http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Rzymska Komedia, Czyściec, Pieśń XXX

Jarosław Mikołajewski
2010-06-04, ostatnia aktualizacja 2010-06-04 17:04

B jak Biskupka albo Beatrice

Rzym , bazylika św. Praksedy
Fot. Waldemar Gorlewski / Agencja Gazeta
Rzym , bazylika św. Praksedy
Rzym , bazylika św. Praksedy
Fot. Waldemar Gorlewski / Agencja Gazeta
Rzym , bazylika św. Praksedy
Rzym , bazylika św. Praksedy
Fot. Waldemar Gorlewski / Agencja Gazeta
Rzym , bazylika św. Praksedy
RAPORTY
No i wreszcie pojawia się Beatrycze. A raczej wjeżdża na wozie biorącym udział w procesji opisanej przez Dantego w poprzedniej pieśni, a przez nas prawie zlekceważonej na rzecz peryferyjnego kina Grauco. Tak nam ją, za pośrednictwem Porębowicza, opisuje Dante:

... w kwiatowym obłoku,

Którym okryły Wóz anielskie dłonie

Sypiąc dokoła i z góry, i z boku;



Z wieńcem oliwnym na białej zasłonie

Stała Niewiasta w płaszczu barwy ziela,

Pod którym szata jak żar żywy płonie...


W kruchcie Raju nie ma już miejsca dla przewodnika, który, choć bez winy poniesionej świadomie i czynnie, przez sam antyczny czas urodzenia, zbyt wczesny, by przyjąć chrzest, wykluczony jest ze świętości. Stąd przejmująca scena zniknięcia, a raczej nieobecności Wergiliusza, który tym samym kończy swoje przewodnictwo:

Chcę Wergilemu rzec: "W serdecznej jamie

Krwi kropli nie mam, ażeby nie drżała;

Dawnych płomieni rozpoznaję znamię".



Ale Wergili zniknął: moja cała

Radość, Wergili, co mi stał na straży,

Wergili, piastun duszy mej i ciała!


"Chcę Wergilemu rzec /.../ ale Wergili zniknął..." Piękne pożegnanie, prawda? Bolesne. Sprowadzone do samego rozstania. Dantemu niewygodnie jest bez widoku Mistrza, pierwsza jego strata jest uczuciowa, na poziomie przyjaźni, i w drugiej chwili dopiero daje wyraz potrzebie, by dopowiedzieć, kim Wergiliusz był dla niego w wymiarze moralnym. Lecz nie ma poeta czasu na lament za Wergiliuszem, bo oto czeka go trudniejsza próba, spotkanie z Beatrycze, z jej wymówkami za życie, jakie kochający prowadził po śmierci kochanej. I kiedy komentatorzy mówią, że Beatrice jest aniołem Dantego, "zbawiającą", co też oznacza jej imię, w kategorycznym i dydaktycznie schłodzonym powitaniu dziewczyny nie widzę sceny wzajemnego odnalezienia, powrotu, raczej gest surowego kapłana, i od razu, prawie poza świadomością, przypominam sobie pewną rzymską kapłankę, która wcale nie wiadomo, czy kapłanką była naprawdę.

Żeby kapłankę, którą mam na myśli, zobaczyć, należy pójść do bazyliki świętej Praksedy, co nie jest trudne, tylko wymaga objaśnienia, bo choć stoi ta bazylika może o sto albo dwieście metrów od Santa Maria Maggiore, zasłania ją narożny budynek z dwoma barami, a wchodzi się do niej od bocznej uliczki, na wysokości, gdzie rozpoczyna się słynna via Merulana, lecz nieco w bok.

Prakseda i Pudencjana były siostrami, udzielały schronienia prześladowanym chrześcijanom, zbierały szmatką krew mordowanych i napełniały nią studnię. Prakseda dłużej żyła, więc dłużej oddawała się temu zajęciu, przez co w ikonografii to ona występuje ze szmatką w dłoni. Bazylika wznosi się w miejscu, gdzie stał dom Praksedy i Pudencjany, w którym wydzieliły baptysterium dla Rzymian przyjmujących wówczas (czyli na początku II wieku) nową wiarę z budzącymi podziw odwagą i poświęceniem, i zawiera rozliczne skarby. Najświętszym z nich są same święte, które pochowane były co prawda w katakumbach Pryscylli (które znajdują się obok i pod Villa Ada), lecz razem z innymi pierwszymi chrześcijanami zostały przeniesione tu na początku VIII wieku przez papieża Paschalisa I (zm. 824), obwołanego świętym, choć był okrutnikiem. I Bóg jeden wie, czy grzech wyłupywania oczu, które zalecał, wymażą z wrażliwej, na co liczę, Bożej pamięci cudowne mozaiki, jakie kazał ten papież ułożyć w bazylice świętej Praksedy.

Samego Paschalisa znajdziemy na mozaice w konchy apsydy, jako jedną z jej siedmiu postaci. Prócz papieża, którego głowa ujęta jest w kwadratową aureolę na znak, że uznawany za świętego, w trakcie prac nad mozaiką był żywy, po środku widzimy Chrystusa, po Jego prawicy świętego Piotra, który ogarnia ramieniem Pudencjanę, po lewej świętego Pawła, który otacza opieką Praksedę. I jeszcze jednego świętego, o imieniu być może Zenon.

Mozaiki te znajdują się od nas w odległości stosownej, zwyczajnej, czyli poddającej się skupionej kontemplacji. Inny charakter, znacznie mi bliższy, nawet szokujący, posiadają mozaiki nad wejściem i wewnątrz kaplicy świętego Zenona, otwierającej się w prawej nawie bazyliki. Tajemnicą tej kaplicy jest brak tajemnicy, bliskość przedstawień, o dwa metry od oczu, przeniesienie przedstawień z poziomu hosanny na poziom ilustracji dziecięcej. Dzieliłem się już z Tobą, Wędrowcze, wrażeniem, jakie zrobiły na mnie freski Cavalliniego widziane z bliska, w bazylice świętej Cecylii na Zatybrzu, możliwość i łatwość zajrzenia w twarz i za jej skórę hieratycznym aniołom, oglądanym na ogół z kilkudziesięciu metrów, z modlitewnego dołu. Oglądanie z bliska mozaiki wywołuje równie dziwne wrażenie, choć całkiem innej natury. Drogocenne układanki tracą na misterności, zyskują na naiwnym pięknie, jakie znamy ze świetlicowych, dziecięcych wyklejanek z plasteliny. Tak grube są ich kamyki, z daleka pozbawione osobności, harmonijnie wtopione w pejzaż czy układ ciał.

Nad wejściem do kaplicy, grube kamyki i płytki układają się w dwa paski - mniejszy, zagięty jak stuła na szyi kapłana, ze ścieśnionymi głowami Madonny i dziesięciorga świętych, i większy powyżej, z medalionami poprzyczepianymi do wstęgi jak pontony do rzeki na szkolnym rysunku, a w medalionach są twarze Chrystusa i dwunastu apostołów. W samej kaplicy kwitnie wesoła rozmaitość scen, które, choć odwołują się do Pisma świętego, odtwarzają lub rozwijają symbole, podają się tutaj z lekkością laurki na dzień matki. Wejdź do środka, Wędrowcze, i ciesz się tym, że widzisz sceny w całości, ale i obrys każdego kamyka mozaiki, niech uradują twoje oczy anioły podtrzymujące koło z Chrystusem, sprawdź, czy i Ty, jak badacze tego miejsca, za Jezusem, który zstąpił do piekieł, widzą uwięzioną śmierć, rozjaśnij duszę widokiem jeleni, co piją z czterech rzek, zbieraj kwiaty wyrosłe u stóp Piotra i Pawła, siądź na tron czekający na ponowne przyjście Zbawiciela, powitaj cudowną Madonnę z błogosławiącym Dzieciątkiem, święte i świętych już widzianych przed chwilą nad ołtarzem głównym, w tym patronkę bazyliki Praksedę.

Miejscem świętym kaplicy jest również kolumna, jedna z wielu, o których się twierdzi, że to do nich przywiązano, by ubiczować, Chrystusa. Gdyby to właśnie ten, plamisty i niewysoki pieniek z kamienia, okazał się autentyczny, Chrystus musiałby zostać zgięty do jego wysokości, przyjmować razy na wygięte plecy. Jest to wersja konkurencyjna do tej, gdzie Chrystus, jak święty Sebastian, stoi wyprostowany piersią do nas, z rękami związanymi za sobą. W przedstawieniach biczowania przy krótkiej kolumnie ważniejsze wydaje się cierpienie Jezusa, w tych drugich - jego niezwyciężone piękno.

Lecz tym, co w kaplicy świętego Zenona budzi największe emocje, nie są ani kwiaty, ani Chrystusy, ani kolumna, lecz osoba, dla której została zbudowana kaplica, jako pomieszczenie grobowe, czyli Teodora. Kiedy wejdziemy do pomieszczenia nie od pocztówek, lecz od nawy głównej, znajdziemy ją po lewej, z kwadratową aureolą świętych choć żyjących, w jednym szeregu z Madonną i ze świętymi siostrami, Praksedą i Pudencjaną, które mają aureole okrągłe. I nie jest dziwny kwadrat aureoli, ułożony dla swojej matki Teodory przez Paschalisa I, uważającego ją oraz siebie samego za świętych, lecz napis z dwóch rzeczowników, jeden w pionie, drugi w poziomie, wyraźne EPISCOPA THEODORA.

Otóż EPISCOPA, łaciński rodzaj żeński greckiego Episkopus, biskup, jest koronnym argumentem zwolenników kapłaństwa kobiet. Skoro na początku IX wieku kobieta była biskupem, dlaczego nie miałoby być tak i teraz. Sceptycy, czyli oficjalne katolickie źródła, twardo zadowalają się informacją, że jako EPISCOPA definiowano żony biskupów, nie objętych wówczas celibatem. I że Teodora przejęła ten tytuł jako matka biskupa, w tym przypadku samego Biskupa Rzymu.

Pamiętam, jak w pewnej parafii na Mazowszu z księdzem mieszała jego matka, a mieszkająca tam moja rodzina mówiła o niej "księdzówka". Doszłoby w świętej Praksedzie za czasów Paschalisa I do podobnej potrzeby nadania matce kapłana tytułu.

Beatrice, ukochana Dantego - która bez wątpienia, skoro sam poeta tak twierdzi, prowadzi go do zbawienia - jeszcze nie raz będzie przywodziła nam na myśl różne typy kobiece, które zbawiającymi aniołami wcale nie są. I nic dziwnego, bo w pozostających nam do przeczytania pieśniach jest Beatrice dla Dantego jak Wróżka o Błękitnych Włosach dla Pinokia - matką, kochanką, siostrą. Tym razem była kapłanką, zaraz to się zmieni.

  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    9 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':