http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Rzymska komedia, Czyściec, Pieśń XXIII

Jarosław Mikołajewski
2010-04-09, ostatnia aktualizacja 2010-04-09 17:26

Człowiek

Rzym
Fot. Waldemar Gorlewski / AG
Rzym
Rzym
Fot. Waldemar Gorlewski / AG
Rzym
Muzea Watykańskie
Fot. Waldemar Gorlewski / AG
Muzea Watykańskie
RAPORTY
Czy zdarzyło Ci się kiedyś, Wędrowcze, wyczytać z jakiegoś stworzenia jego imię? Nie chodzi o napis w rodzaju "STOP" na znaku drogowym (który zresztą stworzeniem nie jest). Wszystko można napisać na wszystkim, słowo "świnia" na świni, słowo "mrówka" na mrówce, słowo "świnia" na murze, słowo "anioł" na świni, i za każdym razem, kiedy na czymś widzimy napis, czujemy, że tak jak tam jest - odpowiadając lub nie odpowiadając rzeczy swą treścią - równie dobrze słowa mogłoby nie być, mogłoby być zupełnie gdzie indziej, a zamiast niego mogłoby widnieć całkiem inne słowo lub zwrot.

Kiedy pytam Cię, Wędrowcze, o to, o co pytam, chodzi mi o słowo wpisane w kogoś lub w coś naturalnie, tak że w kształcie drzewa widzisz słowo "drzewo", w konturze psa słowo "pies", w kłosie "kłos", w kwiecie "kwiat". Nie widziałeś pewnie niczego takiego i wcale się temu nie dziwię, bo gdyby taka adekwatność słów i desygnatów była zasadą świata, wielojęzyczne musiałyby być nie tylko słowa, lecz również kształty, i kwiat we Włoszech wyglądałby jak zapis słowa "fiore", w Anglii jak "flower", a w Polsce jak "kwiat". I gdzie kwiat byłby wówczas ładniejszy?

W którym miejscu na świecie świnia bardziej świńska, a ziemia ziemska?... Dziwne pytania, dziwne rozważania, prawda? Absurdalne. A przecież jest coś, co ma wygląd słowa, które go określa, i co tym, kim jest, jest tym bardziej, im wyraźniej to wpisane weń słowo widać. Chodzi rzecz jasna o tę anomalię, jaką jest człowiek, w którego twarz, jeśli jej się przyjrzeć choć trochę, nawet niestarannie, wpisane jest jego imię - "O" oka prawego, "O" oka lewego, i spinające je, jak jaskółka skrzydłami, dwa łuki litery "M". "OMO" - człowiek we wczesnowłoskiej lub późnołacińskiej wersji, właśnie tej, którą stosował Dante, gdzieś pośrodku dzisiejszego "UOMO" i wcześniejszego, klasycznego "HOMO".

Na tarasie żarłoków, którzy, zgodnie z zasadą sprawiedliwego Bożego odwetu, cierpią okrutny głód, tak oto (w przekładzie Porębowicza) opisuje ich autor "Boskiej":

Jama ich oczu ciemna i zapadła,

Twarz blada, postać była wycieńczona

Tak, że się skóra wprost na kościach kładła / /.



"Chyba - myślałem - ci w bożym dekrecie

Z Jerozolimy uszli oblężenia,

gdzie matka z głodu jadła własne dziecię."



Jako popsuty pierścień bez kamienia

Były ich oczy; kto chce czytać "OMO",

w twarzy poznawał tu "M" bez wątpienia


"Zabijcie człowieka, a będzie jeszcze bardziej człowiekiem", pisał 600 lat później Elio Vittorini. "Ecce homo", powiedział Piłat o 1300 lat wcześniej wskazując wymęczonego Chrystusa. W tłustych żarłokach Dante człowieczeństwa nie widział. Ujrzał je dopiero w nieżywych, kiedy głód wydobył na powierzchnie ich twarzy ostry wyraz "OMO".

Chodzę po Rzymie i szukam dantejskiego człowieka. Przed myśliwymi reporterskiej prawdy zastrzegam się od razu, że moje spostrzeżenia nie pochodzą z jednego spaceru, lecz z kilku, kilkunastu, pewnie więcej niż stu. Chodzę więc (czasem jeżdżę, nie w tej chwili, lecz w ogóle - uściślam dla tych samych myśliwych) po Rzymie i szukając człowieka, nie znajduję go tam, gdzie zdawałoby się to najłatwiejsze, czyli w obozowiskach nomadów. Na przykład u stóp Monte Mario od strony Prati, gdzie rozbili się w krzakach w siodle pomiędzy zboczem a wiejskimi zabudowaniami florenckiej rodziny Strozzi (obecnie opuszczonymi).

Na mój widok ktoś się chowa w szałasie, ktoś do mnie się zbliża, i ten ktoś ma wypisanego na twarzy nie człowieka, ale poganiacza ludzi, tresera, właściciela żebraków. Wracam do samochodu zaparkowanego po drugiej stronie Casina Strozzi, odjeżdżam, na pierwszym skrzyżowaniu podchodzi do mnie stary mężczyzna w kapeluszu i z kozią brodą. Należy pewnie go bandy Tresera, który wyszedł mi na spotkanie, lub jakiegoś innego z tej kasty, która w Rzymie liczy się pewnie na setki. Na twarzy brodacza dałoby się niby dostrzec człowieka, bo brwi ma ostre, twarz pooraną tysiąckrotnym cierpieniem, ale obraz zakłócają przymrużone oczy, rozpuszczone w fałszywie błagalnym spojrzeniu.

Najbardziej ludzki brodacz stoi, jadąc nadtybrzem na północ, za Ministerstwem Marynarki Wojennej, na rogu via di Belle Arti, ale i on ma rozmyte oczy, nieporównanie mniej autentyczne od oczu psa, który żebrze o szynkę ze stołu. Pewnie sam Treser uczy ich robić takie półpsie oczy, i nic dziwnego, że efekt jest żałosny. Brodacz z Czarnogóry ma dumną twarz górala z drzeworytu Skoczylasa, honor w kręgosłupie, i Bóg wie kiedy podjął decyzję - albo Treser ją podjął za niego - że trzeba wyjść z dumnej i biednej skóry, zejść z gór i założyć szatki skrojone na miarę wyobrażeń o żebrakach, jakie przywożą ze sobą do Rzymu turyści, o chrześcijanach jakichś elementarnych obrządków, kreślących przykurczone krzyże, składających spracowane, okaleczone ręce.

Na tym samym skrzyżowaniu via di Belle Arti, prowadzącej od bulwaru do góry, pod Monti Parioli, pod muzeum etruskie Villa Giulia, do Villi Borghese i zoo, równie rozmyty obraz człowieczeństwa obnosi bardzo ładna mama z bardzo ładnym dzieciątkiem na ręku, stylizowana na Madonnę z Jezuskiem, lecz znudzona, podtykająca główkę synka pod szyby aut z nieskrywaną pogardą dla kierowców. Najwięcej z "OMO" ma bywająca na tym samym skrzyżowaniu kobieta w nieokreślonym wieku, chyba dość młoda, owinięta w chustę, o makabrycznie powykręcanych rękach i nogach. Należy do innej bandy Tresera, tego lub innego, o której mówi się wstydliwie i rzadko, do której rekrutuje się kaleki oszpecone szczególnie jaskrawie lub kaleki, które są kaleczone celowo, żeby wzmocnić ich siłę wyrazu - rzecz jasna wyrazu "człowiek".

Zastanawia mnie, gdzie oni to robią. Oni - Treserzy. Łapię się na tym, że kiedy zdarza mi się trafić na obszary baraków, jak ostatnio w okolice portu w Ostii, niedaleko miejsca gdzie zginął Pasolini, lub przy starej gazowni (Gasometro) na wprost albo wokół Teatro India, który kiedyś był fabryką mydła, poddaję się niedorzecznym przeczuciom, że w blaszanych i ceglanych pawilonach ktoś w tej samej chwili łamie komuś nogi, żeby przekręcić i pozwolić się zrosnąć w przejmującym wygięciu, które na twarzy torturowanego zakwitnie jaskrawym i budzącym litość skuteczną, najczystszym w swojej postaci słowem "OMO", człowiek.

Widzę echo tego słowa w oczach matek z dziećmi, w twarzach brodaczy, lekceważących mnie bezczelnie pozorną uległością mężczyzn myjących szyby samochodów, naturalnych i sztucznych kaleków, lecz litery, przy całym autentyzmie rodowodów i przyczyn, niewolniczego cierpienia tych ludzi, zacierają się w sztuczności wyuczonych grymasów. Wyraźniej rysuje się "OMO" na twarzach narkomanów na via del Corso, umierających ze swoimi apatycznymi psami, dopóki ich nie podniesie i nie wywiezie policja. Lecz najwyraźniej na twarzach świętych Hieronimów, choćby u Caravaggia w Gelerii Borghese, gdzie zasuszony tłumacz Pisma świętego przerzuca żylastą rękę, uzbrojoną w piórko, do czaszki, na której o, jak widoczna jest wczesnowłoska wersja wyrazu "człowiek"! A jeszcze mocniej na Hieronimie, który jest w pinakotece watykańskiej, na jedynym obecnym w Rzymie obrazie Leonarda. Starzec pustyni ma lwa, nie ma czaszki. Sam jest czaszką, a suchą ręką robotnika, przerośniętym kamieniem pięści bije się w pierś, a do wysuszonego jego człowieczeństwa dostosowała się sama materia farb, pozbawiona kolorów, sprowadzona do odcieni brązu i żółci, z daleką domyślnością zieleni tła. Oto człowiek, oto i jego natura.

  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':