Jeszcze w pieśni poprzedniej Dante opisuje trzęsienie ziemi, które znajduje swoje wyjaśnienie w pieśni następnej. Oto sejsmiczny fakt (w przekładzie Agnieszki Kuciak):
... nagle grzmot mnie dobiegł z niedaleka;
góra zadrżała... /XX, 127-128/ Oto pytanie, które Wergiliusz stawia Stacjuszowi (poecie rzymskiemu, który przez jakiś czas będzie dotrzymywał towarzystwa wędrowcom):
Ale mi powiedz, znasz tę górę może:
czemu się trzęsła tak i darła głucho
od łba po stopy, które liże morze? /XXI 34-36/ Oto część odpowiedzi Stacjusza:
... drży, gdy dusza z grzechów się umyje
i już czyściutka rusza tam, gdzie święci... /XXI 58-59/ Wspomniałem już w "Rzymskiej" o trzęsieniu ziemi, na gorąco, w kwietniu 2009 roku, na marginesie Pieśni V Piekła - pewnie bez związku z "Boską", lecz trudno mi było nie wspomnieć, skoro je właśnie przeżyłem. I czuję, jak żałosne byłoby opisywanie własnych przeżyć wywołanych trzęsieniem ziemi w Aquili i tylko odczuwalnym w Rzymie wobec strachu, cierpienia i śmierci tak wielu ludzi, a przecież obudzić się pomiędzy 3 a 4 w nocy, zobaczyć rozkołysany żyrandol, zaspane dzieci, które niepewnym krokiem weszły do naszej sypialni, wyczekiwanie na koniec tego drżenia (kilka minut to cała epoka), włączenie telewizora, przyjmowanie pierwszych wiadomości o kataklizmie, który właśnie miał miejsce o 100 kilometrów od Rzymu, a sam Rzym tak odczuwalnie rozedrgał, nie pozostawia bez śladu.
I jeszcze to kolejne trzęsienie ziemi, zaledwie zasygnalizowane przez media, dwa tygodnie później, z epicentrum pod Zamkiem świętego Anioła, o 200 metrów od świętego Piotra z jednej, a od Instytutu Polskiego z drugiej strony, po którym inżynier z Agencji Mienia Państwowego przyszedł i powiedział, że 2,4 w skali Richtera to tyle co nic, a jednak rozjechały się belki i naszą siedzibę trzeba spinać stalowymi linami. Wtedy też, co wyjawił mi kościelny od San Carlino, zachwiało skutecznie kościółkami na Kwirynale, przez co Sant'Andrea al Quirinale, arcydzieło Berniniego, w którym spoczywa święty Stanisław Kostka, na jakiś czas został zamknięty.
Nie pisałbym, i pisać nie zamierzam, o własnych przeżyciach, które wobec tego, co przeżyli (ci, którzy przeżyli) mieszkańcy Aquili, są zaledwie chwilowym zakłóceniem równowagi, nieoczekiwanym rezonansem, gdyby oto nie narzuciła mi się okazja do zasygnalizowania pewnej strony Rzymu, którą nazwałbym ekstremalną. A narzuciła się kilka dni temu, kiedy jadąc za Watykan zwykle nie przesadnie zatłoczoną via Gregorio VII, natknąłem się na korek, po kilkunastu minutach stania spytałem policjanta, co się dzieje, a on mi odpowiedział, że na środku via Anastasio II, na wysokości domu numer 282, zrobiła się nagła i niespodziewana, pięciometrowa dziura, i niewiele brakowało, a wpadłby do niej motocyklista. Późniejsze relacje w prasie wywołały serię listów od rzymian, którzy już na kilka godzin przed otwarciem się wyrwy odnotowali dziwne pofałdowania i prawie popadali ze skuterów, motorynek, motorów.
Służby miejskie informują, że dziura pod zapadniętym asfaltem ma 12 metrów głębokości i dochodzi do ścieku. Wyglądam przez okno i widzę auta wolno sunące nadtybrzem (lungotevere), w kierunku Watykanu, choć jesteśmy pewnie 5 kilometrów od dziury. A kiedy patrzę przez okno Instytutu, czyli Pałacu rodziny Blumenstihlów, przypominam sobie grudzień 2008 roku, niecałe półtora roku temu - wodę Tybru pozostawiającą pod mostem Cavoura bardzo wąskie światło, zalepiane przez coraz to nowe konary, zerwane łódki i śmieci, a pod innymi mostami, zwłaszcza w górę rzeki, w okolicach Ponte Milvio, grożącą natychmiastowym wylaniem.
Stojący na moście strażacy mówili, że woda ulicy raczej nie zaleje, ale są znaki pewniejsze niż opinie strażaków - szefowie instytucji położonych nad Tybrem zarządzili ewakuację dopiero na widok pracowników sklepu z dywanami, którzy zaczęli przenosić towar na wyższe piętra. Po wielkiej fali do dziś pozostały na gałęziach nabrzeżnych drzew brudnobiałe i szare papiery, może czyjeś wiersze lub listy, może mandaty, podania o przyznanie zasiłku.
Myśli, prowadzone śladem niepokoju i lęku, prowadzą mnie też do wspomnienia sprzed roku, kiedy córka wracała ze spotkania, a ja stałem na balkonie i drżałem, czy zdąży przed szybkimi chmurami, których najazd niósł ze sobą wielki wiatr, i tuż po jej powrocie usłyszeliśmy trzask łamiących się pinii. I do innego, sprzed trzech lat, kiedy na asfalt viale Tiziano, centralnej ulicy prowadzącej od Piazza del Popolo i Piazzale Flaminio do Audytorium, zarwał się kawał wzgórza, jednego z Monti Parioli, tego, który jest najbliżej Tybru. Z góry wyglądało to tak, że poszedłem z najmłodszą córką i psem do naszego psiego parku Villa Balestra i okazało się, że ćwierci trawnika już nie ma.
Piszę o tym wszystkim, literacko naprowadzony przez Dantego i jego zdziwienie, że ziemia drżała i nie drży, że takie wielkie było jego wrażenie, a tak pozbawione konsekwencji, bo jego wędrówka trwa dalej, życiowo natchniony przez dziurę w asfalcie na via Anastasio II, bo myślę, że Rzym jest miastem ekstremalnym, i pominięcie tego byłoby uchybieniem dla portretu miasta. I kiedy wspominam poprzedni odcinek "Rzymskiej", naszą krótką wizytę w Kaplicy Sykstyńskiej, myślę i o tym, że dwa z fresków pozostawionych w niej przez cudownych Signorellego i Ghirlandaia, przepadły w 1522 roku w następstwie zarwania się stropu, wywołanego przypuszczalnie przez miejscowe trzęsienie ziemi. I rozmawiając z rzymianami, mówiąc o rozszczepieniu stropów w Pałacu Blumenstihlów, któremu na szczęście udało nam się zaradzić, słyszę, że w wielu dzielnicach Rzymu domy wciąż stoją pionowo tylko dlatego, że spinają je klamry. A przeglądając kronikę Rzymu dowiaduję się, że trzęsienia ziemi wpisane są w dzieje Miasta bardziej, niż się o tym pamięta. Że w 476 roku ziemia drżała bez przerwy podobno przez 40 dni. Że w 801 roku potężne ruchy zniszczyły fragmenty Koloseum i bazyliki świętego Pawła, w 1348 roku - roku wielkiej zarazy, opisanej przez Boccaccia w "Dekameronie" - trzęsienie ziemi zniszczyło Rzym tak, że trzy lata później Petrarca pisał o widomych znakach Bożego gniewu. Że wobec zabójczego trzęsienia w 1703 roku rzymianie mówili o dniu sądu ostatecznego, a trzęsienie w 1915 roku wyszczerbiło Mury Aureliana, akwedukty i piękny kościół Santa Maria alla Scala.
A kiedy wpisuję do internetu słowa "trzęsienia ziemi" i "Rzym", dowiaduję się, że według przepowiedni, które bywają nazywane wyliczeniami, największe trzęsienia czekają Rzym w 2011, a zwłaszcza w 2012 roku, kiedy ma ono przybrać rozmiary apokaliptyczne.
Cóż, mój Wędrowcze. Czasami tak dziwnie zbiegną się myśli, pamięć o ziemi trzęsieniu, wiadomość o dziurze w asfalcie, wspomnienie burzy i wysokiej wody, że wydaje się trudne nie pomyśleć o Rzymie jako o miejscu gwałtownym, burzliwym, i wystawić temu Rzymowi krótkie świadectwo. I jedyną rzeczą, która wtedy rozgrzesza naturę, jest świadomość, iż po katastrofie sykstyńskiej w 1522, która zniszczyła dwa freski, przyszła znacznie większa, złupienie Rzymu w 1527 roku, za którą odpowiedzialność ponoszą wyłącznie ludzie.