http://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://wiadomosci.gazeta.pl/i/obrazki/google_search/sblank.gifhttp://bi.gazeta.pl/im/6/6164/m6164086.gif/i/obrazki/google_search/google.gif

Rzymska komedia, Czyściec, Pieśń XVII

Jarosław Mikołajewski
2010-02-26, ostatnia aktualizacja 2010-02-26 20:40

Dolce vita

Kąpiel Anity Ekberg w filmie Federico Felliniego
Fot. REPRO
Kąpiel Anity Ekberg w filmie Federico Felliniego "La Dolce vita" z 1960 roku
via Vittorio Veneto
FOT. MARYSIA MIKOŁAJEWSKA
via Vittorio Veneto
Fontanna di Trevi
Fot. Waldemar Gorlewski / AG
Fontanna di Trevi
RAPORTY
To chyba oczywiste, że ze "Słodkim życiem" kojarzę takie oto słowa Wergiliusza, kończące (w przekładzie Juliana Korsaka) pieśń XVII "Czyśćca":

Jest inne dobro, błyskotliwe zdaleka,

Które nie robi szczęśliwym człowieka,

Zwodna szczęśliwość! Bo jego treść marna

Nie jest owocem z dóbr wieczystych ziarna.

Miłość ujęta dóbr wiotkich więzami,

Czyni pokutę w trzech kręgach nad nami...


Po pierwsze dlatego, że jest "Dolce vita" najcelniejszym chyba filmem o "miłości ujętej dóbr wiotkimi więzami". Po drugie, jest Rzym Marcella Rubiniego (czyli Mastroianniego) Czyśćcem, a snucie się się po Mieście spalaniem w sobie owych "wiotkich więzów", całkiem bliskim Dantemu i jego pomysłom na oczyszczenie jeśli zważymy, że Marcello skupia w sobie obu Alighierich - tego, który tkwi w grzechu, i tego, który własne zepsucie z dystansem ogląda już w innych, jest równocześnie żywym trupem jeszcze i martwym rozpustnikiem wciąż, zgodnie z przeczuciem Felliniego, wedle którego "upadek jest konieczny do odrodzenia". Po trzecie, i nieostatnie, droga przez Czyściec prowadzi pod górę, wypisz wymaluj jak via Vittorio Veneto, ulica, która ze "Słodkim życiem" związana jest nierozerwalnie, jest jego osią, scenerią, istotą, życiem przed życiem oraz życiem pośmiertnym. A jeśli przypomnisz sobie, wędrowcze, dzieło Felliniego, i zwątpisz, że płaska ulica z filmu jest pochyłą via Veneto w życiu prawdziwym, zważ, że niektóre sceny "Dolce vita" kręcono w Cinecitta, gdzie Piero Gherardi stworzył jej wierną, choć płaską kopię, zdobywając zresztą przy tym Oskara.

Czym było słodkie życie we Włoszech lat 50. i początku 60. XX wieku? Epoką, która działa się na oczach Felliniego i której nadał imię swoim filmem. Szczytem - jak mówi krytyk Giuseppe Scaraffia - podniecenia, które wybuchło po drugiej wojnie światowej, próbą odzyskania straconych lat. W kraju okaleczonym przez faszyzm, rozliczającym się z własną historią i teraźniejszością w poetyce neorealizmu, potrzeba odreagowania zbiegła się z olśniewającym, prawie masowym napływem amerykańskich sław. Niższe koszty produkcji filmowej, klasa miejscowych artystów i techników oraz studyjne możliwości Cinecitta sprawiły, że producenci znad Pacyfiku chętnie fingowali swój Hollywood nad Tybrem, sprowadzając do Rzymu najgłośniejszych aktorów i reżyserów. Zwłaszcza, że znaczna część hollywoodzkich filmów osadzona była nad Morzem Śródziemnym: dość wspomnieć antycznopodobne "Quo vadis", "Kleopatrę", "Upadek cesarstwa rzymskiego", czy nie mniej stylowe, lecz już nie starożytne "Rzymskie wakacje".

Wzajemne przyciąganie amerykańskich i włoskich gwiazd oraz rzymskiej arystokracji przyniosło wybuchową mieszankę, która łatwo uderzała do głowy nie tylko bohaterom światowego życia, lecz również obserwatorom. I powoływało do życia nowe grupy zawodowe, żyjące z tego, co działo się na via Vittorio Veneto, za dnia przy stolikach na zewnątrz a nocami w łatwo dostępnych wnętrzach, gdzie przyciąganie to przybierało postać najbardziej intensywnych związków i zderzeń. "Przez Caffe Donney i Café de Paris - pisze Scaraffia w "Sole24Ore" - przetaczały się rzeki whisky. Kelnerzy bez zdziwienia obsługiwali aktorów z produkcji kręconych w nadtybrzańskim Hollywood, ubranych w tuniki i sandały. Szczyt, jak pisała Oriana Fallaci, następował około drugiej w nocy, kiedy intelektualiści kładli się spać, a nadciągały gwiazdy filmowe. Rossellini w Ferrari. Raf Vallone w Jaguarze. Anthony Quinn w Mercedesie. Zza lśniących drzwiczek wynurzały się diwy, na najlepszej drodze do wyczynów niezapomnianego pijaństwa, jak Anita Ekberg czy Elizabeth Taylor". Cudowny pisarz, przyjaciel Felliniego i współscenarzysta "Dolce vita" Ennio Flaiano notował: "Via Veneto już nie jest ulicą, lecz plażą, sunące auta są jak teatralne gondole, kawiarnie wylewają się z wnętrz na ulice, barokowe i żartobliwe rozmowy mają za temat rzeczywistość wyłącznie gastro-seksualną".

Oto dość typowa, choć też przełomowa scena z 1958 roku, zapisana przez dziennikarzy Enza Biagiego i Lorisa Mazzettiego: "młody fotoreporter, Tazio Secchiaroli, dostrzega w Café Paris na via Vittorio Veneto byłego króla Egiptu Faruka z Irmą Capece Minutolo i inną dziewczyną. Tazio dwukrotnie strzela fleszem, Faruk wstaje i wali go w twarz. Wywiązuje się bijatyka, utrwalona przez kolegę Secchiarolego o nazwisku Guidotti. Niedługo potem Tazio udaje się do Brik Top, nocnego lokalu, gdzie aparatem ukrytym pod marynarką fotografuje Avę Gardner i Anthony'ego Franciosę, którzy flirtują w ciemności. Także tym razem wywiązuje się awantura. W drzwiach reporter wpada na Anitę Ekberg, która po kolacji w Vecchia Roma wlecze do hotelu kompletnie urżniętego męża, Anthony'ego Steela. Nazajutrz w gazetach pojawiają się jego zdjęcia, doskonale wyeksponowane, i Secchiaroli rozumie, że trafił w sedno. On też będzie autorem zdjęć ze steapteasu, jaki Aiché Nana zrobiła w Rugantino". "Lecz z pewnością najbardziej łakomym kąskiem - pisze w "Il Messaggero" Aldo De Luca - są wielkie romanse z pierwszysch stron gazet. Wybuchowa i burzliwa love story pomiędzy Liz Taylor i Richardem Burtonem, która narodziła się na planie "Kleopatry", jest number one, najbardziej ekscytująca, i to ona przyniosła najwięcej zaszczytów i siniaków paparazzim, wściekłym psom, które nigdy nie wypuszczają kości z pyska".

To właśnie wspomniany streaptease tureckiej tancerki, w oparach alkoholu i narkotyków, w znanym lokalu na Zatybrzu, poprzedzony tańcem bosonogiej Anity Ekberg, podsunął podobno pomysł na film. Rytm opowieści i miejsce narzucił rytuał wędrówek, jakie Fellini i Flaiano odbywali z Villi Boghese przez Porta Pinciana w dół, wzdłuż via Veneto. Nie tylko na tej ulicy zbierali obyczajowy materiał do filmu. Bardzo wiele działo się w prywatnych salonach, a także w podrzymskim Fregene, nad morzem, w restauracji Mastino, w pobliżu miejsca, gdzie Alberto Moravia postawił dom. To w aurze podobnych spędów, podczas których śródziemnomorscy kochankowie kusili aktorki wizją romantycznych spacerów brzegiem morza, nie we Fregene co prawda, lecz w Torvaianica, została zamordowana w 1953 roku pretendująca do filmowej kariery ładniutka Wilma Montesi.

Należy do ówczesnego życia słodkiego również polski bohater, którego losy poznaję z zaskakującej książki francuskiego dziennikarza Samuela Blumenfelda - Michał Waszyński, znakomity twórca słynnych przedwojennych komedii i melodramatów, jak "Antek policmajster", "Papa się żeni", "Znachor", "Profesor Wilczur" czy "Serce matki". I "Dybuka", uchodzącego za najwybitnieszy film w języku jidysz. Po wojnie reżyser "Lo sconosciuto di San Marino" ("Nieznajomy z San Marino", 1948), w którym główne role grają ni mniej, ni więcej, tylko Anna Magnani i Vittorio De Sica. Mistyfikator, odkrywca talentu Audrey Hepburn, zdobywca fortuny, rzutki producent. W książce Blumenfelda (wyd. Polskie Świat Książki 2008 - polecam!), prócz historii jego życia (której poświecić wypadnie pieśń osobną), w tym niezwykle barwnego włoskiego rozdziału, znajdziemy rzymskie zdjęcia Waszyńskiego z najgłośniejszymi bywalcami via Veneto, m.in. Avą Gardner, Gregory Peckiem, Audrey Hepburn, Anną Magnani, Sophią Loren.

Fabuła "Słodkiego życia" jest znana - młody dziennikarz z prowincji przyjeżdża do stolicy po sławę, metropolitalną i środowiskową inicjację Marcella odmierzają coraz to nowe spotkania i epizody ze świata filmu, arystokracji i bogatego mieszczaństwa, który wirował wokół nadtybrzańskiej fabryki snów.

Nie będziemy opowiadać treści, którą, Wędrowcze, znasz pewnie na pamięć. Wspomnijmy tylko cztery sceny, które znaczą może więcej niż inne. Pierwsza to początkowy widok posągu Chrystusa, unoszonego nad miastem przez helikopter, który tym samym, symbolicznie, pozbawia miasto Boga i jego praw - równoważnik "zgubionej drogi" Dantego. Druga to kąpiel Anity Ekberg w Fontannie di Trevi, ironiczna w wymowie całego filmu, lecz ekstatyczna sama w sobie pochwała nagłych i krótkotrwałych zakochań, słodkich żyć, nocnych i niewiernych wędrówek po Rzymie. Scena, która została zapamiętana tak serdecznie i mocno, że kiedy mistrz umarł, wodę w Fontannie zakręcono, ją samą przykryto czarnym suknem, i nikt nie pytał dlaczego. Trzecia to scena, a raczej postać, wzorowana na Secchiarolim - fotoreporter Paparazzo, którego nazwiskiem w błysku genialnej intuicji Fellini ochrzcił rodzącą się profesję, a które natychmiast, i pewnie na wieki, stało się synonimem natrętnego, wścibskiego autora niedyskretnych zdjęć (Fellini nazwiska nie wymyślił, tylko przejął z powieści George'a Gissinga). Czwartym obrazem, jaki warto wybić nad inne, jest plaża we Fregene, gdzie morze wyrzuciło przedziwną rybę, mętną mieszankę gatunków, alter ego zagubionego Marcella, zanurzonego w słodkim życiu do tego stopnia, że nie jest już w stanie podjąć rozmowy na poziomie prostych emocji, ze zwykłą, naturalną dziewczyną, wolną od oparów powszechnej trucizny. Ale o filmie można by długo, czas wrócić do tej części Rzymu, którą wywołał i unieśmiertelnił.

Via Vittorio Veneto, wytyczona pod koniec XIX wieku wśród zieleni ogrodów rodu Ludovisi, została nazwana tak później dla upamiętnienia zwycięstwa Włochów nad Austriakami w 1918 roku, w mieście o tym imieniu. Patrząc od Villi Borghese i Porta Pinciana, którą wkraczali na nią Fellini i Flaiano, prowadzi ona dwuskrętnym, szerokim zygzakiem w dół, aż po Piazza Barberini. Odcinek najciekawszy, najgęściej usiany pamiątkami po dolce vita, zamykają Porta Pinciana na górze i ambasada USA niżej, na pierwszym zakręcie. Mijając bramę w Murach Aureliańskich zobaczymy po prawej Harry's Bar, pielęgnujący zdjęciami w zewnętrznej gablocie i w sali we wnętrzu kult, jak głosi napis przy wejściu, "króla paparazzich". "Żyje?", pytam kelnera. "Pewnie! To nasz przyjaciel!" Sprawdzam - chodzi o Rina Barillari, chełpiącego się między innymi tym, że dostał po głowie od Omara Sharifa i Franka Siatry, jedenaście razy miał łamane żebra i zaliczył grubo ponad sto wizyt na pogotowiu.

Dalej, po prawej, jest najsłynniejszy bar dolce vita, Café de Paris, z galerią zdjęć Felliniego i jego aktorów (głównie Claudii Cardinale, najbardziej fotogienicznej i trzeźwej), po lewej kawiarnia Strega, gdzie do dziś przyznaje się najbardziej prestiżową nagrodę literacką (La Strega właśnie), nieco dalej konkurujący popularnością z Café de Paris na przełomie lat 50. I 60. Doney. Na zakręcie po prawej Hotel Baglioni, w którym po zabójstwie męża w 1900 roku zatrzymała się na dłużej żona Huberta I, którowa Margherita, a po lewej Ambasada USA. Za zakrętem w dół po prawej - Hard Rock Café z pamiątkami i autografami gwiazd rocka na ścianach.

W chwili, kiedy to piszę, znajdziemy tam podpisy Madonny, młodzieńcze rysunki Jimma Morrisona, buty Eltona Johna. Kiedy tu dotrę następnym razem, może będą gdzie indziej - lokal należy do sieci, którego placówki wymieniają się eksponatami. Nieco niżej jest zakręt w lewo, a po lewej kościół kapucynów z opisywaną już przez nas kryptą zdobioną piszczelami, obojczykami, kręgami i wszelkimi twardymi rzeczami, które człowiek nosi w swej skórze. Pasuje do pysznej via Vittorio Veneto jak do scen arkadyjskich pasują przez zamierzony kontrast malowane pod nimi czaszki z napisem "Et in Arcadia ego". Niżej, po lewej, przy samym placu, fontanna trzech pszczół Berniniego, z herbowymi owadami Barberinich, sklejona z kawałków, na które wielokrotnie ją rozbijano.

Przy fontannie obracam się na pięcie, pnę się z powrotem do góry i dopiero teraz oglądam szeregi pawilonów pomiędzy ścianami domów i ulicą, przedłużenia kawiarni, przeszklone gastronomiczne tramwaje. Schodząc w dół, zaglądając do wnętrz i oglądając wystawy ze zdjęciami, pomijałem obrazek, który komuś, kto patrzy na ulicę z pewnego oddalenia przecież najbardziej wbija się w pamięć. Nie wszystkim się podobają. Najpierw były tymczasowe, potem przenośne ich lekkie ramy stały się murowane, i pewnie już zostaną na zawsze, oddzielając kawiarnie z duchem dolce vita od jezdni. Po lewej mijam tablicę, która upamiętnia Felliniego.

Reżyser zgromadził na via Veneto w swej fikcji prawdziwej barwną dekadencję rozbawionego miasta, zagłuszającego zgiełkiem barów wszelkie pokusy poważnego życia, lecz po sukcesie filmu ulica wiele zrobiła, żeby dorosnąć do mitu. I bardzo musi się starać do dziś skoro ja, przypadkowy przechodzień, nie bywalec przecież, w tej pierwszej lepszej chwili, kiedy wybrałem się tutaj, widzę, co widzę. Jest niedziela 21 lutego. Godzina 11.15, może 11.25. Skwer Felliniego na rogu via Veneto i via di Porta Pinciana, przed boczną witryną baru Harry's, sanktuarium paparazzich. Po lewej dwóch mężczyzn wyciąga aparaty z długimi obiektywami. Strzelają zdjęcia, szeleszcząc szybkimi seriami ujęć. Patrzę na ich obiektywy, patrzę tam, gdzie dostrzegli swój cel. Nic szczególnego - mury Aureliana z łukiem, pod którym przejeżdżają auta. Patrzę na grupkę ludzi, którzy wynurzyli się spoza muru i idą do zaparkowanych samochodów. I wreszcie wiem, o co chodzi. A raczej o kogo - Gianfranco Fini, przewodniczący parlamentu, polityk o ciekawej przeszłości i znakomitej zapewne przyszłości, jedyny, który może zagrozić Berlusconiemu, choć jest z nim w koalicji. W spacerowym ubraniu, w dżinsach i skórzanej kurtce. Z żoną, dzieckiem i dwojgiem przyjaciół. Wkłada dziecko do samochodu, składa wózek, żeby włożyć do bagażnika. Zauważa paparazzich, odstawia wózek, idzie w ich kierunku. Długo do nich przemawia, paparazzi pokornieją, nie robią zdjęć. Kiedy Fini wkłada wózek do czarnego miejskiego mercedesa, oddalają się i coś sobie nawzajem tłumaczą, jak gdyby usprawiedliwiali się przed sobą, że nie mogą tych zdjęć dać do prasy. Co im powiedział?

Kiedy próbuję się domyślać, towarzysz mojego spaceru mówi, że swoim małym i zawodnym aparacikiem z krótkim obiektywem sfotografował Finiego i paparazzich. Tego nie przewidzieli. Lecz niech się nie martwią. Nie będziemy publikować tych fotografii. Kasujemy, bo satysfakcja ze zdjęcia z via Veneto, o którym paparazzi nie wiedzą, wystarcza nam w zupełności.

  • Dodaj komentarz
  • Drukuj
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    10 głosów

Kolekcje i dodatki w "Gazecie Wyborczej"

W poniedziałek z ''Gazetą'':