http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Rzymska komedia, Czyściec, Pieśń XXXIII

Jarosław Mikołajewski
2010-07-09, ostatnia aktualizacja 2010-07-09 19:02

Kościół powszechny

Via della Conciliazione, Rzym
Fot. Waldemar Gorlewski / Agencja Gazeta
Via della Conciliazione, Rzym
Via della Conciliazione, Rzym
Fot. Waldemar Gorlewski / AG
Via della Conciliazione, Rzym
RAPORTY
Czyściec, jak każdą z trzech części "Boskiej komedii", kończy się słowem "gwiazdy".

Ja powróciłem od najświętszej fali

tak odnowiony jak świeże rośliny

poodświeżane na świeżej gałęzi,



czysty i gotowy wznieść się do gwiazd


- tak oto, trzykrotnie na przestrzeni dwóch wersów przyzywając świeżość, żegna się Dante z Ziemskim Rajem, w mgnieniu oka znajdzie się w Raju Bożym. Ja, w chwili, kiedy powinienem pisać kolejny ten odcinek "Rzymskiej", jestem na egzekwiach w kościele Santa Maria in Traspontina, a kapłan nad trumną zmarłej przyjaciółki mówi, że jest ona właśnie "w domu Ojca" (wyrażenie, które zrobiło karierę od chwili, kiedy 2 kwietnia 2005 roku na placu świętego Piotra posłużył się nim arcybiskup Sandri, by wskazać miejsce, do którego się wzbił Jan Paweł II).

Właśnie tak - w chwili, kiedy Dante, za życia, odrywa się dopiero od ziemi, przyjaciółka znajduje się już w pieśni następnej, i wiele światłoczułych nici i myśli łączy tę uroczystość żałobną i ten kościół z akcją i miejscem ostatnich wersów "Czyśćca". Kto odrywa się z ziemi w drodze do nieba, jest bardzo blisko świętego Piotra, tuż tuż, o niebieskie tchnienie zaledwie, jak Santa Maria in Traspontina, która - teraz, kiedy stoi w nim trumna niewielka jak dla dużego dziecka, i w inne dni, kiedy są w niej sami żywi lub nikt - jest jego przedsionkiem. Kiedy spojrzysz na bazylikę od Zamku świętego Anioła, Wędrowcze, wzdłuż szerokiego prześwitu via della Conciliazione, parafialny kościół Łucji zobaczysz po prawej stronie, prostopadle do jej fasady.

Inna nitka skojarzeń przebiega między tym naszym pogrzebem a sceną z piątej kaplicy po lewej, gdzie na XVI-wiecznym fresku Ricciego jest scena pochówku świętego Angelo z Sycylii. Tyle, że na fresku żałobnicy protestują przeciwko śmierci, jedna z kobiet krzyczy niczym Matka pod krzyżem, a u nas nikt się nie rzuca, nikt nie demonstruje sprzeciwu. Wszyscyśmy spodziewali się jej śmierci, bo była chora od dawna i nieuleczalnie. I ten nasz spokój, a zwłaszcza spokój i serdeczność jej syna, rozjaśnia małą trumnę, posadzkę, powietrze i kwiaty.

Nigdy bym chyba nie wszedł do tego kościoła, gdyby nie pogrzeb. Nieufnie podchodzę do via della Conciliazione, czyli ulicy Pojednania, wyrąbanej na osi bazyliki w pałacach jak korytarz w puszczy jakąś wściekłą maczetą. Wszystko wydaje się tutaj sztuczne, więc i ten kościół podejrzewałem zawsze, że jest jakąś podróbą. Kiedy w 1937 roku powalono zabudowania stareńkiego Borgo, żeby upamiętnić aleją pojednanie pomiędzy Watykanem a Włochami, czyli Pakty Laterańskie z 1929 roku, i odzyskaną łączność Kościoła i Państwa, na miejsce zburzonych kościołów, pałaców i domów wzniesiono architektoniczne falsyfikaty. Lecz teraz, kiedy stoję w Santa Maria in Traspontina, widzę, że ona sama należy do tych kilku obiektów, które przetrwały i dekoracją nie są. Świadczą o tym już choćby te freski z końca XVI wieku, które pokrywają prawie wszystkie ściany i, mimo że wielkie nie są, są autentyczne.

Rozglądam się na tyle, na ile nie zakłóca to myśli o przyjaciółce, moich i cudzych. Najwięcej zobaczę kiedy pogrzeb się skończy, kiedy czterech panów nieuchronnych wyniesie trumnę i kościół opustoszeje.

Ma Santa Maria in Traspontina trzy nawy, w każdej z bocznych otwiera się pięć kaplic. Łatwo odnajduję jej karmelitański program, skoncentrowany przy ołtarzu w postaci proroka Eliasza. Zwraca uwagę pierwsza kaplica po prawej, z obrazem świętej Barbary z obnażoną piersią, namalowany przez biednego Cavaliera D'Arpino, który chciał być mistrzem Caravaggia. Trzecia - z Madonną, dzieciątkiem i aniołami na złoconym feretronie, który co roku, w lipcu, oprowadza się po uliczkach Borgo. I piąta - ze scenami z życia świętego Alberta malowanymi przez Pomarancia. W drugiej budzi zaciekawienie Kanut - pierwszy duński święty, którego spotykam w życiu. Po lewej - kaplica świętych Piotra i Pawła, z kolumnami, do których patroni Rzymu mieli zostać przykuci. Na wprost - ikona w ołtarzu głównym, sprowadzona z Jerozolimy na początku XIII wieku, na której Maria i Jezus wtulają w siebie policzki. I wybitnie dekoracyjny baldachim Fontany. Lecz dopiero przed wyjściem, bez wiary, że coś tam ciekawego zobaczę w tej pierwszej kaplicy po lewej, spotykam rzecz w całym kościele najpiękniejszą - nadzwyczajnej urody i niewyobrażalnego dramatu Pietę z terakoty, siedzącą Madonnę trzymającą na kolanach Chrystusa wygiętego do tyłu jak łuk. Jest zbyt wysoko, żeby się przyjrzeć rysom, za zbyt mętną szybą, lecz wzrok sięga wystarczająco daleko, by wyłowić siłę sylwetek. Dość, by pomyśleć, że obejrzana z bliska, ta rzeźba z XV wieku okazałaby się na miarę ceramicznych rówieśników z Bolonii, jak wstrząsające opłakiwanie, czyli "Compianto" Niccolo dell'Arca. Kiedy jestem na zewnątrz, na próżno próbuję wejść do uczepionego boku fasady, małego i zgrabnego Oratorium Doktryny Chrześcijańskiej, w którym, jak objaśnia mi ksiądz, uczy się katechizmu.

Czy jest się wierzącym, co pamiętam, czy wątpiącym, co czuję, czy obojętnym, w co zapadam wciąż głębiej, Kościół, o ile jest autentyczny, ze swoim anachronicznym programem fresków, ołtarzy i światła daje wielką pociechę, a przecież, jak wspominałem, nie wszedłbym do Santa Maria in Traspontina, gdyby nie była to parafia zmarłej przyjaciółki. Parafia Ładne słowo, o greckim źródłosłowie, który znaczy tyle, co miejsce przejściowe i gościnne na obcej ziemi, austeria. Jakże trafnie.



Lecz tym, co teraz robi na mnie największe wrażenie, jest sam pogrzeb. Ta mała trumna, ci ludzie, ksiądz, który mówi, że Ona jest w drodze do domu Ojca, i dopiero tutaj, w tej chwili, dociera do mnie paradoks, który zwykłem uważać za moją słuszną regułę - że chodząc po Rzymie, w każdym kościele szukam szczególności, wyróżniającego akcentu. Tymczasem każdy rzymski kościół jest kościołem powszechnym i zwykłym jak nasze życie, nieszczególnym z nadania i zasady. Kiedy, podczas kazania kapłana, toczyłem wzrokiem po freskach, obrazach i rzeźbach, szukałem wyjątkowego detalu, mocnego charakteru, i jeśli nie znalazłem, to nie jest to wina kościoła, lecz zasługa tego właśnie silniejszego wrażenia - że pogrzeb, który odprawia się w rzymskim kościele, mógłby odprawiać się w każdym chrześcijańskim mieście tej ziemi, w Warszawie, Płońsku czy Łodzi. Może tu czy ówdzie byłoby więcej kadzidła, więcej ministrantów, ale istota byłaby ta sama - parafia, dom Ojca, ksiądz, który pociesza niepocieszonych, czterech panów nieuchronnych, którzy po okadzeniu wchodzą po trumnę. I że to powszechne poczucie, które sprawia, że na każdym pogrzebie czuję się jak w Warszawie czy w Płońsku, bierze początek właśnie tutaj, w Rzymie. I nie wierząc w święty Kościół powszechny, wierzę dziś, nad tą małą trumną, w powszechność zwykłego i każdego rzymskiego kościoła. Że to, co dzieje się tutaj, mogłoby się dziać, i dzieje się, wszędzie. A kiedy byłem lata temu na pogrzebie dziadka, babci, stryja Onufrego, wujka Waldka czy kuzyna Grześka, w Warszawie, Płońsku czy Sochocinie, nie wiedząc o tym, byłem w rzymskim kościele.

Łucjo święta, módl się za nami. Łucjo Ty, nasza, i święta Łucjo, patronko Dantego.

  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    4 głosy

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':