... Nie był kawałek drogi to daleki,
gdy pani rzekła do mnie: "bracie miły,
nadstaw tu uszu i podnieś powieki".
I nagle światła cudownie zalśniły
i las zajaśniał, jak pod błyskawicą...
Tak oto - w przekładzie Agnieszki Kuciak - brzmi fragment, w którym piękna i tajemnicza Matylda kieruje uwagę Dantego na nadchodzącą procesję, złożoną i fascynującą, w której udział biorą alegorie-ludzie, alegorie-przedmioty i alegorie-stwory, starcy z liliami, gryf, wóz, zwierzęta, kobiety, lichtarze, a wszystko w liczbach, które też coś znaczą, bo wzięte zostały wprost z Pisma świętego, i wprost odnoszą się do jego zapisów.
Procesja byłaby, rzecz jasna, znakomitym pretekstem do opisu rzymskiej rzeczywistości, na której tak rozległą połać składa się katolicki Kościół. Kłopot w tym, że twój przewodnik, Wędrowcze, do procesji nabożeństwa nie ma, więc sama myśl, że miałby opisywać kościelny orszak, kieruje jego -moje - kroki wstecz, w dół i otchłań, z której Dante pnie się właśnie do nieba. Znam, oczywiście, mnóstwo osób zafascynowanych liturgicznym teatrem, precyzyjnym układem szczegółów w uroczystych defiladach wiary. Wielu z nich twierdzi - i ja im ufam - że czują, jak z misternie zakomponowanych procesji hierarchów wyzwala się mistyczny powiew, wielu rozumie, gdzie znajduje się centrum przemarszów, gdzie są ich bardziej i mniej uprzywilejowane pobocza, i potrafi poddać się ich uwodzącej świętości. Ja jednak czuję się ich niepełnowartościowym odbiorcą. Znienawidzisz mnie, może, Wędrowcze, lecz podczas pogrzebu Jana Pawła II miałem wręcz poczucie nieprzyzwoitości, a co najmniej niestosowności orszaków. Stosowna i zrozumiała była dla mnie kolejka ludzi, którzy chcieli pożegnać martwego papieża, dekoracyjne zaś, przesadne w konfekcji szeregi szykownych dostojników w nieskromnych infułach, przesadne w artykulacji modlitwy orantów. Najpiękniejszą rzymską procesją są dla mnie pielgrzymki cyprysów i pinii na wzgórzach, sunące w iluzji światła pod dyktando mewiego wrzasku, z którymi konkurują jedynie procesje podłóg w romańskich bazylikach. Jest u Dantego wóz ciągnięty przez gryfa, w otoczeniu czterech zwierząt. Gryfem jest Chrystus, zwierzętami są ewangeliści. W Rzymie, na podłogach układanych przez rodzinę Cosmatich, jest powtarzający się motyw centralnej obręczy, z której wyplatają się cztery mniejsze kółka. Powtarzalne znaczy nie tylko to, że występują w podobnej postaci w różnych świątyniach. Znaczy i to, że są na tej samej podłodze w różnych kształtach, gdzie raz czterej ewangeliści są kołami, innym razem figurami kanciastymi o kątach złamanych bardziej ostro czy tępo, o bokach wydłużonych lub krótkich, wielowarstwowych lub prostych, o rozmaicie wyprowadzonych warkoczach zaplecionych na z Chrystusowym kole. Stań sobie, Wędrowcze, w bazylice San Clemente, czy Santi Giovanni e Paolo, spłaszcz perspektywę siadając w ostatniej ławce świątyni, i poobserwuj, jak podłoga Cosmatich oddycha różnorodnością splotów i układów, w pokornej procesji rzuconej pod stopy byle kogo, nawet Twoje i moje, sensownej, nieogarnionej, a przecież jednoznacznie prowadzącej do ołtarza i do światła Ducha świętego w apsydzie. "Dlaczego nie stawia się pomników autorom mozajek?", zawołała Wisława Szymborska w Sienie, świeżo po obejrzeniu katedry, stojąc przed pomnikiem narodowego bohatera. Lecz zatrzymam się przy innej procesji, nieoczekiwnaie ujrzanej w sobotę, nie mniej pięknej...
Byłem w sobotę (22 maja 2010 r., dodam, żeby mój przyszły biograf mógł sprawdzić, czy nie kłamałem) w Nuovo Cinema Aquila na Pigneto, ładnym kinie, mini-multiplexie, jednym z obiektów odebranych przez Miasto mafii. Ciekawy to fragment Rzymu, już wspominany przy okazji Pasoliniego, który odwiedzał tam braci Citti, a także przy okazji odcinka o piniach, których gromadnej niegdyś obecności zawdzięcza nazwę. Równie dobrze, co Pasolini, którego częsta obecność pozwala domyślać się jej proletariackiego charakteru, określa tę dzielnicę informacja, że była ona częstą scenerią filmów neorealistycznych. W jendym z najsłynniejszych, "Rzym, miasto otwarte" Roberto Rosselliniego, proboszczem na Pigneto jest ksiądz grany przez Alda Fabrizi, jego mieszkanką jest Pina, którą grała Anna Magnani, a nieopodal kina Aquila, na via Montecuccoli, kręcona była słynna końcowa scena jej śmierci. Visconti realizował tu film "Bellissima", a Pasolini "Accattone", jest więc Pigneto rejonem modnym, a przy tym wieloznacznym i mrocznym.
Sercem dzielnicy jest via del Pigneto, deptak, który przecina obszar o melancholijnym pięknie przedwojennego Drohobycza, jak sobie go wyobrażam, czy warszawskiego Targówka, jaki znam. Ulice usiane są na przemian rembertowskimi butikami, w których sprzedaje się kwiaty z papieru, antykwariatami oraz barami, stylizowanymi na podrzędne. Wypromowany filmową sławą, rejon ten zdążył, rzecz jasna, nauczyć się techniki marketingowej, wedle której degradację trzeba udawać subtelnie, zapewniając klientom higienę ubikacji i szklanek na pozomie Vittorio Veneto czy Corso. Wśród lokali najbardziej znane są Primo al Pigneto o lekko sycylijskim akcencie, ulubiony przez Pasoliniego Necci, Enoteca Infernotto, grackopodobna Kalapa, hinduski Tiger Tandoori, czy Gelateria (lodziarnia) del Pigneto. Pigneto występuje w nazwach wielu knajp, bo gwarantować ma niby alternatywne, podmiejskie wrażenia.
Wśród pomieszczeń o przeznaczeniu publicznym wybijają się dwa kina, choć jeśli tekst, który piszę, przeczyta ktoś za kilka tygodni, będzie musiał być może czas teraźniejszy zamienić na przeszły. Oba kina bowiem łączy ten sam los, choć dzieli je różnica nie mniej otchłanna niż Piekło i Ziemski Raj. Piekłem w tej mojej kiepskiej przenośni byłoby Avorio, kino erotyczne, Rajem zaś kino Grauco. Łączy je to, że chyba oba chylą się ku upadkowi, choć w przypadku Avorio, jest to tylko estetyczne wrażenie z sobotniego spaceru, nie poparte wiedzą. Co do Grauco natomiast, to wiadomość o rychłym zamknięciu sprawdziłem u źródła.
Grauco powstało w listopadzie 1975 roku, kilka dni po śmierci Pasoliniego, która nie ustaliłem, czy ma jakiś związek z założeniem kina. Nazwa - skrót od GRuppo di AUtoeducazione COmunitaria (Grupa Samokształcenia Wspólnotowego) - mówi już wiele i oddaje klimat czasu walki z burżuazją, rewolty, sfrustrowanej upadkiem ruchu 1968 roku wiary w lepsze jutro i lepszy system, które najbardziej dramatyczny wyraz znalazły w zabójstwie Pasoliniego i Aldo Moro. Kino miało kilka celów, przede wszystkim stworzenie z mieszkańców Pigneto wspólnoty rozmowy, wartości, estetyki prostoty. Miało też Grauco kilka założeń praktycznych, w tym - co we Włoszech, ogarniętych obsesją dubbingu, było bardzo mocnym wyróżnikiem - pokazywanie filmów w oryginale, z napisami.
Wchodzę do Grauco - trwa właśnie przegląd filmów radzieckich. Tego wieczoru grają Bondarczuka. W kinie Grauko nietypowo jest już od progu - ciasno, stół z krzesłami, programy po 50 centów, kartoniki jak ze szkolnej świetlicy, na które poprzyklejano kopie plakatów. Sala kinowa na 36 osób mieści się w suterenie. Jeszcze niedawno w suterenie przed salą była wystawa kukiełek, która przypominała, że przed powstaniem kina był tutaj teatr lalkowy. Była też biblioteka, którą kilka dni wstecz właściciele przekazali zakładowi karnemu.
Dwaj starsi, piękni panowie, jeden jak zawsze w golfie, drugi jak zwykle w muszce, potwierdzają informację o zamknięciu kina na dwa skrajne sposoby - jeden gniewem, drugi płaczem. Pierwszy mówi, że nie da się prowadzić wspólnotowego kina w faszystowskim mieście. Drugi, że dzielnica zeszła na psy, rządzą w niej handlarze narkotyków, pozrywano więzi społeczne. Samotne kobiety, z których rekrutowała się tradycyjna publiczność Grauco, boją się chodzić samotnie po via del Pigneto, via Macerata, czy via Perugia, przy której jest kino. Ostatni seans filmowy odbędzie się 30 czerwca o godzinie 21.00, a będzie nim "Ostatni seans filmowy" Petera Bogdanovicha. Wynoszę z kina deklarację programową Grauco, rozprowadzaną od lat: "Każdy konflikt społeczny ma zawsze fundament KULTURALNY (...) Ignorancja jest kołyską wszelkich uprzedzeń (...) Społeczeństwo obojętne na PODSTAWY KULTURY, prędzej czy później poniesie konsekwencje, na poziomie politycznym i egzystencjalnym..." Ulicą idzie procesja - kilku muzyków skręca z via del Pigneto w via Macerata, grają jazz orleański. Za nimi sunie, kołysząc się, kilkunastu sprzymierzeńców. Za nimi idzie trójka karabinierów, rozumiem, że dla ochrony. Z barów wychodzą kelnerzy, ze sklepików sprzedawcy. Pytam barmana, czy to impreza kulturalna. Mówi, że to protest przeciw handlarzom narkotyków i degradacji dzielnicy.