Podczepiając się pod rozsiane po "Boskiej" rozmowy, sceny, pejzaże, których po 61 etapach "Rzymskiej" nazbierało się przecież sporo, tracimy po drodze setki innych, nie mniej pamiętnych, i tylko kaprysom Twojego przewodnika, Wędrowcze, zawdzięczasz, że idziemy tą ścieżką, nie inną, bo równie dobrze, przy każdej pieśni, zamiast w prawo mogliśmy pójść w lewo, na ukos czy wstecz. W poprzedniej, na rzecz płonącego skazańca, porzuciliśmy na przykład Lię, dziewczynę, która plecie wianki, i mogłaby poprowadzić choćby do pięknej nimfy z kwiatami na fresku ze Stabii. Szkoda? Pewnie, że szkoda, jak wszystkiego, co odrzucone. Lecz w tym przypadku szczęście nas nie opuszcza, bo oto na początku pieśni następnej, na połoninach ziemskiego raju, spotykamy kolejną dziewczynę. Ma na imię Matylda, chodzi po pięknym, soczystym lesie, a Dante ma problem, jak do niej dojść, bo znajduje się ona za najczystszym strumieniem. Takimi oto polskimi słowami oddaje Porębowicz impas, w którym się znalazł poeta:
Stopami stałem, lecz źrenicą chciwą
Biegłem oglądać za rzeczułki tonie
Różnego kwiecia świeżość osobliwą.
Nagle zjawiła się po tamtej stronie -
Jako się zjawia rzecz niespodziewana,
Że swą dziwnością wszystek zmysł pochłonie -
Niewiasta; sama szła i rozśpiewana,
I zbierająca spośród kwiatów kwiecie,
Którym jej dróżka była malowana...
W żadnym fragmencie "Boskiej" Dante nie chwali tak natury jak tu, w ziemskim raju. Zobaczmy i posłuchajmy, jak nas do niego wprowadza:
Pragnąc czym prędzej dostać się do lasku,
Co swoim gęstym, żywym liściem chroni
Oczy od słońca zbytecznego blasku,
Brzeg porzuciwszy, poszedłem po błoni
I zapatrzony w tę rajską dąbrowę
Z wolna stąpałem śród światła i woni.
Wianie łagodne, słodkie i miarowe
W skroń mię trącało...
Sosny, ptaki, szum liści, zioła, cienie i światło - oddaje Dante sprawiedliwość wszystkiemu, co składa się na obraz, muzykę i oddech najpiękniejszego rezerwatu natury, jaki wyrasta z ziemskiego gruntu. A tym samym, składa hołd także Villi Ada, najdzikszemu, najbardziej soczystemu i rozśpiewanemu z rzymskich ogrodów.
Do Villi Ada, która w Rzymie ustępuje wielkością tylko Villi Doria Pamphilj, dostać się nie jest zbyt łatwo. Od północy odgradza nas od niej, jak rzeka Lete od pięknej Matyldy, wąska lecz niepokorna Aniene, która wpada do Tybru od wschodu, na wysokości najwyższego miejsca ogrodu, czyli szczytu raju ziemskiego, jakim jest Monte Antenne. Najłatwiej wejść chyba od starej konsularnej via Salaria, gdzie w wysokim murze znajdziemy kilka bram, i po przekroczeniu wszystko jedno której poczujemy wszystko, o czym pisze Dante.
Jak każdy dziki park, Villa Ada poddaje się najwdzięczniej bezładnej włóczędze, dyktowanej przez kapryśne wybory: w górę czy w dół, pod sosny, cyprysy, wiązy czy dzikie oliwki. Objęte regulacją, a wręcz zakazowi, jest tylko przejście prowadzące do ambasady Egiptu, która mieści się w pałacu należącym niegdyś do rodziny sabaudzkiej. To, że mieszkała w nim włoska dynastia królewska, owszem, jest jakąś tam ciekawostką, choć Villa Ada bywała porzucana przez królów jak kochanka niższego stanu - sprzedana po śmierci Wiktora Emanuela II, "Ojca Ojczyzny", przez jego syna Huberta I, który wolał mieszkać na Kwirynale, i ponownie odkupiona przez Wiktora Emanuela III. Tajemnicą, którą rozgryźć wydaje się łatwo, lecz której głębszych motywów poznać mi się nie udało, jest pochodzenie nazwy pałacu i parku. Na poziomie bedekera wystarcza nam wiadomość, że pałac i dzikie, myśliwskie posiadłości wokół, na cześć żony Ady nazwał tak szwajcarski hrabia Telffner, zarządca majątku, który odkupił go od Huberta, lecz opisu wspaniałości pani Ady Telffner, czyli uczuciowego uzasadnienia nazwy nie znalazłem nigdzie - musi wystarczyć nam wyjaśnienie, że podyktowała je solidna, szwajcarska, małżeńska miłość. Do najbardziej sensacyjnego wydarzenia w Villi Sabaudzkiej, czyli Villi Ada, doszło 25 lipca 1943, kiedy Wiktor Emanuel III zaprosił do pałacu rezydującego na Piazza Venezia Benita Mussoliniego niby to na konsultacje, a w rzeczywistości po to, by go aresztować.
Sensacji znalazłoby się bardzo dużo, lecz nikną one w cieniach drzew, niszach zmurszałych obiektów i tunelach historii. Jako się rzekło, najwyższym miejscem tego raju ziemskiego jest Monte Antenne. Spotkasz się, Wędrowcze, wielokrotnie z tłumaczeniem tej nazwy jako Góra Antenn, co nie brzmi szczęśliwie i nie ma nic wspólnego ze źródłosłowem. Antenne wywodzi się bowiem od toponimu Antemnae, który z kolei bierze początek od Ante Amnis - przed rzeką, czyli przed wspomnianym skrzyżowaniem Aniene i Tybru. Antemnae zaś było miastem sabińskim, stolicą całego państwa Antemnatów, wymienionym przez Pliniusza wśród miast zaginionych.
Lecz stanem umysłu i ducha adekwatnym do tego miejsca nie jest wiedza, objaśnienia etymologii czy źródeł. Jest nim mroczne przeczucie, niewiedza, zmysł nastroju. Kiedy zapuścisz się, mój Wędrowcze, w bezdroża lub ścieżki wzdłuż muru odgradzającego Villa Ada od via Salaria, czy prostopadle do muru, w poprzek parku, najpierw w dolinkę, a później na Monte Antenne, napotkasz w parku różne stwory i dziwne miejsca. Jako pierwsze z nieoczekiwanych zjawisk, zatrzymać cię mogą papugi. Jeżeli będziesz patrzył tylko na niebo, łatwo ci będzie potknąć się o kreta, wiewiórkę czy jeża. W czerwcu 2007 roku rzymianie donosili ze zgorszeniem o papuziej parce, która zaatakowała wiewiórkę, stając w tym sporze (rzymianie, nie parka) po stronie wiewiórki, jako członka naturalnej wspólnoty Villa Ada, zżymając się na papugi - nieproszonego przybysza. Co jakiś czas ktoś alarmuje, że spotkał lisa lub rodzinę zaskrońców, wygrzewających się nad jednym z dwóch jeziorek. Lecz najwięcej niezdrowych emocji dostarczają budowle. Nie znalazłem dokładnych planów Villa Ada, nie wiem więc, czy murowane gniazdo, nazywane bunkrem, bunkrem jest naprawdę, wiem za to, że na jego ścianie widnieje napis "Tu mieszka piekło". Nie trafiłem do Muzeum Zabawek, które niby to mieści się w dawnych stajniach królewskich. Gdyby w tej wędrówce bez celu wytyczyć sobie jakąś metę, mogłyby stać się nią forty na szczycie, wzniesione pod koniec XIX wieku dla obrony przed hipotetycznymi wrogami młodego państwa włoskiego. Lecz polecam tę metę tylko tym, którzy szukają po świecie fortyfikacji przypominających modlińską twierdzę. Były plany, by sugestywna ta konstrukcja została przekształcona w hotel, lecz wielbiciele dziewiczej dzikości Villa Ada zwarli szeregi, by dać im odpór...
Przyznam, że - być może przez dziwny ten dzień, w którym tu się znalazłem, kiedy co trzy minuty ulewa walczy o lepsze ze słońcem - jestem bezradny wobec Villi Ada, rozdarty pomiędzy urodą jej drzew i trawników, a nie do końca przyjemnym poczuciem, że nikt nie wie, co z tym miejscem zrobić, pomiędzy wdziękiem stawów, a grozą satanistycznych napisów. I kiedy czytam najnowszą książkę Niccolo Ammanitiego "Che la festa cominci" (Niech zacznie się święto), życzę jej (Villi, nie książce) wieloletniego jeszcze opuszczenia. Rysuje bowiem Ammaniti odrażającą wizję ogrodu jako miejsca, które kupił neapolitański przedsiębiorca i przekształcił w safari dla VIP-ów. Coś wisi w powietrzu - jakiś ruch, decyzja, która ją nie tyle uczesze, lecz pozwoli zrozumieć, jakie konstrukcje piszczą w jej bujnych trawach. Lub przeciągnąć na stronę, o której pisze Ammaniti, a która nie jest stroną rajskiej Matyldy - do czego gdyby dojść miało, niech Villa Ada nadal dziczeje w swoim zapuszczeniu.