Przyznaję - kontekst, w którym znaleźli się Dante, Wergiliusz i Stacjusz, taras sodomitów, nie przystaje do historii Giordana Bruna, lecz nauka moralna, jaka płynie z tercyn tej pieśni proponuje jakiś sens, a co najmniej emfatyzuje śmierć szlachetnego mnicha. Najpierw Anioł (polszczyzną Porębowicza) zaprasza poetów do wspinaczki na szczyt góry czyśćcowej przez płomień:
Wprzód was ukąsać musi żar ognisty,
Duszyczki święte, chcące do tej bramy...
... następnie Dante taką oto obserwuje scenę i taką słyszy zachetę:
Twarz pochyliwszy na splecione dłonie,
Poglądam w ogień i w mej wyobraźni
Widzę skazańca, jak na stosie płonie.
Aż towarzysze, świadki mej bojaźni,
Zwrócą się do mnie: "Synu, próżna trwoga!
Nie śmierci tutaj czekaj, jeno kaźni -
Rzecze Wergili. - Wszak z otchłani proga
Na Gerionie przewiozłem cię snadnie,
Cóż tu dopiero, gdzieśmy bliżej Boga?
Choćbyś lat tysiąc w tych płomieniach na dnie
Gorzał i wionął jako wiór paździerzy,
Wiedz, że włos jeden z głowy twej nie spadnie "
Któż wie, czy niemal (z dwumiesięcznym odchyleniem) dokładnie w 300. rocznicę wędrówki Dantego, nie roił sobie Giordano przed trybunałem inkwizycji, że zapewnienie Wergiliusza, gwarancja przetrwania pomimo płomieni, skierowane jest również do niego. Stawał wszak przed nim z odwagą i dumą. Do egzekucji doszło 17 lutego 1600 roku, i jeszcze tego samego dnia, pod świeżym wrażeniem wydarzenia, Kaspar Schoppe, lurteranin dopiero co nawrócony na katolicyzm, w liście do Konrada Rittershausena pisał, że 9 lutego Bruno został zaprowadzony przed sąd, że wysłuchał wyroku na klęczkach, a na koniec powiedział: "... bardziej boicie się wydawać wyrok, niż ja go słuchać". A pocieszyciele z Arcybractwa Ścięcia Świętego Jana opisywali, jak od 6 rano próbowali go skłonić do skruchy przy wsparciu ośmiu zakonników z czterech różnych klasztorów, lecz ten "tak dlugo wytrwał w swoim uporze, aż przez ministrów sprawiedliwości został zaprowadzony na Campo de' Fiori, i tu, obnażony i przywiązany do słupa, został spalony żywcem, wciąż w asyście naszego Bractwa, które wznosiło litanie, a pocieszyciele aż do ostatka go pocieszali, by pozbawić uporu, z którym w końcu zakończył swoje nędzne i nieszczęśliwe życie".
W okolicach roku jubileuszowego, za przyzwoleniem albo z decyzji Klemensa VIII, ludzi tracono wielu. W 1600 zostały stracone 32 osoby, rok wcześniej 48, rok później 21. Wyroki inkwizycji wykonywano nie tylko na placu Campo de' Fiori. Miejscem, które wykorzystywano najchętniej, był most i plac przed Zamkiem św. Anioła, gdzie, jak może pamiętasz, Wędrowcze, kilka miesięcy wcześniej ścięto głowy kilkorga członków domu Cenci, w tym Beatrice. Anna Foa, we wspaniałym szkicu o Giordano Bruno ("17 febbraio 1600 - Il rogo di Giordano Bruno", w: "I giorni di Roma, Laterza 2007") pisze, że wszystkie egzekucje w Rzymie i na całym półwyspie gromadziły tłumy, i tylko w Wenceji chętniej niż z ognia, przy procedurze śmiertelnej korzystano z wody, a zamiast doświetlać horror dziennym światłem, okyrwano go kirem głębokonocnego cienia. Autodafé, czyli publiczne samopotępienie, odbywało się zwykle u dominikanów w Santa Maria Sopra Minerva, pięknej świątyni przy Panteonie, którą pamiętamy z pięknych i bezkrwawych zwiastowań Filippina i Antoniazza.
Nie będziemy mówili o procesie Giordana, który opisany i reinterpretowany był nie raz i nie tysiąc. Był również negowany, który to absurd oddaliło ostatecznie wyjście na jaw dokumentów wspomnianego Arcybractwa św. Jana. Był również przedmiotem sporu. Najbardziej ostry konflikt o Giordana wybuchł po zjednoczeniu Włoch, czyli po omawianym już w „Rzymskiej...” epizodzie Porta Pia, kiedy to nowe, antyklerykalne państwo postanowiło wystawić wolnomyślicielowi pomnik, a papież Leon XIII szantażował Miasto grożąc, że jeśli pomnik stanie, on przeniesie stolicę Kościoła poza Rzym. Ostetecznie pomnik stanął w 1889 roku, i należy do najbardziej sugestywnych rzymskich posągów. Ponury człowiek w kapturze, bardziej niż mnicha przypomina komandora z Don Giovanniego, posiada też surowość niezrozumianych bohaterów, odosobnionych w głoszonej prawdzie, którzy bardziej niż nadzieją na pośmiertne zwycięstwo prawych, tchnie wzgardą dla oportunistów. Pisze Anna Foa, że spór o Giordana powrócił po podpisaniu paktów Laterańskich, kiedy katolicy zażądali usunięcia pomnika, lecz, co dziś przyjmujemy z uśmiechem, w imię wolności przekonań sprzeciwił się temu Benito Mussolini. Jan Paweł II w 2000 roku, w liście do uczestników kongresu poświęconego Giordanowi, wyraził "mea culpa” za metody walki z jego poglądami, lecz z dystansem do samych poglądów. Co w tej nauce mogło niepokoić najbardziej? Człowiek, który, jak ja, nie jest historykiem filozofii, może domyślać się, że współczesną mu inkwizycję mógł razić sam język i energia dociekań, niepoddany żadnym przedustawnym założeniom kierunek myślenia, bez względu na to, czy ostatnią stacją okaże się nieskończoność, czy może paradoks lub absurd, a nawet perspektywa światów równoległych do tego, na którym żyjemy. Lecz prawdziwe przyczyny wydania wyroku były może prostsze, wulgarnie polityczne - oskarżyciele Giordana chętnie referowali wypowiedzi, w których mówił, „że działanie, jakie stosuje obecnie Kościół, nie jest tym samym, jakie stosowali apostołowie, albowiem ci nauką i dobrym przykładem nawracali ludzi, a teraz kto nie chce być katolikiem, doświadcza kar i cierpień”.
Mamy swoje dobre powody, by pamiętać Campo de' Fiori - wiersz Czesława Miłosza, gdzie "Kosze oliwek i cytryn, / Bruk opryskany winem / i odłamkami kwiatów". Do powodów najważniejszych, o których nie ma co nawet wspominać, dorzucę pomniejszy, nieznany. W ostatnich dwóch latach życia Czesława Miłosza bywałem u niego na Bogusławskiego w Krakowie. Przed którymś spotkaniem troskliwa asystentka poety, Agnieszka Kosińska, prosiła, bym przygotował ciekawe opowieści, możliwie zabawne, ze względu na jego skłonności do depresji. Posłusznie, w tym duchu, spytalem Miłosza, czy wie, co działo się na Campo de' Fiori w 1943 roku, kiedy on sam był fizycznie w okupowanej Polsce, lecz duchem i myślą tutaj i tam, w Warszawie z widokiem na płonące getto i w Rzymie z widokiem na płonącego Bruna. Pytanie zaskoczyło go i zaintrygowało, więc powiedziałem, że w tym samym 1943 roku kręcono tam flm "Campo de' Fiori", według scenariusza pisanego przy udziale Federica Felliniego, a sam Fellini podobno przesiadywał na placu i na poczekaniu sztukował dialogi. Poeta poprosił o opis fabuły, który dostarczyłem mu mailem, a brzmiał on mniej więcej tak: "w sprzedawcy ryb z Campo de' Fiori kocha się kwiaciarka, ale on kocha się w pani z bogatszych sfer, mającej dziecko z mężczyzną, który ją porzucił; młody rybak zajmuje się dzieckiem tej pani, dzięki czemu jest przez nią tolerowany, lecz tylko do chwili, kiedy do pani wraca pan, który ją zostawił z dzieciątkiem, i dopiero wtedy do odstawionego sprzedawcy ryb dociera, że kobietą stworzoną dla niego jest zakochana w nim kwiaciarka z Campo de' Fiori". Dodałem, że w filmie gra Aldo Fabrizi i Anna Magnani, późniejsi bohaterowie filmu "Rzym, miasto otwarte". Podczas następnego spotkania Miłosz odwoływał się do fabuły Felliniego ze śmiechem, którym potrafił się zanosić, jak nikt. A co do wiersza, to podobno widniał na placu, na tablicy przy kinie Farnese, lecz, jak twierdzi szef kina, tablicę z wierszem rozbiła cieżarówka dowożąca towar na targ. Podobno w przyszłym roku da się tablicę przywrócić.
Jak za Giordana, jest Campo de' Fiori wciąż miejscem targu, zwłaszcza w soboty. Jest też miejscem młodzieżowych, sobotnich pijatyk, po których nierzadko w ruch idą scyzoryki. Jest na Campo kino Farnese, jest kilka barów i restauracji, z których najlepiej pamiętam Taverna del Campo, bo przesiaduje tam reżyser Ferzan Ozpetek, a przysiadał Ryszard Kapuściński. W październiku 2006 roku w kinie Farnese na Campo włoscy poeci czytali wiersze Kapuścińskiego, a on sam wygłosił chyba najdłuższy akt swojej wiary w poezję. Kiedy siedzieliśmy na placu przed Taverna del Campo, przygotowującego się do spotkania reportera-poetę sfilmowała telewizja hiszpańska, która przyjechała do Rzymu z jakimś tam dziennikarskim zadaniem i go rozpoznała. Jest też na Campo księgarnia Fahrenheit należąca do wydawnictwa pod tą samą nazwą, które wydaje m.in. książki Olgi Tokarczuk. I jeśli mogę Ci coś, Wędrowcze, polecić, to usiądź w sobotę przed Taverna del Campo, i poobserwuj turystów, którzy wchodzą na plac z niejasnym podejrzeniem, że wiąże się z nim jakaś tajemnica, rozglądają się, i w większości tajemnicy znaleźć nie mogą. Tajemnica miejsca tego owszem, istnieje, lecz wyzwala się dopiero za trzecią wizytą i, zwłaszcza pod słońcem wiosennym, rozchodzi się refleksyjnie po kościach.