Dochodząc do granic tarasu z obżartuchami, Dante (wciąż w towarzystwie Wergiliusza i Stacjusza) widzi kolejną jabłoń. Dusze głód czyśćcowy cierpiące sięgają po jej owoce, a ona (polszczyzną Porębowicza) szumi:
"Kto idzie, niech się nie zbliża, niech stroni!
Wyżej jest jabłoń, z której jadła Ewa;
To jest latorośl pozostała po niej."
Następnie trójka poetów, przeszedłszy więcej niż tysiąc kroków, słyszy wskazówkę Anioła:
"... Abyście się dźwigli,
Trzeba wam po tej obrócić się zboczy
Tędy szli, którzy pokoju dościgli."
Widzenie jego porwało mi oczy,
Więc ku mym mędrcom nachylałem głowy,
Jak człowiek ślepy, co za słuchem kroczy.
A jako zwiastun jutrzenki, majowy
Wietrzyk nabrzmiały zapachami wionie,
Ssanymi z kwiecia łąki i dąbrowy,
Taki dech - czułem - omuskał mi skronie
Archanielskimi - czułem - zbudzon pióry,
I dał mi poczuć ambrozyjskie wonie...
Ktokolwiek wspinał się na Awentyn od przełęczy dzielącej go od Palatynu, czyli od Circo Massimo, wzdłuż muru rysującego kontur Clivo dei Publicii, następnie wzdłuż via di Santa Sabina i, gdy pojawia się rzeźba bazyliki, skręciwszy w prawo, stanął na tarasie, który nazywany bywa ogrodem, przyzna mi rację, że właśnie to wzgórze, bardziej niż inne, ma swój odpowiednik w dantejskim Czyśćcu. Zwłaszcza w chwili, kiedy poczuje (ten ktoś, ten ktokolwiek) pragnienie na widok dorodnych pomarańczy na drzewach, wyciągnie po nie ręce i zostanie skarcony, bo owoców pod karą zrywać nie wolno, lub zdoła zerwać owoc, weźmie do ust i skrzywi się czując, że do jedzenia on nie jest.
Lecz to za chwilę. Obejrzyjmy się najpierw za siebie, na Circo Massimo i Palatyn, żeby docenić to, na co, Wędrowcze, zbyt rzadko w "Rzymskiej komedii" zwracaliśmy uwagę - krajobraz. Otwartą przestrzeń z pierwszym żywopłotem Palatynu, niespotykaną w żadnym innym mieście bryłę czystego powietrza, filtrującą majaki postaci, gmachów, wzniesień.
Odwróciwszy się ponownie plecami do Circo, tuż przed tarasem z drzewkami pomarańczowymi zobaczymy bramę i drogę w dół - Clivo di Rocca Savella. To droga w niezrównany sposób pozbawiona czasu. Bez żadnych znaków nowoczesności, bez latarni, barów, zegarów, biegnie zygzakiem do podnóża Awentynu, pod kościół św. Wincentego a Paulo, prawie pod Santa Maria in Cosmedin (ten od ust prawdy), i do przełęczy Circo Massimo, którą dopiero co opuściliśmy. To droga na skróty dla tych, którzy chcieliby przerwać wspinaczkę, kiedy tylko ją rozpoczęli. Lecz warto wytrwać.
W sezonie, kiedy schodzę tą drogą, żeby od razu powrócić na szlak, "Wietrzyk nabrzmiały zapachami wionie", jak u Dantego, bo, tak jak w Boskiej, właśnie rodzi się wiosna. Oparta o mur, który oddziela drogę od tarasu przy świętej Sabinie, siedzi inteligentna wariatka, żebraczka. Do ściany przylega jej szmaciany namiot, na gałęziach suszą się wyprane, wciąż brudne ubrania. Wracając na via di Santa Sabina, która prowadzi na szczyt Awentynu z placem Piranesiego i bramą Kawalerów Maltańskich, gdzie (o czym już mówiliśmy) Piranesi zostawił swój projekt eleganckiego placyku, myślę, że jest wariatka jedną z postaci, jakie zamieszkują ruiny na jego sztychach. I dowiaduję się przez nią czegoś więcej o narodzie Piranesiego, o tych jego - zarysowanych może tylko dla uzmysłowienia nam proporcji budowli, lecz tak zapadających w pamięć i tak długo jątrzących - złodziejach, żebrakach, alfonsach. Dowiaduję się, świdrując oczami zakapturzoną, natchnioną twarz niestarej, zniszczonej kobiety na Clivo di Rocca Savella, że między zabijaki wmieszane być musiały i rzymskie horpyny, awentyńskie sybille parkowe, jak ta, na którą patrzę, kiedy suszy ręce po daremnym praniu.
Tuż za początkiem Clivo, jako się rzekło, na via di Santa Sabina, jest taras, z którego cudnie widać Rzym po drugiej stronie Tybru. Zakole rzeki pozwala oglądać również znaczną część strony tej samej, lewej. Lecz o dachach Rzymu najlepiej będzie porozmawiać tam, skąd widok na nie jest najbardziej rozległy - na Gianicolo (Janiculum). Taras, który wieńczy alejkę im. Nino Manfrediego (arcyrzymskiego komika), jest jednym z kilkunastu miejsc, z których bez żadnych zasłon widać kopułę bazyliki świętego Piotra, i jednym z kilku, z których można z góry poobserwować Tybr, jego barwy i ruch. O Tybrze mówi się fiume biondo - "blondyn". Kto stoi na tarasie Manfrediego w początku kwietnia, widzi, że jest jasnozielony. Do postaci mętnego blondyna, czyli pochodnej brązu lub żółci, powróci jesienią. Lecz tym, co na skwerze zwraca uwagę największą, są wspomniane już zakazane owoce. Kiedy na wzgórze wchodzi się latem, kiedy upały sięgają 40 stopni lub więcej, pokusa obmycia rąk i stóp, skropienia czoła i podstawienia przegubów pod wodę nieustająco bijącej fontanny, jest nieodparta. Dla wielu równie nieodparta jest wola zjedzenia pomarańczy, które, jeśli ktoś się pokusi, mogą nie zasmakować. Nie są to bowiem pomarańcze zwykłe, lecz gorzkie, zwane melangolo albo citrangolo, w łacińskobrzmiących odmianach Citrus aurantium. Podobne w sumie do Citrus myrtifolia, z którego wytwarza się mój ulubiony napój o nazwie chinotto, natrętnie przypominający spijaną w dzieciństwie polo-coctę.
Wyszedłszy z tarasu, z ogrodu, nie wolno nie przyjrzeć się ceglano-pomarańczowym domom po drugiej stronie ulicy i zbiegającym w dół, do viale Aventino i via Marmorata, z podwórzami, w których kwitną inne ogrody i które razem - ogrody i domy - sprawiają, że całe wzgórze ma kolor słonecznozielony. Największe zjawisko Awentynu znajduje się jednak tuż za tarasem i jest nim bazylika Świętej Sabiny. Jak zauważyłeś, Wędrowcze, nie aspiruję tu do przewodnictwa, nie dążę do przekazania kompletu informacji. Zapisuję najmocniejsze wrażenia. Nie powiem więc w tym miejscu (ani pewnie w innym) ani słowa o świętym Jacku Odrowążu, wspomnę za to o cudzie drzwi z drewna cyprysowego, z drugiej połowy V wieku, z plakietami, wśród których znajduje się jedno z pierwszych przedstawień ukrzyżowania. Zobaczysz je, kiedy zadrzesz głowę i spojrzysz na lewy górny róg, lecz odległość nie pozwoli przyjrzeć się szczegółom tej sceny. Przećwicz więc najpierw oko na plakietach na wysokości wzroku, i dopiero potem spróbuj dojrzeć Chrystusa pomiędzy łotrami, z rękami przybitymi do powietrza, bez krzyży, z belkami zasugerowanymi jedynie przez kreski budowli w tle trzech Umęczonych z rozłożonymi dłońmi.
Lecz świętością największą świętej Sabiny i całego Awentynu jest mętna, zaćmiona soczewka powietrza, którym tam się oddycha, i widoczna przez nią słabo z początku schola cantorum ułożona z płyt pochodzących z kilku różnych wieków, od V do IX. Godzinami, dniami, pewnie również latami, gapiłbym się na sploty pnączy, winorośli, krzyży haftowanych w marmurze i przyszytych do obrusów kamiennych płyt jak wielkanocne koronki. Trzy mandorle splecione samoistnie jak broszka, dwie mandorle wokół krzyża, dwie mandorle w kolistych warkoczach... To wszystko coś znaczy. W książkach piszą co. Lecz patrzenie od czytania jest lepsze, bardziej rozumiejące. Wolne od gadania.