Było tak: przyjeżdża ci do Rzymu Piotr Matywiecki, poeta i mędrzec, posyłam ci ja go do kościoła Santa Maria del Popolo (o którym wspominaliśmy nie raz) i każę oglądać Caravaggia w Kaplicy Cerasich, a ten wraca i mówi, że owszem, Caravaggio Caravaggiem, ale on ponad godzinę przestał przed Pinturicchiem, i to dla Pinturicchia właśnie, a nie dla Caravaggia, jest gotów przenieść kościół do Warszawy, żeby przychodzić do niego codziennie. Dlaczego to wspominam? Ano dlatego, że u Pinturicchia w Santa Maria del Popolo, w pierwszej kaplicy po prawej, ufundowanej przez rodzinę Della Rovere, a poświęconej świętemu Hieronimowi, jest scena narodzenia Pańskiego, a w Pieśni XX Czyśćca, w opisie przemarszu wędrowców przez piąty taras, gdzie dusze pokutują za skąpstwo, padają słowa sławiące ubóstwo żłóbka, które u Porębowicza brzmią tak:
"Maryjo!" - Wołał leżący na przodzie,
A była w głosie taka rzewna trwoga,
Jako niewiasty wołanie w porodzie.
Głos ciągnął dalej: "Byłaś ty uboga,
Co się widziało po stajence lichej,
Gdzieś powijała Wcielonego Boga."
Powie ktoś, że jeśli mam pretekst, by mówić o żłóbku, powinienem skupić się na bazylice Santa Maria Maggiore, w której już w V wieku Sykstus III stworzył grotę narodzenia Pańskiego, na wzór tej w Betlejem, i w której pielgrzymi wracający z Ziemi Świętej składali zdobyte jakimś cudem fragmenty żłóbka, do dziś przechowywane pod konfesją. Jeśli więc ktoś tak powie, proszę bardzo - się skupiam i mówię, że Santa Maria Maggiore pełniła często funkcję drugiego Betlejem w czasach, kiedy pielgrzymki do Ziemi Świętej były trudne lub niemożliwe przez stan stosunków z panującym nad nią politycznie i zbrojnie Islamem. I dodam, że w tej też bazylice pod koniec XIII wieku papież Mikołaj IV zlecił wielkiemu Arnolfo di Cambio ustawienie kamiennego żłóbka.
Mikołaj IV był franciszkaninem, bliski więc był mu sposób obchodzenia Bożego Narodzenia, który wprowadził święty Franciszek w 1223 roku w umbryjskim Greccio, a który jest wzorem dla dzisiejszych szopek - tak, jak dane je było przeżywać pasterzom. Stąd pewnie pomysł, żeby Arnolfo wyrzeźbił postaci, a także, by zaprojektował dla nich kaplicę. I scena przedstawiała się pewnie w ten sposób, że po jednej stronie, przy samym wejściu do kaplicy, święty Józef zapraszał do środka, a po drugiej dwaj królowie szli z darami do żłóbka, podczas gdy trzeci... Długo mogę sobie wymyślać, lecz tak naprawdę nie można mieć żadnej pewności, jak miały się do siebie kamienne postaci Arnolfa.
Nie zachowała się kaplica, do której wstawiono rzeźby ani plan ich ustawienia. Co więcej, pod koniec XVI wieku, kiedy przeniesiono je do podziemi Kaplicy Najświętszego Sakramentu (zwanej też Sykstyńską), przepadła gdzieś Matka Boska z Dzieciątkiem, rzucając wyobraźni zwiedzających najtrudniejsze wyzwanie. Pomyślmy bowiem: mamy świętego Józefa, mamy dwóch królów stojących i jednego klęczącego, mamy woła i osła. Gdzieś krzyżują się ich oczy, albo gdzieś błądzą, żeby się nie spotkać. Przed kimś się kłaniają, kogoś strzegą, czyjąś tajemnicą się cieszą, albo tylko ją odkrywają. Do kogoś przyszli, komuś chcą coś dać. A tego kogoś nie ma. A raczej jest, ale nie ten. Kto zechce zobaczyć żłóbek, zobaczy Matkę z Dzieciątkiem, tyle tylko, że nie są one dziełem Arnolfa.
Specjaliści mówią, że jego Maryja pierwotnie nie siedziała, tylko leżała, a obok niej, w żłóbku, był Jezus, jak na mozaikach ponad konfesją. I jeśli mają rację, to wół i osioł nie kłaniają się Matce i Dzieciątku, tylko wyciągają do Jezusa pyski i ogrzewają go swoim oddechem. A klęczący król nie jest królem pokornym, lecz czułym, który Dzieciątko chciałby pogłaskać, lecz wie być może już to, co po siedmiu wiekach zaśpiewa Fabrizio de André - że "starcy, którzy chcą głaskać dzieci, boją się, że wyrządzą im krzywdę...". Tak czy inaczej, mamy do czynienia z arcydziełem i gdybym miał wyznać, co robi na mnie w tej grupie największe wrażenie, powiedziałbym, że kamienność. Mam oko wprawne do żłóbka z plastiku, plasteliny, z fajansu, żłóbka na mozaikach, na rysunkach, w malarstwie. Do żłóbka w materiach miękkich. Czułość, jaką wyzwala noworodek w kamieniu, z taką siłą objawia mi się po raz pierwszy właśnie u Arnolfa. I ma to swój piękny, kamienny sens. I może sens ma tajemnicze zniknięcie Matki z Dzieciątkiem, bo Matki i Dzieciątka z kamienia nie są, za to twardzi jak kamień są ci, którzy czuwają przy nich lub idą, żeby złożyć im dary i pokłon.
Miała to być dygresja w drodze do Pinturicchia, a rozwinęła się do rozmiarów pół odcinka "Rzymskiej", lub więcej. Wracajmy do Santa Maria del Popolo, gdzie zostawiliśmy Piotra Matywieckiego, jako się rzekło poetę i mędrca. Otóż był Pinturicchio, autor tamtejszej Adoracji Dzieciątka, młodszym kolegą toskańsko-umbryjskiej awangardy, która najechała na Rzym po wyborze Franceska della Rovere na papieża, a zwłaszcza po 1475 roku, gdy jako Sykstus IV ogłosił Jubileusz (zrządzeniem Fortuny w tym roku urodził się Michał Anioł). Urodzony w Perugii, towarzysząc swojemu mistrzowi Peruginowi, znalazł się Pinturicchio wśród tych cudownych twórców - Botticellego, Ghirlandaia, Signorellego... - których Sykstus wezwał do malowania Kaplicy Sykstyńskiej, a ściśle jej pierwszego, najniższego poziomu, pod królującym tam obecnie Michałem Aniołem. Do dziś, na przeciwległych ścianach, możemy oglądać freski, które, jak się przypuszcza, nakładali w pełnym porozumieniu, ramię w ramię, według zaproponowanego przez Perugina, a przyjętego przez wszystkich równoległego planu - po lewej stronie ciąg historii Mojżesza (który wyprowadził Żydów z niewoli), po prawej historie Jezusa (który wyprowadził nas z grobu). Warto przypomnieć, że prócz wymienionych artystów, za Sykstusa, nieco wcześniej i później, w innych punktach Miasta, pracowali również inni twórcy z terenów na północ od Rzymu: Melozzo da Forli, Filippino Lippi, Andrea Mantegna i bliski im Antoniazzo, pozostawiając po sobie (o czym wspominaliśmy już przy Zwiastowaniu) nutę inną niż ta, którą zwykliśmy utożsamiać z Rzymem - radosną bez względu na malarski temat, o wyrazistych, doświetlonych rysunkach postaci.
Typowo rzymskich skłębień unika też Pinturicchio, który nie wiadomo, przy których realizacjach w Sykstynie (pewnie były to freski Perugina) maczał swój pędzel. Fresk, o którym wiadomo na pewno, że stworzył w całości, czyli adoracja w Santa Maria del Popolo, jest kompozycją wieloplanową, lecz harmonijną. Ludzi jest wielu, ale się nie szarpią, nie zakłócają sobie nawzajem uczestnictwa w zdarzeniu. Królowie idą do tego samego miejsca, na które patrzą Maria i święty Hieronim, i myśli, w których pochłonięty jest Józef, nie odciągają od Jezusa uwagi. Na niebie jest jeden anioł (a nie, jak lubił Rzym, zwłaszcza posoborowy, anielskie tłumy), który ma jedną rzecz tylko do powiedzenia pasterzom. Aura wczesnego poranka, ze śladami ustępującej mgły, mości Narodzonemu miękkie miejsce w pejzażu, łagodniejsze niż to, które znalazł w kamiennym świecie Arnolfa.
Kaplica świętego Hieronima, przed którą na tak długo zatrymał się Piotr (czy zachwycił go właśnie poranek?), została udekorowana na zlecenie kardynała della Rovere, bratanka papieża, i prócz adoracji posiada jeszcze jeden co najmniej skarb - kompozycje, które pokrywają pilastry. Otóż są one bodaj pierwszą nowożytną groteską. Kiedy w 1480 roku odkryto grotopodobne, zawalone salony złotego domu Nerona, Domus Aurea, Pinturiccho był w Rzymie i jako pierwszy wykorzystał odkryte w nich motywy we własnej dekoracji. Długopierzaste smocze ptaki, zwrócone do siebie tyłem, podtrzymują konstrukcję, na której stoi nagi chłopiec opasujący się chustą -podobny to motyw do dekoracji z Sali Achillesa w Domus Aurea, ale nie będę o tym opowiadać, dopóki Domu Nerona sam nie zobaczę, a nie widziałem, bo od kilku lat trwają w nim prace konserwatorskie, i Bóg wie, kiedy zaczną tam wpuszczać.
Pinturicchia w Rzymie oglądać można jeszcze w kilku miejscach, z radością największą pewnie w bazylice Ara Coeli przy Kapitolu, w kaplicy świętego Bernardyna ze Sieny, oraz w Palazzo dei Penitenziari przy via della Conciliazione, gdzie, żeby zobaczyć (a warto) niezwykle wyrafinowane dekoracje inspirowane mauzoleum świętej Konstancji, należy się umówić. A jeśli ktoś rozkocha się w Pinturicchio na dobre, Rzym musi uznać jedynie za przedpokój Umbrii i Toskanii, a zwłaszcza Spello i Sieny.
Długo by mówić, lecz pretekst zobowiązuje do dyscypliny, więc wspomnę tylko jeszcze o czymś, co dotyczy Matki Boskiej i Dzieciątka, czyli o niezwykłym fresku z komnat papieskich w Watykanie, który widziałem trzy lata temu podczas wystawy w Palazzo Venezia, a należy do prywatnej fundacji i przechowywany jest chyba w Perugii. Otóż na zlecenie najbardziej chyba dyskusyjnego (a raczej bezdyskusyjnego) papieża w dziejach Kościoła, Aleksandra VI z rodu Borgia, Pinturicchio namalował w jego apartamencie scenę na pozór bez zarzutu - Madonnę z Dzieciątkiem i z nim samym, z Aleksandrem. W rzeczywistości przedstawienie, o czym wiedzieli dobrze wszyscy współcześni, było dość perwersyjne, ponieważ do wizerunku Madonny pozowała kochanka papieża Giulia Farnese, do papieża sam papież, czyli na fresku Aleksander VI klęczał nie przed Madonną z Dzieciątkiem, lecz przed własną kochanką, z którą miał już zresztą dzieciątko. Fresk, który widziałem w Palazzo Venezia, nazywany jest Dzieciątkiem z Dłońmi, i to nie bezzasadnie, bowiem jest na nim sam Jezus (błogosławiący i śliczny), podtrzymywany przez dłonie. Dla zatarcia skandalu i usunięciu po nim wszelkich pamiątek, fresk Pinturicchia został bowiem poszatkowany, papież odcięty od Giulii i dziecka, a papieska kochanka od własnych dłoni, które trzymają Chrystusa. O całej sprawie pisał Giorgio Vasari, któremu prawie nikt jednak nie wierzył, a od trzech lat wierzą już wszyscy i amen.