Prawie każde wydanie "Boskiej Komedii" zawiera plan zaświatów, które stanowią jakieś tam osiągnięcie wyobraźni rysowników, którzy na dawne, powszechne wyobrażenia o kosmologii nanoszą szlaki poety i jego opiekunów, miejsca, gdzie spotykał dusze potępionych, czyszczonych, zbawionych. Piekło jest dołem pod Jerozolimą, Czyściec górą po drugiej stronie Ziemi, ze szczytem Raju Ziemskiego, nad którym w doskonałą harmonię układa się róża niebios. Dante wielokrotnie mówi o materii zaświatów, nazywa glinę, krew, wodę i skały, lecz trudno myśleć o tych przestrzeniach poważnie, jak o miejscach z tych samych iłów i płynów, którymi sami jesteśmy otoczeni, podobnie jak trudno myśleć o duszach, że Dante widzi jak tak, jak gdyby były ludźmi żyjącymi wciąż po tej, naszej stronie życia. Trudno uwierzyć w to samemu Dantemu, który na widok wychudzonych karą obżartuchów pyta (narzeczem Porębowicza):
Jak się to może dziać, iż widma chudną
W bycie, gdzie winny być na głód wytrwałe?...
I otrzymuje od Stacjusza wykład dotyczący nie tylko pośmiertnej formy istnienia, lecz również samego poczęcia, stawania się człowiekiem z krwi zmieszanej kobiety i mężczyzny, oraz innych zagadnień genetyki i eschatologii, o które każdy z nas chciałby zapytać kogoś, kto wie, lecz tak jak wtedy wiedziano, kiedy w biologię zakrada się Pan Bóg, teraz już nikt tego nie wie, pozostają nam więc pytania Dantego i odpowiedzi starożytnych poetów. I pozostaje nam Rzym z jego materią stworzoną przez Boga i ludzi, jako frapująca ilustracja tego, co dzieje się tam, w zaświatach, do jednego z których trafi kto wierzy.
Zaświadcza Dante w pieśni, którą czytamy, opisującej przejście z szóstego tarasu na siódmy, od obżartuchów do rozwiązłych, że kiedy tak poeci wspinają się skręcając wciąż w prawo
Cały bok góry płomieniami zieje,
A zaś od brzeżka pęd silnej wichury
Na powrót spędza ognistą zawieję.
Nie jest tu Porębowicz precyzyjny, wyjaśnijmy więc, że ta ściana ognia po prawej strony zmusza wędrowców, by szli przy samej krawędzi drogi, po lewej, ryzykując, że zwalą sie w przepaść. I przychodzi mi do głowy pod wpływem tej ściany płomiennej, że gdybym nie był tak zwanym "kolegą po piórze"(czy, jak zauważył dawno Krzysztof Mętrak, "po klawiaturze"), lecz po kamerze, epizod drugi ekranizacji "Boskiej Komedii" kręciłbym na rzymskim Gazometrze, który z włoska nazywa się gazometro albo gazometro, i należy do najbardzej sugestywnych konstrukcji Rzymu.
Rzymskiego Gazomierza - jednego z czterech, jakie poustawiano gęsto w pierwszych dekadach XX wieku jak wiatraki, z którymi walczył Don Kichot, tego największego, o wysokości prawie 100 metrów - trudno nie zauważyć, choć da się go zlekceważyć, tak koronkową, zwiewną ma konstrukcję, tak podatną na wtopienie się w mgłę. Z góry widać go na przykład z Gianicolo, sprzed kościoła San Pietro in Montorio, czyli z miejsca, gdzie ukrzyżować miano świętego Piotra, a pochować głowę Beatrice Cenci, ostro po prawej stronie. Lub - wciąż po prawej, lecz już na równi z naszą patrzącą głową, nie z góry - kiedy się jedzie po via Ostiense od Piramidy do bazyliki świętego Pawła za Murami. Lecz najpękniej widać go znad Tybru, nad którym stoi w dzielnicy Ostiense, w miejscu, gdzie "rzeka-blondyn" nie jest już turystyczną atrakcją, lecz kanałem do przetrzymywania naprawianych łodzi i barek, fabryczną rampą, tłustą podłogą produkcyjnej hali. I są w tym miejscu obie strony Tybru jednością, dwiema częściami przemysłowego skansenu, gdzie na wprost Gazometru w Teatr India przemieniono starą fabrykę mydła i świec Mira Lanza, a sam gazometr A gazometr chyba tylko w makietę Czyśćca właśnie, bo w nic innego. Pomiędzy jednym brzegiem a drugim przerzucony jest stalowy mostek, nie wiem, czy nadający się do użytku, po obu stronach pełzają stare warsztaty, pawilony, magazyny. Na brzegach rośnie bardzo dzika trawa.
Skoro już wykradliśmy się na drugą stronę rzeki, na wprost Gazometru, powiem dwa słowa o teatrze, do którego przyjść warto, choć dojechać wcale łatwo nie jest. Należy Teatro India do instytucji Teatri di Roma, której główną placówką jest słynny Teatro Argentina na Largo Argentina, w samym centrum, kilkanaście metrów od miejsca śmierci Juliusza Cezara. Teatr India jest wobec eleganckiego Argentina sceną alternatywną i młodą. W hangarze hali starej fabryki są dwie sale, przedzielone ścianą, a nad nimi trzecia, przeznaczona do prób i do tańca. Oddzielona od niej trawnikiem struktura zawiera księgarnię i małe kino, w którym pokazywano dwa miesiące temu filmy Wajdy oparte na prozie Iwaszkiewicza (Argentina gościł wtedy adaptację sceniczną "Panien z Wilka"). Otaczają je inne widmowe ruiny, które zgliszcza antyku przywodzą na myśl nie tylko mnie. Źródłem porównania hal fabrycznych sprzed wieku i ruin sprzed wieków dwudziestu jest fundamentalna funkcjonalność, prostota konstrukcji i materiału, stateczny rytm walących się filarów i kolumn. I oto wychodząc z ogrodu industrialnej archeologii Teatro India na Tybr, stajemy przez najwspanialszym widokiem Gazometro.
"Nowym Koloseum" nazywa go Ferzan Ozpetek, reżyser, który mieszka w jego cieniu od prawie 30 lat i spaceruje po tamtych terenach kiedy chce rozplątać węzły osobistych swych napięć. Mówi mi zresztą Ozpetek, że od kiedy nakręcił w tej dzielnicy film "On, ona i on", ceny mieszkań tu wzrosły, a snobizm bogatych przedstawicieli wolnych zawodów, ukierunkowany dotychczas na Zatybrze, zyskał swój drugi kierunek. Gazometro i pobliska restauracja Al Biondo Tevere, w której Pasolini jadł z Pino Pelosim zanim pojechali do Ostii i doszło pomiędzy nimi do śmiertelnej rozprawy, należą też do świętych pasoliniańskich scenerii, symboli zamordowanej wesołości proletariatu. "Koloseum XX wieku" nazwał Gazometr w 2006 roku ówczesny burmistrz Walter Veltroni, inaugurując przy nim Białą Noc - noc kulturalnego szaleństwa w środku lata. I wtedy właśnie, przy tej okazji, Gazometr wspiął się na szczyt sławy, kiedy znak do rozpoczęcia białej nocy kulturalnej dało jego rozświetlenie. Autorem iluminacji był artysta Angelo Bonello. Za pociągnięciem wajchy, na wielkim, ażurowym bębnie Gazometro zapłonął ponad milion lampek, rysując coraz to nowe układy wypisz wymaluj jak z alkoholowego widzenia słonika Dumbo: kręgi poziome skaczące i opadające, kreski ukośne to w lewo, to w prawo, po dwie, po trzy, po dziesięć, aż na zakończenie pokazu objawił się Gazometro jaki jest i czym jest - szkieletem rur, pozbawionych już gazu i funkcjonalnego znaczenia, wypełnionuch na nowe igrzyska i chleby światłem widocznym z 10 kilometrów. I na tę jedną noc zmienił nazwę - z Gazometro na Luxometro.
Nie wiem, jak wejść do ogromnego bębna gazometru, nie dostrzegam schodów wplecionych w rury po zapasowych zasobach miejskiego gazu, lecz one na pewno tam są, i doskonale wyobrażam sobie wspinających się po nich ruchem prawoskrętnym, pomiędzy ścianą rozognioną na święto Białej Nocy, a przepaścią środka, trzech poetów rozprawiających o tym, z jakiej mieszanki powstaje ludzka glina, i z jakiej interwencji ożywia ją boski płomień, i wyobrażam sobie tę chwilę, kiedy doszedłszy na szczyt, rozstają się, bo dwóm starcom wypada zostać gdzie byli, a nad trzydziestopięcioletnim lirykiem, który właśnie staje się epickim pieśniarzem, Beatrycze otwiera niebo Rzymu.