Na początku lipca włoskie gazety cytowały - dość bezradnie, ze zdumieniem i zakłopotaniem, wspominając zaledwie swoje dawne wzburzenie - komunikat rzymskiego wikariatu, zgodnie z którym, "odnośnie kwestii pochówku Pana Enrica De Pedisa w pomieszczeniach grobowych kościoła Sant'Apollinare, do którego doszło w 1990 roku", na wniosek włoskich władz sądowych władze kościelne nie stwiają przeszkód, "by grób Pana De Pedisa mógł zostać poddany inspekcji", a "na życzenie kompetentnych włoskich władz sądowych lub rodziny Pana De Pedisa, zwłoki mogły zostać przeniesione gdzie indziej".
Uważnego czytelnika komunikatu zdziwić mogą dwa jego punkty, które sprowadzają się do jednego. Po pierwsze - co robi jakiś "Pan" w kościele, czyli w miejscu, w którym, zgodnie z aktualnym kodeksem prawa kanonicznego, wolno grzebać wyłącznie papieży, kardynałów albo biskupów. Po drugie - gdyby już robić odstępstwo od prawa, dlaczego beneficjentem takich względów miałby być właśnie Enrico De Pedis, pseudonim Renatino, jeden z założycieli i bossów osławionej "Banda della Magliana", szajki rdzennie rzymskiej, w niczym, zwłaszcza w okrucieństwie, nie ustępującej południowym mafiiom, camorrom czy 'ndranghetom, z którymi zresztą miały łączyć ją różne, głęboko już potajemne sprawy?
Związki te, podobnie jak sama historia bandy, wciąż są przedmiotem prokuratorskich i dziennikarskich dociekań, i nie moja to sprawa snuć niebezpieczne domysły. Podobno nieźle naturę powstania i działalności organizacji opowiada film "Romanzo criminale", nakręcony w 2005 r. przez Michele Placido (komisarza Cattaniego z "Ośmiornicy"), który też właśnie sobie obejrzałem, wyjątkowo niewiele rozumiejąc z rzymskiego dialektu, którym posługują się bohaterowie. Założona przez kilku młodych ludzi, w tym przez De Pedisa, w 1976 r., banda postanowiła wydać wojnę o władzę przestępczą w Mieście wszystkim działającym tutaj dotychczas organizacjom, i zaczęła ralizować swoje cele bez skrupułów, strzelając przy byle okazji. I właśnie to - łatwość, z jaką bandyci z Magliany sięgali po broń palną - różniło ich od tradycyjnych oprychów, posługujących się karabinami otrożnie i z rzadka. Cechą wyróżniającą ich jeszcze silniej była spłaszczona struktura organizacji - bandą rządziła grupa równoprawnych kolesiów, a nie, jak w mafii, jeden boss, któremu wszyscy byli (i są) podporządkowani jak faraonowi. I to właśnie, co stanowiło o nadzwyczajnej dynamice bandy - zdolność prowadzenia akcji równoległych i pozornie niezależnych - okazało się też jej słabością. Niezależni watażkowie, nie poddani kontroli jedynowładcy, okazali się bowiem podatni na prowokacje i gry grup posiadających własne cele, a doświadczenia nieskończenie bardziej bogate, jak choćby rozmaite służby specjalne. I kiedy czyta się artykuły i książki o bandzie della Magliana, roi się w nich od domniemanych związków z watykańskimi finansami, magazynami broni w podziemiach włoskiego Ministerstwa Zdrowia, interesami takiej czy innej loży, prowokacjami Stasi, od podejrzeń o uwikłania w różne mroczne historie ostatnich dekad XX w.
My pozostańmy przy tym, co stanowi glinę "Rzymskiej", czyli przy miejscach Rzymu wysnutych swobodnie z wersów "Boskiej Komedii". Czyli tu, gdzie jesteśmy, na marginesie I Pieśni dantejskiego "Raju", przy bazylice Sant'Apollinare.
O tym, że De Pedis, zabity 2 lutego 1990 r. w pobliżu Campo de Fiori kilkoma strzałami z pistoletu w twarz, po czasowym pochówku na cmentarzu Campo Verano został pochowany w bazylice, świat się dowiedział po latach, w nietypowych okolicznościach. Otóż w lipcu 2005 r., podczas emisji programu telewizyjnego "Chi l'ha visto?", będącego odpowiednikiem polskiego "Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie", odcinka poświęconego starej, do dziś nierozwiązanej sprawie porwania Emanueli Orlando, do redakcji zadzwonił ktoś anonimowy i powiedział, że po to, by rozwiązać tajemnicę zniknięcia Emanueli, należało sprawdzić, kto jest pochowany w bazylice Sant'Apollinare i sprawdzić, jaką przysługę Renatino wyświadczył kardynałowi Ugo Polettiemu. Na dobry początek dziennikarzom udało się potwierdzić niewiarygodną, jak się wydawało, wiadomość o pochówku bandziora Renatino, czyli De Pedisa, w świątyni, a także rolę, jaką odegrał tu kardynał.
Poletti, ówczesny przewodniczący Konferencji Episkopatu Włoch, osobiście miał wydać zgodę na pochowanie De Pedisa w bazylice, na podstawie opinii jej rektora, wedle której bandyta był dobroczyńcą biedaków tudzież interesował się chrześcijańskim wychowaniem młodzieży. Dziennikarze zdołali też zebrać nieco informacji na potwierdzenie związków De Pedisa z porwaniem Emanueli.
Przypomnijmy, że Emanuela Orlandi, obywatelka Watykanu i córka funkcjonariusza Prefektury Domu Papieskiego, była porwana w wieku 15 lat w 1983 r. i nigdy nie została odnaleziona, choć o jej uwolnienie apelował Jan Paweł II. Sugestii co do sprawców i motywów porwania jest wiele, sama sprawa należy do najbardziej tajemniczych epizodów powojennych Włoch, i wolę nie domyślać się tego, co prędzej czy później oby wyjaśniła policja. Wspomnijmy tylko o tych kilku szczegółach, która wiążą jej sprawę z De Pedisem i miejscem jego pochówku. Po pierwsze, zastanawia ten oto zbieg okoliczności, że Emanuela chodziła do szkoły muzycznej nie gdzie indziej, lecz właśnie na placu Sant'Apollinare, przy którym, w bazylice, De Pedis nie tylko spoczywa, lecz również brał ślub. I oto w drodze z domu, czyli z Watykanu, do szkoły, dziewczynka miała zostać zaczepiona przez kogoś, kto podjechał BMW i zaoferował jej znakomicie płatną pracę, dorywczą sprzedaż kosmetyków podczas pokazu mody. O propozycji opowiedziała przez telefon starszej siostrze i po lekcjach miała wrócić do domu, lecz tam się jej nie doczekano. Około 19.30 policjant pełniący służbę przed senatem widział ją z mężczyzną, który z opisu przypominał De Pedisa, lecz podobieństwa tego na ówczesnym etapie śledztwa nie podjęto. Inni świadkowie widzieli później, że wsiadała do BMW. W relacji, jaką w 2006 r. uzyskała dziennikarka programu "Chi l'ha visto?" Raffaella Notariale, Sabrina Minardi, kochanka De Pedisa z lat 1982-84, mówi wprost, że sprawcą porwania Emanueli był De Pedis, a na czyje polecenie kazał to zrobić, i w jakim celu, tego, po ostrych reakcjach Watykanu na jej rewelacje, wolę nie cytować.
Cóż, czuję, że pogmatwane dzieje porwania Emanueli Orlando, historia życia i formy dobroczynności Enrico De Pedisa przekraczają moje możliwości, a nawet chęć rozumienia, a w intuicji, że jest to dla mnie materia niezgłębiona, niech utwierdzi nas pretekst tego odcinka, czyli pierwsza tercyna "Raju", która u Porębowicza brzmi:
Majestat wszystkich rzeczy Wzruszyciela
W przestwory wnika i na światów skronie
Ustopniowaną jasnością odstrzela...
Która w nie tak kunsztownym, lecz dosłownym przekładzie, pewnie lepiej wyjaśni mój zamęt:
Chwała tego, który wszystkim porusza,
przenika wszechświat i jaśnieje
w niektórych częściach bardziej, w innych mniej...
Widziałem już bowiem w Rzymie miejsca, w których ta Jego chwała jaśnieje bardziej niż w tym dziwnym punkcie, jakim jest bazylika Sant'Apollinare, i w którym jaśnieje ona zdecydowanie mniej.
Przechodziłem obok niej dziesiątki razy, gdyż leży w miejscu bardzo centralnym, w połowie króciutkiej drogi prowadzącej od Piazza Navona do świętego Augustyna (z Madonną od Pielgrzymów Caravaggia), 100 metrów od jednego i od drugiego. Zerknijcie w lewo, idąc z placu do Augustyna - elegancki, akuratnie odrestaurowany placyk, na roku Papieski Uniwersytet Santa Croce, za uniwersytetem kremowa fasada bazyliki, poprzecinana białymi filarami. Bazylika, będąca dziś w zarządzie Opus Dei, od 1990 r. jest kaplicą wspomnianego uniwersytetu.
Tak więc próbowałem wejść do środka wielokrotnie, lecz udało mi się dopiero teraz, kiedy uparłem się, żeby zobaczyć grób De Pedisa. Udało mi się i zapewniam, że wielkich wrażeń artystycznych, Wędrowcze, możesz się nie spodziewać. Choć świątynię wzniesiono tu już w VIII w., w obecnym kształcie trwa ona od 1748 r. Kiedy wszedłem, zaskoczyły mnie niewielkie rozmiary kościoła, usytuowanego prostopadle do wejścia - kilka ławek, w ołtarzu po lewej ładny fresk w stylistyce przedstawień Antoniazzo Romano. Madonna pomiędzy świętymi Piotrem i Pawłem, z XV w. W 1494 r. fresk został przykryty tynkiem z obawy przed wandalizmem stacjonujących przed kościołem wojsk francuskich Karola VIII, i trwał tak w zapomnieniu aż do 1647 r., kiedy trzęsienie ziemi skruszyło zasłonę z wapna i fresk znów ujrzał światło.
Rozglądam się po kościółku - ani śladu krypt czy grobowców. Po jakimś czasie widzę, że na końcu są drzwi prowadzące na lewo, i dopiero wtedy rozumiem, że to, co miałem za całą bazylikę, jest zaledwie przedsionkiem do głównej świątyni. Otwiera się przede mną jedna wielka nawa kościoła, z trzema kaplicami po każdej stronie. Idę wzdłuż ściany prawej i lewej, i tutaj też nie znajduję krypty. W niektórych kaplicach są drzwi . Pytam kościelnego, który słabo mówi po włosku, gdzie są relikwie świętego Apolinarego. Mówi, że nie wie. "A grób De Pedisa?" "Ja tu tylko sprzątam". Nie chcę wejść do grobowca, który znajduje się pewnie za którymiś ze wspomnianych drzwi - wiem, że wchodzi tam wyłącznie wdowa, która jako jedyna, podobno, ma klucz. Chcę tylko wiedzieć, gdzie on się znajduje. Wrzucam do puszki przy wejściu ofiarę za krótki przewodnik po świątyni, lecz tam o bandycie nie ma ani słowa. Przyglądam się raz jeszcze ładnej Marii z fresku, wychodzę. Na zewnątrz widzę tabliczkę z informacją, że kościół można oglądać w godzinach 7.30-9.00, potem 12.00-13.00. Nic więc dziwnego, że tak trudno było mi wstrzelić się w godziny otwarcia. Tobie, Wędrowcze, wejść będzie jeszcze trudniej, przynajmniej w najbliżsym czasie - świeży napis głosi, że od 17 lipca do września w ogóle będzie zamknięty. Domyślam się, że w następstwie wspomnianego nihil obstat dla otwarcia grobu De Pedisa na życzenie władz i rodziny. Co przyniesie inspekcja grobowca? Czy zwłoki De Pedisa pozostaną po niej w świątyni? I co mnie to właściwie obchodzi? Jaki różny ten kościół szczególny od powszechnego kościoła Santa Maria in Traspontina, który wspominałem na zakończenie Czyśćca, i jakie różne pochówki, które tych dwóch kościołów dotyczą.