ich zbiorowym tańcu, w ich szarpaniu do celów lepszych i wyższych niż materiał, z którego zostali zrobieni.
Aha, mój Wędrowcze, nie rób Tadolinim tej krzywdy, by uznać dzieło jednego z ich czterech pokoleń posągu półleżącego przed fasadą atelier, pomiędzy ścianą a misą fontanny. To Babuino albo Babbuino, czyli pawian, nazwany tak dla swojej szpetoty, od którego bierze imię słynna ulica. Półleży tu, z przerwami, od ponad czterech wieków, i jego uroda nie przyniosłaby bez wątpienia chluby uczniom Canovy, choć we mnie, skłonnego do przyjaźni z brzydotą, Babuino niechęci nie budzi. Mam do niego ten sam gatunek braterskiego współczucia, jaki napełnia mnie przez pijanym Noem na ostatnim obrazie Belliniego - pokracznym i starym, wystawionym w zgorszeniu estetów przed bramy rajów księżycowych, na śmieszność publiczną w chwili nagłego upojenia życiem uważanym za niższe.